Imprezowanie – nie znoszę tego słowa!
Koncert w ramach cyklu W BRZASK współorganizowanego przez Królikarnię – Muzeum Narodowe, czerwiec 2014, fot. Piotr Adamski

Imprezowanie – nie znoszę tego słowa!

Rozmowa z Jackiem Plewickim

W Warszawie ludzie bardzo mało szanują swój czas wolny, przez co zamienia się on w doświadczenie nijakie. Brutaż jest inny. Wierzę, że w klubie mogą się rozgrywać rzeczy istotne politycznie

Jeszcze 3 minuty czytania

ZOFIA KRAWIEC: Od ponad roku mieszkasz w Berlinie. Co kilka tygodni organizujesz jednak w Warszawie Brutaż – obleganą przez tłumy imprezę z muzyką elektroniczną. Dlaczego nie w Berlinie, stolicy muzyki techno?
JACEK PLEWICKI
: Głównie dlatego, że nic by to w Berlinie nie zmieniło. Dominuje tam przekonanie, że wszystkiego jest pod dostatkiem – wszystko już przeżyto i widziano. W Warszawie jest coś, co nazywam pozytywną desperacją: ludzie szukają wydarzeń, chłoną je z entuzjazmem lub odtrącają ze wstrętem, bo po prostu nic się nie dzieje. Różnica wynika oczywiście też z powodów ekonomicznych. Niestety, jeżeli już w Warszawie powstają ciekawe inicjatywy, to często wyglądają, jakby były robione bardziej na wzór folderu reklamowego niż dla ludzi. Służą bardziej temu, żeby się pokazać, żeby wszystko było ładne, żeby zrobić koncert didżejów. To nie jest to, o co mi chodzi.

Skąd wzięła się nazwa „Brutaż”?
Pochodzi od francuskiego słowa bruitage i oznacza udźwiękowienie (przedstawienia, filmu) lub po prostu „efekty dźwiękowe”. Bruit to po francusku zarówno hałas, jak i dźwięk. Poza tym to słowo fajnie brzmi. Podobają mi się skojarzenia, które przywołuje w języku polskim. Jak praktyki sadomasochistyczne, które mogą mieć znaczenie uwalniające, w takim sensie, że teraz to człowiek może decydować o tym, kim chce być, jak chce być traktowany, czy chce być „panem” czy „niewolnikiem” – tak i „brudna”, i pozornie brutalna i odarta z uczuć muzyka może pomóc wyzwolić się od codziennych obyczajów i moralności, które nie wynikają z wewnętrznych potrzeb, tylko zostały narzucone. I bynajmniej nie chodzi tutaj o to, że obcowanie z taką czy inną muzyką elektroniczną jest doświadczeniem bolesnym.

Kiedy wracam do Warszawy, rzuca mi się w oczy, że ludzie bardzo mało szanują swój czas wolny. Jeżeli już go mają, traktują go jak wyjątek od pracy, jak coś niemal grzesznego. Czas wolny często zamienia się w doświadczenie nijakie, na przykład trzeba się upodlić, upić do nieprzytomności. Ucieka się od traktowania czasu wolnego jako twórczego stanu, który przecież ma konkretną wartość społeczną. Myślę, że jeżeli ciężko pracuje się w pracy, powinno się równie ciężko pracować w czasie wolnym, ale nad samym/samą sobą, zadając sobie pytanie: „po co tu jestem, czemu to służy i co z tego mam?”. Wiele osób boi się zapewne, że odpowiedź będzie brzmiała „nic z tego nie mam, jest nędznie”. Czasami jednak odpowiedzi nie są takie oczywiste.

Czy naprawdę to, że ludzie imprezują gdzieś wieczorem, ma jakieś specjalne znaczenie?
W klubowych przestrzeniach można wytworzyć sobie mikroklimat, wydarzają się tam rzeczy, które nie mogłyby mieć miejsca na ulicy. W klubie można budować poczucie akceptacji dla innych, ale też dla siebie – oparte na innych zasadach niż te wyniesione ze szkoły, z pracy, oscylujące wokół tego, co ludzie pomyślą. Klub może poprawić wydajność, ale nie w sensie bycia lepszym pracownikiem, tylko bycia lepszą istotą społeczną, dobrym, otwartym człowiekiem. Wcale nie chodzi o czystą przyjemność, ponieważ w imprezowaniu (nie znoszę tego słowa!) można odnaleźć i wymiar refleksyjny, rodzaj powagi, poznawania siebie w nowych sytuacjach, pokonywania otaczających cię ograniczeń, przełamywania nudy i uprzedzeń.

Jacek Plewicki

Ur. 1988. Prowadzi Brutaż oraz pokrewne cykle wydarzeń z muzyką elektroniczną i eksperymentalną (Światło, W Brzask współorganizowany przez Królikarnię Muzeum Narodowe), współtworzy projekt The Record Loft. Tworzy latte art, zbiera znaczki, uczy angielskiego. Pomaga również prowadzić różne magazyny i cykle imprez.

Najbliższe Brutaże (i pokrewne):
23 stycznia, „Ulga w Warszawie Powiśle”,
24 stycznia ŚWIATŁO #11 w Dwa Osiem,
27 lutego: BRUTAŻ #33 w Cafe Kulturalna.

Więcej informacji: www.facebook.com/brutaz

I tego szukasz w berlińskich klubach lub organizując w Warszawie imprezę taką jak Brutaż?
Szukam imprez, w których słychać echa czasów, kiedy klub miał znaczenie polityczne – w tym sensie, że stanowił rewers ulicy. Można było swobodnie wyrażać siebie – nie tak jak na ulicy. Ulice miast przełomu lat 80. i 90. były zwyczajnie niebezpiecznie, więc ludzie, najczęściej należący do mniejszości, głównie czarni oraz geje, chodzili do klubów, w których mogli przebywać ze sobą, czuć się bezpiecznie, a także tworzyć własne zasady. I własną kulturę. Narodziło się myślenie o klubie jako miejscu odcięcia, w którym jest po prostu inaczej. W klubie można było odwrócić hierarchię, stworzyć własną rzeczywistość, gdzie obowiązują inne kategorie określające, kto jest fajny, piękny, kogo wolno pożądać i do jakiej muzyki można się bawić. Jeden z ważniejszych filmów o mniejszościach: „Paris Is Burning” wyreżyserowany w 1990 roku przez Jennie Livingston, opowiada przecież o kulturze klubowej – nieustępliwej, operującej własnym kodeksem, tworzącej rodzinę spośród osób odrzuconych przez społeczeństwo. Wierzę, że w klubie mogą rozgrywać się istotne politycznie rzeczy. W Polsce niestety zupełnie czuję się w tym przekonaniu osamotniony.

Skoro rozmawiamy o płci: jak myślisz, dlaczego jest więcej didżejów niż didżejek?
Nie jestem didżejką, więc nie wiem, jak na to odpowiedzieć. Być może ten fenomen wiąże się z tym, że w dorastanie młodego chłopca kulturowo wpisana jest potrzeba kolekcjonowania rzeczy. Najpierw jakichś klocków, samochodzików, później muzyki. Chłopcy są też bardziej leniwi, tak mi się wydaje. Wizerunek didżeja jednak nieodłącznie wiąże się mi z obrazkiem kogoś wiecznie siedzącego na kanapie, oglądającego telewizję, palącego skręty, czasami kupującego płyty. Dziewczyny są bardziej pracowite.

Jacy ludzie przychodzą na Brutaż?
Bardzo zależy mi na osobach, które przychodzą pierwszy raz, a na co dzień czasami nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Brutaż jest też dla ludzi samotnych. Duże miasto, jakim jest Warszawa, generuje poczucie wyizolowania i anonimowości. Chciałbym tworzyć przestrzeń, w której ludzie mogą przebywać ze sobą w niezobowiązujący sposób. Nie chciałbym nikogo zawieść.    

Czego konkretnie brakuje ci w warszawskim życiu nocnym (czy klubowym)?
Przede wszystkim chciałbym, żeby ludzie mieszkający tutaj spędzali czas w mniej skrępowany sposób, nieuzależniony od tego, kto ile ma pieniędzy i skąd pochodzi. Życie nocne czy klubowe nie powinno opierać się na relacjach stricte biznesowych, mam na myśli sponsoring jakiegoś browaru czy fiksację na punkcie „bookowania” artystów. Również od Brutażu wiele osób oczekuje, że będzie traktowany jak biznes, gdzie grający muszą być superprofesjonalni.

Tymczasem na Brutażu nie dzieje się nic zobowiązującego i jednoznacznego i to być może czyni go wyjątkowym wydarzeniem. Oczywiście życzyłbym sobie, żeby wszystko działało nieco lepiej, żeby muzyka była trochę ciekawsza, ale przede wszystkim, żeby klub był punktem wyjścia do tworzenia nowych światów, w których wybrzmiewają dźwięki kosmicznych wyżymaczek, w których nie obowiązuje harmonogram prac, oraz w których można zwrócić uwagę na kogoś, kogo nie dałoby się spotkać gdzie indziej.

Wracając do twojego pytania: teraz w Warszawie tworzy się front związany z walką o przestrzeganie ciszy nocnej, na którym walczy się o całkowite wyeliminowanie przejawów życia kultury nocnej. Z jednej strony jest to zrozumiałe, ponieważ każdy chce się kiedyś wyspać, szczególnie jeśli ciężko pracuje. Mimo wszystko jednak niepokojące jest, że ten pomysł cieszy się tak bezwzględnym poparciem władz miasta i opinii publicznej.

To na czym polega twoim zdaniem na tym tle wyjątkowość Brutażu?
Chodzi o sposób komunikacji. Można okazywać sobie uprzejmość, którą pewnie każdy ma w sobie, można również pozwolić sobie na bycie dziwnym, frywolnym, co wcale nie jest równoznaczne z hedonizmem, jak usiłuje się to czasami przedstawiać. Myślę, że na Brutażu można odczuwać mniej niepokoju niż na innych imprezach nocnych w Polsce, które wiążą się z jednej strony z  faktycznym przymusem picia, a z drugiej z oczekiwanym poziomem powierzchownego „luzu”, który trzeba okazywać. Na Brutażu można wybrać sobie różne postawy, na przykład można przyjść i nie tańczyć, a nikt nie będzie czepiał się, że jest coś w tym niewłaściwego. Można tam tańczyć w taki czy inny sposób, i nikt nie będzie tym zdziwiony. Pewnie czasami zdarzają się i bijatyki na moich imprezach, ale raczej rzadko. Imprezowanie wpływa na lepsze nastawienie do życia.  Zresztą bijatyka też może na to wpływać, czemu nie.

Czy jest jakiś gatunek techno, którego nie znosisz i nigdy nie pojawi się na Brutażu?
Techno jest nazwą określającą styl i tempo, a nie jakieś wyjątkowe dźwięki. Tym mianem można nazwać dużo różnych rzeczy.

Dla mnie ważne jest coś takiego jak wspólny korzeń house i techno. Pewien nowojorski didżej, Larry Levan, jako pierwszy zaczął grać muzykę odartą z wokali, wprowadzając estetykę dub. Wtedy chodziło jeszcze o muzykę disco, jednak Levan jako pierwszy postanowił skupić się bardziej na rytmie niż na słowach. Z tej techniki wyrosły dwa gatunki: house i techno, które na fali kultury disco stały się zjawiskiem masowym. Bez disco nie byłoby możliwe istnienie tych dwóch gatunków, które dzisiaj są sobie mocno przeciwstawiane. Jednak wyrastają z tego samego źródła, a różnica między nimi opiera się głównie na tym, że techno jest odrobinę szybsze niż house. House jest muzyką bardziej emocjonalną, bardziej ludzką, techno jest muzyką zmechanizowaną. Koniec lat 80. i początek 90. był czasem zmian w kierunku techno, które następnie w drugiej połowie lat 90. straciło swój kulturotwórczy charakter. I tak właściwie zostało do dzisiaj.

Nie do końca odpowiada mi to, co dzisiaj określa się muzyką techno. Tym bardziej w kontekście istnienia internetu. Można słuchać techno, w ogóle nie wychodząc na imprezy, a potem przyjść na imprezę i otrzymać oczekiwany produkt. Tymczasem początek i rozkwit techno wiązał się z tym, że grano muzykę różną, niespodziewaną, a na imprezę przychodziło się, żeby poznać nowe rzeczy, a nie stare hity. Liczyło się zaskoczenie i nowe przeżycie. Również jeśli chodzi o ludzi oraz stany świadomości.

Muzyki klubowej często słucha się w domu.
Techno, a szczególnie house, to muzyka grana w głośnym miejscu, stricte klubowa. Niektórzy ściągają ją z sieci i słuchają jej na głośnikach laptopa – trochę tego nie rozumiem, bo te dźwięki nabierają znaczenia, kiedy grane są w klubie, nawet na ubogim nagłośnieniu. Mało który rodzaj muzyki korzysta tak z systemów nagłośnieniowych jak techno i house. Chodzi właśnie o to, żeby wykorzystywać fizyczne możliwości nagłośnień w klubach oraz ich oddziaływanie.

Jacek Plewicki, fot. Piotr Adamski

Masz jakieś przemyślenia na temat techno przełomu 2014/2015?
W skali globalnej uważam, że ta muzyka była dużo ciekawsza kiedyś, niż jest teraz. Dzisiejsze techno podawane jest w surowej formie, często bywa odczłowieczone. Zupełnie czegoś takiego nie chcę.

W ciągu dwóch lat bardzo wielu artystów zagrało na Brutażu. Jakim kluczem się kierujesz?
To całkiem nieskromne, ale myślę, że dla grających na Brutażu zarówno z zagranicy, jak i z Polski, granie u nas było doświadczeniem wartościowym, czasami może nawet przywracającym wiarę w to, co się robi. Dla didżeja z Berlina granie w Warszawie może mieć bardzo duży sens, ponieważ w Warszawie jest spora energia, pewien rodzaj nieprzewidywalności, dziwności, nieskrępowania wzorcami zachodniej „fajności”. Z kolei, jeśli chodzi o grających Polaków, często kryją się oni po malutkich mieszkaniach, często nie mają odpowiednich narzędzi do miksowania czy robienia muzyki. We Will Fail, Souvenir de Tanger, no i cała zgraja starszych i młodszych didżejów nie mogłaby się pojawić właściwie na żadnej innej nocnej imprezie w Warszawie.  

Co dzieje się z miejscami, w których były Brutaże?
Większość nie istnieje. Brutaż powstał w Eufemii, ale coś nie wyszło i dano nam do zrozumienia, że czas stamtąd pójść. Później były Cząstki Elementarne, świetny klub, który został zburzony prawie z dnia na dzień. Następnie Iskra, która nadal istnieje, jest bardzo dziwnym, ale ciekawym miejscem. No i nieodżałowane Powiększenie oraz 1500m2, za którym tęsknię trochę mniej.

Facebookowe opisy Brutaży są pełne humoru i niezobowiązującej poetyckości. Czy literatura, poezja są dla ciebie jakimiś inspiracjami?
To tylko Facebook. Na pewno przeczytałem różne rzeczy, które wywierają na mnie wpływ, ale nie potrafię wskazać konkretnej inspiracji. Język, jakiego używam do opisywania lub nieopisywania muzyki, jest dla mnie jednak ważny i cieszę się, że na niego zwracasz uwagę. Zależy mi na tym, żeby Brutaż był przestrzenią ekspresji i komunikacji, niekoniecznie tej konwencjonalnej, jakiej zostaliśmy nauczeni.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.