Książę-niewolnik
Thierry Ehrmann, flickr, CC BY 2.0

Książę-niewolnik

Borys Dejnarowicz

21 kwietnia pod Minneapolis w wieku 57 lat zmarł Prince. Przypominamy tekst o artyście z 2014 roku

Jeszcze 4 minuty czytania

Prince Rogers Nelson siedzi za fortepianem w obcisłym, błyszczącym wdzianku i bezceremonialnie odgrywa staccato intro do jednej ze swoich klasycznych ballad, „The Beautiful Ones”, pochodzącej ze słynnego albumu „Purple Rain” wydanego w 1984 roku. Po chwili urywa wstęp, chwyta czule mikrofon, przymyka oczy i zaczyna chrypieć: „baby, baby, baby...”. Zoom kamery bierze go od przodu, dzięki czemu widzowie mają szansę wniknąć w świat psychologiczny solisty... ale tylko na moment. Następuje bowiem cięcie montażowe i naszym oczom ukazuje się samotna baletnica, ubrana w ponętną, falującą sukienkę koloru piaskowego i skąpana w fioletowo-błękitnym półcieniu.

To niejaka Misty Copeland – jedna z licznych dziewcząt w karierze Prince'a, które zasłużyły na miano jego inspiracji. Zwiewne podrygi wyprężonej Misty są teraz zestawiane ze zbliżeniami na twarz i dłonie Prince'a, skoncentrowanego i ważącego każde słowo niby to z namaszczeniem. Tancerka serią płynnych kroków podpływa do fortepianu i ewidentnie kusi Prince'a, prowokacyjnie eksponując smukłe nogi. Ale oto wraz z początkiem drugiej zwrotki śpiewający Prince nagle podnosi się i wspina na fortepian. Nadal go słyszymy, ale Prince już na nim nie gra. Prince na nim stoi i jak gdyby nigdy nic kontynuuje swą bajkową opowieść. Dotąd oszczędny w gestach, teraz kieruje ją bezpośrednio do Misty. W końcu zeskakuje na ziemię, recytuje fragment tekstu i podchodzi do niej. Para splata ciała w efektowną figurę, po czym Prince oznajmia: „Ladies and gentlemen, Misty Copeland” i dostaje w zamian gromkie brawa. Duet kontynuuje seksowny układ, pełen podtekstów i niedopowiedzeń, prawie nie wchodząc w bezpośredni fizyczny kontakt. Prince interpretuje pieśń w sposób wyborny, wysmakowany, ale i niepozbawiony emocji, między innymi precyzyjnie wykańczając trudne, falsetowe „górki”. W ekspresyjnym finale siada na fortepianie, by i tak ustąpić miejsca rozbujanej Misty, która wspięta na palce dokonuje cudów gibkości, balansu i koordynacji ruchowej.

Prince „Art Official Age”,
NPG, Warner 2014
Prince i Misty kończą spektakularny występ obok siebie, w statycznej pozie, oblani przyciemnioną purpurą świateł. W telewizyjnym studiu TBS, gdzie trwa emisja talk-show „Lopez Tonight”, wszyscy bez wyjątku stoją i klaszczą z niedowierzaniem. Po części dlatego, że właśnie zobaczyli coś niesamowitego. Po części dlatego, że widzą z bliska żywą legendę muzyki rozrywkowej wciąż w szczytowej formie. Jest 13 kwietnia 2011 roku. W momencie nagrania Prince ma 52 lata.

Ponad 30 lat wcześniej, 26 stycznia 1980 roku, Prince występuje w kultowym programie „American Bandstand” Dicka Clarka, emitowanym w stacji ABC. Wyglądający nieprzyzwoicie młodo Książę (adekwatnie do pseudonimu odziany odpowiednio obciachowo i zarazem wystrzałowo – w atłasową marynarkę i złote legginsy) oraz akompaniujący mu zespół pięknoduchów, na czele z solowym gitarzystą Dezem Dickersonem, wiją się na scenie przy dźwiękach odtwarzanego z playbacku nagrania „I Wanna Be Your Lover”. Mierzący 157 centymetrów Prince wygląda trochę jak laureat telewizyjnego widowiska dla dzieci w rodzaju „Mini Playback Show”. Tyle że forsowane przez rodziców młokosy zwykle nie mają w sobie tyle czaru, magnetyzmu i zuchwałości.

Kiedy nagranie wreszcie cichnie, a prowadzący dołącza do kapeli, by porozmawiać z nią przed milionami widzów, dzieje się rzecz niesłychana. Clark zadaje Prince'owi kilka kluczowych pytań – czy często w Minneapolis powstają takie kawałki, czy sam zagrał na wszystkich instrumentach na płycie, na ilu instrumentach potrafi grać, i tak dalej. W zamian jednak dostaje totalnie lakoniczne, wycofane, wręcz jednosłowne i przez to właśnie intrygujące odpowiedzi („no”, „maybe”, „thousand”). Clark mówi znacznie więcej, próbuje rozkręcić ten pseudowywiad, ale Prince jest taktycznie bezbłędny – oszczędny werbalnie, nadrabia za to urokiem i... tak tak, tajemnicą. Prince zna fundamentalną zasadę podrywu – nie można być needy. Urok osobisty załatwia wszystko – Prince wcale nie musi się narzucać, a swoją nieprzystępnością tylko sugestywniej kusi publikę.

Jest w naszym mikrusie coś, co znacznie przekracza jego nominalną rolę w tym teatrzyku – rodzaj bijącej po oczach śmiałości, brawury i zarazem stuprocentowego opanowania. Daleko temu chłopcu do taniego parcia na szkło. Nie wygląda też na przypadkowego beneficjenta jednodniowego splendoru, na kogoś, kto wygrał na loterii pięć minut sławy i niczym fikcyjny quasi-celebryta chce wydoić tę krowę szołbiznesu, zanim szansa bezpowrotnie przepadnie. Wręcz odwrotnie. Prince robi tu wrażenie gościa, który jest absolutnie pewien, że ma świat u stóp – włącznie z całym tym cyrkiem, w którym akurat dziś bierze udział. A jeśli jeszcze nie ma, to jest tylko kwestią czasu – roku, dwóch, pięciu – kiedy będzie go miał. Poza tym Prince rozumie, że niedopowiedzenia działają na jego korzyść, bo budują jakże pożądany w rozrywce mit wokół artysty. Nie jest łatwo urodzić się legendą. Legendą trzeba się dopiero stać, a w osiągnięciu tego statusu pomagają nieraz pojedyncze zdarzenia, po których nic nie jest już takie samo. Dla Prince'a takim kamieniem milowym był występ w „American Bandstand”.

3 lata później, 20 sierpnia 1983, w hollywoodzkim Beverly Theater, Prince paraduje obok Michaela Jacksona jako gość-niespodzianka na koncercie Jamesa Browna. Święta trójca soulu na jednej scenie – to wydarzenie o randze epokowej. Ale każda z wymienionych ikon była wówczas na innym etapie kosmicznej trajektorii. Pięćdziesięcioletni ojciec chrzestny soulu pełnił funkcję gospodarza, niepodważalnej instancji, swoistego „dziadka mroza” czarnej muzyki, wprawdzie jeszcze nie emerytowanego, ale już niezaprzeczalnie kanonicznego mentora. Co innego obecny na listach przebojów od piętnastu lat Jacko, który nadal święcił triumfy po wydanym pół roku wcześniej albumie „Thriller”. Właściwie jeszcze nie zdążył otrząsnąć się po sukcesie piątego singla z tej płyty („Human Nature” dotarło do drugiego miejsca na zbierającej single „muzyki środka” liście Adult Contemporary Billboard Chart), a już za miesiąc miał wypuścić szósty hit („P.Y.T.”, miejsce dziesiąte na najważniejszej singlowej liście Billboard Hot 100).

Prince w tym towarzystwie pełnił rolę głodnego sukcesu młodego wilka – dwa miesiące później wyda album „1999”, czyli swój pierwszy krążek, który trafił do gorącej dziesiątki na liście Billboardu. A dopiero dwa lata później rozbije bank płytą i filmem „Purple Rain”.

Prince, „Plectrumelectrum”,
NPG, Warner 2014
Co więc wydarzyło się tego wieczoru? Ponoć cała akcja zaiskrzyła dość spontanicznie. Brown, notabene prezentujący się nieco jak odstawiona na dansing starsza ciotka, dostrzegł na widowni wystrojonego w charakterystyczną niebieską marynarkę Jacksona i zaprosił go do siebie. Michael dał głos, zatańczył, po czym poinformował Browna, że wśród widzów jest również Prince. Brown próbował namówić Prince'a na dołączenie, ale Prince nie był zbyt chętny, bo przed koncertem – zgodnie z późniejszymi doniesieniami świadków – spędził za sceną trochę czasu z członkami grupy Browna, oczywiście w towarzystwie smakowitych używek. Ostatecznie umundurowany równie ekstrawagancko jak Jacko i nienagannie ufryzowany Prince ulega presji tłumu i zostaje wniesiony na scenę na barkach pewnego siwego, łysiejącego brodacza. Wyraźnie „na haju”, całkiem „sztywny” Prince podłącza gitarę i chyba pogrążony w narkotykowym transie wycina kilka kompletnie oczywistych, acz celnych, funkowych strzałów. Chwilę później kuca w prowokacyjnej, erotycznie aluzyjnej pozie, wygina ciało w geście rozkoszy, szczeka po raz ostatni wiosłem, zdejmuje instrument i marynarkę... Następnie już całkiem topless robi popisowy numer ze statywem, po czym wydaje z siebie ohydny, pierwotny, zwierzęcy ni to ryk, ni to pisk. Spektaklu dopełnia odrobina szamańskiego tańca à la Jim Morrison i chaotyczny Prince opuszcza deski sceny, po drodze przewracając statyw, na którym zawieszony był jeden z reflektorów.

Błazenada? Owszem, niewątpliwie. Ale z jakiegoś powodu wspominam ją trzy dekady po fakcie. Ustalmy, że stricte wizerunkowo Prince w pewnym sensie zawsze był, jest i już raczej do końca swych dni będzie postacią przerysowaną, komiksową, umowną. W jednym z najwspanialszych odcinków kreskówkowej serii „Tom & Jerry”, zatytułowanym „Rock ‘n’ Rodent”, tytułowa myszka udaje jazzowego perkusistę. W środku nocy budzi się w wielopiętrowym apartamentowcu i zjeżdża windą do podziemi, lądując w klubie o nazwie „Le Cellar Smoque”. Tam, nieco „na nielegalu”, odbywa się szaleńcze, demoniczne jam session. Wierzcie lub nie, ale między listopadem 2006 roku a kwietniem 2007 roku Prince literalnie był tą postacią. Artysta otworzył bowiem w ekskluzywnym przybytku Rio All Suite Hotel and Casino swój własny nocny klub pod nazwą 3121 (na cześć wydanej wówczas płyty) i przez bite pół roku występował tam dwa razy w tygodniu – w każdy piątek i każdą sobotę. Wedle podań Prince mieszkał w penthousie umiejscowionym bezpośrednio nad sceną, na którą zjeżdżał specjalnie skonstruowaną windą – prawie jak Jerry we wspomnianym cartoonie. Szok? Znam osobiście fanów Nelsona, którzy w owym czasie, w trakcie krajoznawczej przejażdżki po zachodnim wybrzeżu USA, postanowili zahaczyć w Las Vegas o klub 3121 po to, by – cytuję – „uwolnić Prince'a”. Ma to zresztą głębszy, metaforyczny wymiar.

Prince nie tylko był przez sześć miesięcy niewolnikiem, chałturząc dla jednego z luksusowych hoteli w Las Vegas (to zresztą może i mało chlubny, ale całkiem powszechny proceder dla wielu stopniowo tracących popularność VIP-ów amerykańskiej rozrywki – wystarczy wspomnieć w miarę niedawny casus Britney Spears). Nie tylko sam siebie ogłosił w latach 90. niewolnikiem (sławne wypisane na twarzy „slave”) wytwórni Warner, z którą był uwiązany niewygodnym kontraktem. Prince również był i nadal jest niewolnikiem pewnej konwencji estradowej, którą sam sobie narzucił i cholernie trudno mu z niej zrezygnować. Przepych, wprost karykaturalny blichtr, pompatyczne show, nadmierna wystawność pstrokatych ciuchów, ale przy tym również nienaganny szyk, perfekcyjne wykonawstwo oraz to, czego masy oczekują czyli skondensowana porcja rozrywki bez wytchnienia. Mało kto dostarczy im igrzysk równie ekstatycznych. „Piosenka radość w nas wyzwala / La la la la / La la la la / Wspólnego śpiewu rośnie fala / La la la la / La la la la”, jak intonował wodzirej Lutek Danielak w filmie Feliksa Falka.

Piszę o tym wszystkim z lekkim przekąsem, bo jako wielki miłośnik Prince'a na polu stricte muzycznym (kompozycyjnym, aranżacyjnym, producenckim) od lat zauważam drastyczny kontrast między jego spuścizną artystyczną, a jarmarczno-widowiskowym wcieleniem live. Jako muzyk, który jak mało kto na naszej planecie opanował absolutną maestrię bycia bezbłędnym w obu tych kategoriach, Prince może sobie pozwolić na szczyptę cynizmu, dopasowując swój image i komunikat do typu odbiorcy. Jest więc Prince skupiony w domowym studio na niuansach harmonicznych i brzmieniowych oraz jest Prince wyciskający z publiczności maksimum ekscytacji podczas niekończących się, funkowych szaleństw opartych na dwóch prostych akordach.

Płodny Książę

Studyjne albumy Prince'a w XXI wieku:

„The Rainbow Children” (2001)
„N.E.W.S.” (2003)
„Musicology” (2004)
„3121” (2006)
„Planet Earth” (2007)
„Lotusflow3r / MPLSound” (2009)
„20Ten” (2010)
„Art Official Age” (2014)
„Plectrumelectrum” (2014)

Fenomen tej dychotomii potwierdził koncert Prince'a sprzed trzech lat w ramach festiwalu Open'er. Informację o tym występie przyjąłem z entuzjazmem. Prince'a próbowałem zobaczyć na żywo w Londynie, we wrześniu 2007 roku, na chwilę przed tym, kiedy stał się rezydentem wspomnianego hotelu w Las Vegas. Niestety, wtedy stało się coś niesłychanego – bilety na siedem zaplanowanych występów w O2 Arena rozeszły się w przeciągu 20 minut (słownie: dwudziestu). Tournee rozszerzono więc do dwudziestu jeden dat – i znów wszystkie bilety wyprzedano na pniu. Dlatego na gdyńskie widowisko czekałem z wypiekami na twarzy. Na drogę do Trójmiasta przygotowałem sobie nawet trzy obszerne składanki, streszczające gigantyczną dyskografię Księcia do samej esencji. Na pierwszej znalazły się największe przeboje, definiujące Prince'a jako megagwiazdę. Na drugiej – utwory łagodniejsze, kunsztowne, godne analiz akademickich, istne perełki wykwintnego songwritingu. Dysk trzeci wypełniły mniej znane, imprezowe, taneczne sztosy, jakie w ciągu dekad wysmażył tu i ówdzie Prince. Z całej tej wyliczanki artysta najpierw zaprezentował garść bezdyskusyjnych hitów („1999”, „Little Red Corvette”, „Nothing Compares 2 U”), następnie zwięzły medley łączący krótsze fragmenty szlagierów, po czym przypieczętował set epicką wersją monumentalnego „Purple Rain”. Gdy zaś wyszedł na bisy, interesowały go już głównie funkowe covery (m.in. Michaela Jacksona oraz grupy The Time, którą swego czasu wykreował). Ostatnie pół godziny było jedną niekończącą się imprezą pod gołym niebem.

Czy tak go sobie wyobrażałem? Zupełnie nie, choć biorąc pod uwagę reakcje tysięcy ludzi zgromadzonych na lotnisku Babie Doły – Prince doskonale wiedział, co robi. A to z kolei przywodzi mnie do takiej konkluzji: czy aby na pewno warto rozpatrywać studyjne longplaye wydawane przez Prince'a w XXI wieku w kategoriach artystycznego rozwoju? Niby po co? Zastanowił mnie komentarz, jaki znalazłem pod jedną z anglojęzycznych recenzji zbiorczych dwóch nowych płyt Prince'a, „Art Official Age” i „Plectrumelectrum”. Czytelnik snuł refleksję: „nauczyłem się, żeby obecnie nie oczekiwać już zbyt wiele od nowych płyt Prince'a – poza jednym czy dwoma fajnymi kawałkami. Za to na żywo... Wow! Jego koncerty są jakby z innego świata. I do tego facet jest genialnym gitarzystą”.

Może więc należałoby potraktować działalność wydawniczą Prince'a w tym stuleciu jako „zaledwie” pretekst do wystawiania najlepszego show, jakie widziała Ziemia? Znaczenie Prince'a dla skodyfikowania współczesnej odmiany czarnej, nasyconej funkowym pulsem i pościelową zmysłowością odmiany muzyki pop wydaje się nie do przecenienia. Niektórych artystów, którzy zawładnęli umysłami melomanów na przełomie milleniów zwyczajnie nie byłoby, gdyby Prince nie przetarł im szlaków i nie pokazał stylistycznej drogi. Wokalistów takich jak Lenny Kravitz, R. Kelly, D'Angelo, The-Dream, Frank Ocean czy Dam-Funk można przecież przy odrobinie złośliwości potraktować jako klony jednego z wcieleń Prince'a. Podobnie eksperymenty produkcyjne Becka, Pharrella, Basement Jaxx czy duetu Outkast mają w postaci Prince'a oczywistego patrona. Eklektyzm, bogactwo, czy mówiąc po piłkarsku gatunkowy „przegląd pola” Prince'a kładzie się cieniem na znaczną część współczesnego r&b.

Jak na ironię wnikliwi obserwatorzy zauważyli przy okazji nowych studyjnych wydawnictw Prince'a, że artysta jest obecnie w znakomitej dyspozycji. I o ile sygnowane wspólnie z żeńskim trio 3rdeyegirl (w składzie: kanadyjska gitarzystka, duńska basistka i amerykańska perkusistka) „Plectrumelectrum” to raczej średnio zajmujące i mało satysfakcjonujące ćwiczenie w sterylnym, rzemieślniczym funk-rocku, o tyle już autorskie „Art Official Age” rzeczywiście zostanie chyba zapamiętane nie tylko z powodu powrotu Prince'a do labela Warner po wieloletniej separacji. Zgodnie z tytułem Prince sprawnie adaptuje brzmieniowe nowinki – liźnięcie EDM (Electronic Dance Music) w „Art Official Cage” to gest może zbyt nachalny, ale na przykład cytat z minimalistycznych bitów Neptunes dla duetu Clipse w „Funknroll” brzmi jak niewymuszona inspiracja zwrotna. Cyfrowa ballada „U Know” nie odstawałaby na przykład w repertuarze młodego, pochodzącego z Toronto Thomasa Gilla. Samo to, że nigdy nie słyszeliście o Thomasie Gillu z Kanady, świadczy na korzyść Prince'a. „Clouds”, „Time”, „This Could Be Us”, „What It Feels Like” i zwłaszcza singlowe „Breakfast Can Wait” to wyborne przejawy klimatycznego, romantycznego r&b, w których Prince nawiązuje do swoich dokonań z lat 90. (a konkretnie do klimatu midtempo znanego z albumu „Emancipation” i łagodniejszych fragmentów „Love Symbol Album” czy „Diamonds and Pearls”). Są też miłe mikro-niespodzianki – chociażby zamykające całość „affirmation III”, łudząco przypominające „emotronikę” (ktoś jeszcze kojarzy ten termin?) islandzkich dzieciaków z múm, jaką uprawiali 10 lat temu. Jest czego słuchać.

Jedyne z czym pozwolę sobie się nie zgodzić, to odwieczny, powtarzany do znudzenia lament recenzentów o Prince'a „powrocie do formy”. Zaryzykuję tezę, że w XXI wieku opublikował już naprawdę sporo świetnej muzyki – lwia część albumów „3121”, „Planet Earth” i „20Ten” z lekkością broni się przed zarzutami o schemat, rutynę i wyczerpanie weny. „Art Official Age” może być z nich wszystkich zestawem najmocniejszym, ale poruszy to zaledwie garstkę muzycznych erudytów, dzielących włos na czworo. W powszechnym odbiorze rola Prince'a sprowadza się dziś do scenicznej bestii, którą każdy chce zobaczyć na własne oczy. Rola to zresztą całkiem dla niego wygodna, bo w konkurencji scenicznych bestii nadal co sezon zgarnia tytuł mistrza świata.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.