„Palacz zwłok” (1969), reż. Juraj Herz

Adriana Prodeus

„Palacz zwłok” opisuje grozę Holocaustu i dokładnie bada nagły stan obcości. W jednej chwili syn Milik staje się dla ojca „ćwierćżydowskim chłopcem”, któremu trzeba cierpienia – „szkoda tylko, że nie ma jak go sfotografować”

Jeszcze 2 minuty czytania


Poznali się w zoo przy klatce z lampartem. W tej historii jest jednak tylko jeden drapieżnik. Szepce do czarnowłosej żony anielicy: „Moja słodka, szlachetna, śliczna, delikatna.” Wypełnia przestrzeń słowami bez znaczeń.

Bohater „Palacza zwłok” – filmu Juraja Herza z 1969 roku i powieści Ladislava Fuksa – przeraża obsesją swojego zawodu, ale jeszcze bardziej dojmującym brakiem kontaktu. Niby nie ustaje w działaniu, ale cała ta energia ma na celu tylko zmylić ofiary. Pozorną komunikacją zagłusza je, zatyka, zamęcza, zagłaskuje.
Nie sposób nadążyć za rozumowaniem Kopfrkingla. Nie sposób uwierzyć w jego deklaracje: że nie pije, nie pali, oddaje się rodzinie, wierzy, że ma misję: spopielać wszystko, co istnieje, by uwolnić świat od cierpienia. Kim jest? Karl (każe nazywać się Romanem), Czech, Niemiec, Rinpocze i wampir. W dymnej zasłonie jego bełkotu kremacja i reinkarnacja stają się synonimami.

„Palacz zwłok”, reż. Juraj Herz,
Czechosłowacja 1969. W kinach od 26 sierpnia 2011
Wybitne dzieło czeskiej Nowej Fali oglądam ponownie ze zgrozą. Jak to się dzieje, że pokrętne wywody bohatera bierzemy początkowo za wyraz jego słabości? Obraz nazistowskiego szaleństwa po pół wieku wciąż poraża genialnym scenariuszem, ostrym montażem, ekspresjonizmem zdjęć. Fascynują się nim bracia Quay, przyrównując go do horrorów Svankmajera.

Poczciwa twarz, pulchne dłonie, przedziałek i łzawe spojrzenie Rudolfa Hrušínský'ego przywodzą na myśl „Dobrego wojaka Szwejka”, gdzie wielki aktor zagrał najsłynniejszą rolę. Tu wygląda jak nieszkodliwy drapieżnik, domowy ryś, ostrzący pazury o kanapę. Miewa niegroźne odloty w poezję, może nieco zbyt maniakalny stosunek do muzyki („Eroika” Beethovena, „Parsifal” Wagnera, „Danse Macabre” Saint Saënsa, „Largo” Dworzaka, wielka aria Łucji z Lammermoor), ale to jeszcze nie powód do lęku. Dziwi się świecom w domu jak komediant, bo zwykł widywać je na katafalkach. Obły, zdyszany, z galanterią dla pań, za bardzo zbliża się i odstręcza. Niepokoi ciągłą, owadzią aktywnością. Przeraża, gdy gubi sens, fałszuje logikę, myli kodeks krematorium z księgą tybetańską. Paraliżuje uśpione „jagnięta” – ofiary zdrętwiałe w jego słowotoku.

„Palacz zwłok” jest idealną adaptacją. Oddaje watę języka powieści, redukuje cząstki tekstu, odpływając w filmową fantazję. Zarówno Fuks, jak Herz opisują techniki przemocy. Burdel w mgnieniu oka zamienia się w dom. Czuły dotyk karku przechodzi w brutalne prowadzenie za szyję.

W tym świecie bycie karmionym ma w domyśle rychłe spożycie karmionego.
„ – No, zaczekajże, ty łakomy zwierzaku – uśmiechnął się pan Kopfrkingl i sięgnął do kieszeni, w której miał obcążki – masz i kup sobie loda. – Potem sięgnął do kieszeni jeszcze raz. – Masz  jeszcze, kup sobie też ciastko” – mówi do syna, którego zaraz umieści w trumnie z esesmanem.
Żonę zwodzi rzymską ucztą i wspólną kąpielą: „Czy nie ma przypadkiem rocznicy naszego boskiego ślubu?”. Wreszcie skłania ją do otworzenia wentylatora w łazience.

„Gdy Lakme weszła na krzesło, pan Kopfrkingl pogładził jej łydkę, zarzucił pętlę na szyję i z czułym uśmiechem powiedział: – Co by to było, gdybym cię powiesił, moja droga? Uśmiechnęła się do niego z góry, chyba go dobrze nie zrozumiała, on także się uśmiechnął, kopnął krzesło i stało się”.
W filmie kotek chłepcze wtedy mleko, a mąż poprawia wstążkę na czubku pantofla wiszącej. Pewnie nie było tak w momencie premiery, ale dziś nie ma pewności, czy film z nas nie żartuje, czy zmarła nie podniesie się zaraz śpiewając musicalowy numer jak z „Tańcząc w ciemnościach”.

„Palacz zwłok” opisuje grozę Holocaustu i dokładnie bada nagły stan obcości. W jednej chwili syn Milik staje się dla ojca „ćwierćżydowskim chłopcem”, któremu trzeba „oszczędzić dalszego życia”, czytaj: cierpienia – „szkoda tylko, że nie ma jak go sfotografować”. Kat odizolowuje się psychicznie zastraszając ofiary, zakłamując sytuację, mnożąc gładkie słowa. A wszystko po to, by uśmierzając ich ból istnienia, uśpić je szybko jak koty. Metody: służalczość, słodki zaduch i dywan tak miękki, że grzęzną w nim stopy (aż kręci się w głowie). Źródeł przemocy Kopfrkingla trzeba szukać w „mglistości jego własnej duszy”.

Fenomenalna jest scena zabijania karpii na Wigilię. Kremator sam nie morduje ryb, zleca to wykwalifikowanej Agnieszce. Przysłuchując się uderzeniom pałki, zabija czas czytaniem notek w gazecie: o zaginięciu małego chłopca, samobójstwie kobiety z głodu.
„I jeden, i drugi jest już martwy. I jego ściana runęła, a jego dusza jest w przestworzach. Ty sobie weźmiesz te ich dusze – mówi do syna. – To są pęcherze. Ich właściwe dusze może już wcieliły się w coś innego. Możliwe, że w koty – to są nasi młodsi bracia, właściwie nie powinniśmy ich zabijać i zjadać, to jest okrucieństwo. No, ale widzicie. Ale tak to urządził Bóg i jest to dobre. Tym, że jemy je w dzień wigilijny, przyśpieszamy ich odrodzenie. Zbawiciel także je jadł i jadł także baranka. Chodźcie kochani, damy dobrej pani Agnieszce jakiś prezent. Tu jest piękny, czerwony fartuch”.

Oglądając – i czytając – „Palacza”, myślę o tym, że dziś wszystko chce być mądrzejsze niż jest, utopione w zawiłej retardacji. Teksty niejasne i zdania bez treści docierają do mnie w napływie większym niż kiedykolwiek. Łapię się na tym, że z czasem przywykłam do mętnych wywodów, zdań piramidalnych i mglistych obietnic. Jakby ktoś mówił coś w obcym języku, a kiwam głową, że niby rozumiem. Ukrywam grymasem, że bierze mnie senność, choć instynkt mi mówi, że nie wolno drzemać. Moja słodka, śliczna, delikatna może nagle obudzić się w horrorze.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.