Zasada 34

Michał R. Wiśniewski

Pornograficzne obrazki generowane przez sztuczną inteligencję to kolejna odsłona zjawiska starego jak utrwalanie wizerunku

Dwadzieścia lat temu zostałem nowym redaktorem naczelnym magazynu „Kawaii”, co nie spodobało się jednemu z fanów poprzedniej ekipy. Swoją głęboką niechęć wyraził, tworząc stronę internetową, na której umieścił fotomontaże – dokleił moją twarz do homoseksualnej pornografii. Nie myślałem wtedy o tym zbyt wiele; ot, uznałem typa za niezrównoważonego (nie był to jego jedyny wybryk). Internet traktowałem wówczas jako miejsce brutalne, ale i nieprawdziwe – coś jak grę wideo. Trochę czasu mi zajęło zrozumienie, że te literki na ekranie to prawdziwi ludzie. Niektórzy nie rozumieją tego do dziś, nawet kiedy patrzą na zdjęcia.

Cyfrowe ciała

Taylor Swift z Travisem Kelce wyglądają na zdjęciach jak spełniony sen każdego konserwatysty. Z jednej strony, stuprocentowa Miss Americana, blondynka z czerwonymi ustami, z drugiej, mistrz futbolu z Kansas City Chiefs; królowa i król każdego licealnego balu. I może to właśnie najbardziej boli niektórych: że ta dziewczyna z gitarą wspiera nie tych, co trzeba. Że jej chłopak, ten najbardziej męski z mężczyzn, brodaty dryblas jak z obrazkowych memów – pewnie coś ukrywa, bo dlaczego by się godził być z takim kimś? Są więc tacy, którzy widzą w Taylor Swift zagrożenie, bo podobno skupia na sobie uwagę kamer (nieprawda), podobno jest operacją psychologiczną mającą uniemożliwić Trumpowi wygranie wyborów (on sam nienawidzi jej osobiście, odkąd została osobą roku magazynu „Time”). Kociołek z toksyczną męskością buzuje, a tekturowa Swift spłonęła nawet w ognisku, widziałem filmik krążący w internecie, był prawdziwy.

Nieprawdziwe były za to obrazki krążące po serwisie X (dawnym Twitterze). Wygenerowane przez sztuczną inteligencję, przedstawiały piosenkarkę w niekompletnym stroju fanki Chiefsów i pornograficznych sytuacjach. Wylazły z incelskich serwerów i przez kilkanaście godzin nie mogła poradzić sobie z nimi moderacja. Ta zresztą została mocno zredukowana za rządów Elona Muska. Oto zapowiadana przez niego wolność słowa – pornozemsta z komputera wymierzona w najpopularniejszą kobietę świata.

Media skupiają się na kwestiach technicznych: nieudolności serwisu (jeśli nie poradził sobie z atakiem na Taylor Swift, to jak ma chronić zwykłych ludzi?) i, oczywiście, sztucznej inteligencji. W całym tym procederze użyte zostały generatory AI, i to prawdopodobnie te należące do dużych korporacji. Zabawa miała polegać na tym, żeby przechytrzyć cenzorskie kagańce nałożone na maszyny. Żeby sprawdzić, jak to możliwe, wystarczy pobawić się microsoftowskim Copilotem (dostępny w ramach usługi Bing) – nie pozwala na produkowanie obrazków z wizerunkiem prawdziwych osób, ale daje się podejść. Poproszony o obrazek Kirsten Stewart w przebraniu Hastune Miku odmówił, ale już nie miał problemu z utworzeniem takiej podobizny Belli Swan z filmu „Zmierzch”. I jeszcze sam z siebie zapytał, czy bym nie chciał zobaczyć Edwarda Cullena jako jeża Sonica. Ma twarz aktora Roberta Pattinsona i będzie nawiedzał mnie w koszmarach.

Edward Culler (Robert Pattinson) jako SonicEdward Culler (Robert Pattinson) jako Sonic

Skóra celebrytki

Taylor Swift została zaatakowana jako kobieta i jako celebrytka. Ciała znanych osób od zawsze traktowane są jako towar. Pierwszy numer „Playboya” sprzedały akty Marilyn Monroe, wykonane, gdy jeszcze była nieznaną modelką; handlowano potem nimi bez jej wiedzy i zgody. Rozbierane sceny z mainstreamowego czy artystycznego kina lądują jako klipy na stronach pornograficznych. Serwis „Nudografia” zajmuje się katalogowaniem fotosów polskich aktorek. Imię, nazwisko, film, rodzaj sceny.

„Celebrity Skin”, taki tytuł nosił album grunge’owego zespołu Hole z 1998 roku – oraz pornograficznego magazynu wydawanego od 1986 roku. Wyrósł z innego magazynu, „High Society”, prowadzonego przez Glorię Leonard, byłą aktorkę pornograficzną i działaczkę Free Speech Coalition (znowu ta wolność słowa). Magazyn „Celebrity Skin” specjalizował się w publikacji nagich fotek znanych osób, zarówno pochodzących z kina i telewizji, jak i zdobytych bez wiedzy i zgody bohaterek zdjęć. Numer z października 1994 roku reklamował się na przykład nazwiskiem Barbry Streisand – „CZY TO SĄ UJĘCIA Z ZAGINIONEGO SEXFILMU ZE STREISAND? OCEŃCIE SAMI!”. Pięć lat później magazyn opublikował zaś zdjęcia opalającej się toples Jennifer Aniston, gwiazdy serialu „Przyjaciele”. Aby zdobyć nielegalne ujęcia, fotograf musiał wspiąć się na dwuipółmetrowy płot. Aktorka złożyła pozew.

Dziś znane osoby nigdzie nie mogą się czuć bezpiecznie, obiektywy aparatów mają kilometrowe zasięgi. W styczniu 2015 roku Taylor Swift spędzała wakacje z przyjaciółkami, siostrami Haim. Wrzuciła na Instagrama zdjęcie, na którym pozują w bikini – wszystko po to, żeby pokrzyżować szyki paparazzi, którzy chcieli zarobić na ich zdjęciach. Bo technika umożliwia nieznane wcześniej naruszanie prywatności, ale jednocześnie smartfon i media społecznościowe pozwoliły celebrytkom na przejęcie kontroli nad własną narracją.

„Celebrity Skin”„Celebrity Skin”

Te same narzędzia dopiero co narobiły wiele szkód. W 2014 roku doszło do wielkiego wycieku prywatnych zdjęć aktorek i piosenkarek (ofiarami padło ponad sto osób), na incelskich forach ochrzczonego mianem „fappeningu” (będącego złożeniem słowa „fap”, onomatopei oznaczającej masturbację, i „happening”, czyli wydarzenia). Intymne fotki, wykonane w domach, niewyraźne filmiki – wszystko zostało wykradzione w hakerskim ataku i opublikowane na 4chanie czy Reddicie, pokazały je też portale plotkarskie.

To nie jest Scully

Po co to wszystko, kiedy nigdy w historii nie było łatwiejszego dostępu do podniecających treści? To pytanie, które zastanawia zwłaszcza w kontekście tych niewyraźnych i w sumie nieciekawych zdjęć celebrytek albo rozmazanych klatek z filmu, na którym być może była Barbra Streisend. Nie chodzi o samą nagość. Celebrytki to współczesne boginie zamieszkujące Olimp. Czytamy o ich perypetiach jak kiedyś mitologię, nawet historyjki są te same: zdrady, zemsty, podstępy. Niektórych drażni ten ich nadludzki status, więc chcieliby je zrzucić z piedestału, jak robią to z superherosami protagoniści serialu „The Boys”. Upodlenie i zemsta, nic więcej. Tak podejrzewam, bo choć jestem fanem Taylor Swift, to nigdy nie odczuwałem potrzeby, żeby zobaczyć ją na golasa.

Przypomina mi się znajomy fan anime, który miał tak wielki szacunek dla swojej ulubionej postaci, że obruszały go przedstawiające ją erotyczne fanowskie obrazki. Nie była to częsta postawa. Wręcz przeciwnie, od początku kultury internetowej żywa jest „zasada 34 internetu: jeśli coś istnieje, to istnieje tego wersja porno”. Inny znajomy, fan serialu „The X-Files”, zbierał gołe obrazki przedstawiające Danę Scully, czyli Gillian Anderson – fotomontaże, które dziś wręcz wzruszałyby swoją naiwnością.

Ponad dwadzieścia lat temu „Wired” opublikował reportaż o „detektywie od fejków”. Emerytowany wojskowy meteorolog Ed Lake zajmował się analizowaniem krążących po sieci obrazków przedstawiających celebrytki; wskazywał, z jakiego zdjęcia pochodzi głowa Nicole Kidman doczepiona do nagiego korpusu erotycznej modelki, tropił niedoskonałości (zły cień, kolory). To z tamtych czasów pochodziło hasło „THIS LOOKS SHOPPED / I CAN TELL FROM SOME OF THE PIXELS AND FROM SEEING QUITE A FEW SHOPS IN MY TIME” („WYGLĄDA TO NA PHOTOSHOPA / MOGĘ TO STWIERDZIĆ PO NIEKTÓRYCH PIKSELACH I PO ZOBACZENIU KILKU PHOTOSHOPÓW W SWOIM CZASIE”). Ed Lake miał swojego nemezis, twórcę fejków biegłego w obsłudze Photoshopa, z którym prowadził niemalże dżentelmeńską walkę, dostrzegając w nim artystę.

Zjawisko przerabiania zdjęć jest przecież stare jak fotografia (1830), i tak samo stare jest wykorzystywanie kobiet. W 1888 roku trzydziestoletni Le Grange Brown z Nowego Jorku został aresztowany za oferowanie na sprzedaż spreparowanych fotek. Brown był fotografem, który robił zdjęcia młodym kobietom z wyższych sfer; posiadając ich negatywy, ucinał głowy dziewcząt i doklejał do aktów innych kobiet. Brown zaprzeczał i twierdził, że same pozowały nago; oskarżony został o „prezentowanie obscenicznego obrazu”, przed procesem uciekł do Kanady, gdzie zmarł rok później (sprawa została zrelacjonowana w pracy „Disembodied Data and Corporeal Violation” J. Lake).

Złodzieje duszy

Nie dziwi więc, że amerykański magazyn „Ladies’ Home Journal” w 1890 roku ostrzegał kobiety, że nie mogą ufać fotografom o nieznanej reputacji. Było to częścią większego problemu zdjęć robionych i wykorzystywanych bez zgody, który był tak powszechny, że zaproponowano ustawę („A Bill To Protect Ladies”) zakazującą takich praktyk. Stowarzyszenie nowojorskich fotografów zaprotestowało i prawo nie zostało wprowadzone.

Dziś kontrola nad treściami generowanymi przez AI robi się coraz ściślejsza – po wielu testach widać, że Copilot reaguje nie tylko na wprowadzaną treść, ale odmawia też pokazania wygenerowanego obrazka, jeśli przez przypadek wyjdzie coś nieprzyzwoitego. Ale to co najwyżej utrudnia sprawę. Bo jeśli kogoś najdzie ochota na tworzenie pornograficznych obrazków, będzie musiał skorzystać z jednej z płatnych usług albo uruchomić własny generator, co wymaga silnego i drogiego komputera.


W teledysku „Too Many Friends” Placebo z 2012 roku, przedziwnie przenikliwym obrazie nadchodzących czasów, pokazane są apki ostrzegające przed możliwą napaścią seksualną, ale i „rozbierające” na żywo. To dziś popularna zabawa. Z płatnego serwisu „rozbierającego” korzystał streamer Brandon „Atrioc” Ewing. Przez przypadek jego widzowie ujrzeli, że ogląda przerobione zdjęcia swoich znajomych e-celebrytek z Twitcha.

O tym, że erotyzm jest tylko drogą do celu, którym jest kontrola i upokorzenie, świadczy zjawisko, zdawałoby się, całkowicie przeciwne – ubieranie kobiet. Istnieją mizogini, którzy zajmują się przerabianiem zdjęć celebrytek w taki sposób, aby usunąć im tatuaże, a stroje zmienić na konserwatywne, jak z „Żon ze Stepford” albo „Nie martw się, kochanie”. Bo kobieta zapięta pod szyję jest cnotką, którą trzeba rozebrać, ale ta epatująca wyzwoloną seksualnością na własnych warunkach – zdzirą, którą należy przywołać do porządku. Stoi za tym męska potrzeba dominacji, a ta jest stara jak świat. Zmieniły się tylko narzędzia.