Orientacja na szczerość
Haśka Szyjan, fot. Valentyn Kuzan

23 minuty czytania

/ Literatura

Orientacja na szczerość

Rozmowa z Haśką Szyjan

Moja książka jest bardziej o związku pary bohaterów niż o samej wojnie. Ta jest po prostu kontekstem, który bardzo katalizuje to, co fermentuje i gnije na dnie – mówi autorka głośnej powieści „Za plecami”

Jeszcze 6 minut czytania

IRYNA SLAWINSKA: „Za plecami” jest jedną z tych książek, które ukazały się po 2014 roku, ale jeszcze przed 2022 rokiem. Jak jako autorka postrzegasz ją po rozpoczęciu inwazji na pełną skalę? Czy nadal jest aktualna?
HAŚKA SZYJAN:
Ponieważ książka jest kontrowersyjna, kontrowersyjna jest też bohaterka – jest raczej antybohaterką – po 24 lutego zadałam sobie pytanie o aktualność tej książki. W końcu wszyscy rozumiemy, jak działa rynek – zainteresowanie Ukrainą wzrosło, podobnie jak rozrosła się ukraińska literatura współczesna. Na przykład prawa do tłumaczeń mojej książki na język polski, angielski i francuski zostały po inwazji wykupione.

Dużo myślałam o tym, jak opowiedzieć o niej zagranicznej publiczności. Nie chciałabym, aby książka została odebrana w sposób wypaczony przez okoliczności – na przykład jako powieść „antywojenna”. Zidentyfikowałam pewne punkty, które pomogły zrozumieć, dlaczego moja książka w tej nowej rzeczywistości pozostaje ważna.

Przede wszystkim „Za plecami” wyraźnie pokazuje, że wojna trwa od 2014 roku. Zawsze podkreślam to w notach i prezentacjach. Z książki wynika, że ​​społeczeństwo ukraińskie w niektórych miejscach nie było gotowe do wojny, nie planowało jej. Można nas przy tym nazwać niedojrzałymi lub infantylnymi, ale na pewno nie agresywnymi, bez względu na to, jak bardzo chce tego rosyjska propaganda.

Pokazuję w niej Ukraińców jako młody, dynamiczny naród europejski. Wiele postaci w książce chce po prostu żyć swoim życiem, cieszyć się nim. I to jest kolejna ważna rzecz, która sprawia, że ​​powieść jest aktualna w dzisiejszej rzeczywistości. Wciąż widać wyraźny podział i różnice między miastami frontowymi i „pokojowymi”. Były miasta, w których wojny zdawało się nie odczuwać, gdyby spróbować stworzyć taką iluzję – taki efekt można było osiągnąć nawet w Charkowie, choć nie do tego stopnia jak w Kijowie czy we Lwowie. Ale po 24 lutego 2022 roku nie będzie to już możliwe – cała Ukraina odczuwa wojnę.

Dziś granicą, za którą zaczynają się „pokojowe” miasta, gdzie można zapomnieć o wojnie, jeśli się chce, jest zachodnia granica Ukrainy, granica z UE. Oczywiście są za granicą ludzie, którzy interesują się tą wojną i wspierają Ukrainę i Ukraińców. Jednocześnie bardzo łatwo jest stworzyć iluzję, że to wszystko nie istnieje.

Nadal docierają do mnie reakcje ukraińskich czytelników, mimo że powieść ma już prawie cztery lata.

Skoro pojawiają się coraz to nowe przekłady powieści, jak skutecznie opowiedzieć o niej zagranicznej publiczności?
Powieść „Za plecami” mierzy się w szczególności ze stereotypem Ukrainy jako kraju biednego, gdzie podobno nie ma cywilizacji – pokazuje zupełnie inne życie. Tak, są tu niuanse – szalejący konsumpcjonizm, drobna korupcja. Obrazują one jednak, jak bardzo zmieniliśmy się jako społeczeństwo w ciągu tych niemal dziesięciu lat: niektóre problemy, o których piszę w powieści, dziś już nie istnieją.

Komunikacja z polskimi czy litewskimi odbiorcami bardzo różni się od rozmów w Niemczech, Francji, Holandii czy Belgii. Należy to wziąć pod uwagę, przygotowując się do spotkań. Mieszkańcy wszystkich krajów, które doświadczyły rosyjskiej polityki kolonialnej, były częścią obozu komunistycznego, rozumieją wiele codziennych i politycznych kontekstów. Dlatego prezentacja powieści w Lipsku bardzo różniła się od prezentacji we Frankfurcie.

Gdzie leżą trudności?
Trudno jest pracować z audytorium, które wierzy w ogólnoświatowy spisek, a także z tymi czytelnikami, którzy w takiej czy innej formie mają sentyment do Rosji i wierzą, że tamtejsze zło nie jest systemowe, a jest jedynie chwilową konsekwencją działań putinowskiej dyktatury. Z publicznością, która ma romantyczny stosunek do ideologii komunistycznej. Idealizuje czasy sowieckie i wyobraża sobie, że była wtedy możliwa jakaś równość. Ważne jest, aby wyjaśnić, że wszystko w historii było złe.

Należy również powiedzieć, że Ukraina miała życie szczególne w ciągu ostatnich trzech dekad, które nie pokrywa się z życiem rosyjskim. Mieliśmy mieszankę wielkich możliwości, inicjatywy i całkowitego odrzucenia starych komunistycznych wartości. Moja bohaterka w pewnym stopniu to ucieleśnia. Skłania się ku nadmiernemu konsumpcjonizmowi, z którego społeczeństwa zachodnie często już wyrosły, i prowadzi styl życia, na który wielu współczesnych Europejczyków nie może sobie pozwolić. Zauważyłam, że właśnie to często zaskakuje moich czytelników. Na przykład francuscy odbiorcy, ze wszystkimi swoimi stereotypami na temat Ukrainki jako fille de l’Est, są zaskoczeni obrazem bogatej młodej kobiety, która płaci za swojego francuskiego chłopaka w drogiej restauracji we Francji. Myślę, że moja książka faktycznie burzy pewne stereotypy na temat Ukrainy.

Kraje UE to często kraje bogatych emerytów... Ale dzisiejsza młodzież już rozumie, że raczej nie zostanie bogatymi emerytami. I to jest jeden z punktów, który dzięki tej książce pomaga odkryć, czym Ukraina była przez ostatnie 30 lat – na przykład krajem nowego biznesu i wielkich możliwości.

„Za plecami”, jak mówisz, obala pewne stereotypy. Ale warto uczciwie powiedzieć, że również pewne wzmacnia. Na przykład przedstawione tutaj wizerunki kobiet mogą czasami wyglądać mizoginicznie. Podobnie w obrazie Ukrainy znajdziemy stereotypowe opowieści o skorumpowanych urzędnikach i rozpowszechniony obraz nierówności społecznych. Jak sobie z tym radzisz jako autorka? Jak odczytuje to publiczność?
Bardzo ważne jest dla mnie, aby literatura była szczera. Stawiam wyraźną granicę między dyskursem publicznym a fikcją. Na przykład pracuję w komunikacji i rozumiem, że w stanie wojny są pewne sprawy, o których trzeba mówić inaczej. Kreowanie pozytywnego wizerunku to osobna praca medialna i PR. A nie taka jest rola literatury.

Jednocześnie, pisząc tę ​​książkę, nie sądziłam, że zostanie przetłumaczona na wiele języków europejskich. Oczywiście istniała pewna wewnętrzna ambicja, ale nie planowałam, że napiszę książkę, która zostanie przetłumaczona, i że będę musiała poprawnie komunikować się z europejską publicznością, przewidując jedno, a nie podkreślając czegoś innego…

Rozumiem, że temat korupcji czy nierówności społecznych nie jest powodem do szczególnej dumy, zwłaszcza w kontekście egalitarnego społeczeństwa europejskiego, ale nie chciałabym stracić orientacji na szczerość w fikcji. To ważne, ale trudne, bo coraz częściej muszę coś mówić o Ukrainie. Dlatego staram się dzielić swoje role, rozumiejąc, kiedy wypowiadam się jako pisarka o literaturze, a kiedy – jako przedstawicielka Ukrainy o Ukrainie.

Uczciwość jest ważna. Widzę to w naszych tekstach z lat 20. XX wieku, widzę to w „Internacie” Żadana – kiedy się je czyta, widzi się normalne życie ze wszystkimi jego wadami i problemami. Jestem przeciwna przekształcaniu literatury w materiał propagandowy, jak to miało miejsce w czasach sowieckich. W tym sensie nie bardzo podoba mi się to, co dzieje się w świecie książki anglojęzycznej. Mam wrażenie, że pewna literatura zamienia się już w wysokiej jakości copywriting, gdzie wszystkie narracje, wszystkie przekazy są przemyślane, gdzie obliczana jest prawidłowa liczba kobiet, LGBT+ i mniejszości narodowych na stronie tekstu. A jeśli autor popełni gdzieś błąd lub pozwoli sobie ustami bohatera wyrazić jakąś niepopularną opinię, to naraża to całą jego karierę twórczą na ryzyko. Myślę, że osoby, które coś przeżyły i chcą zająć się tymi doświadczeniami od strony literackiej, powinny realizować te tematy, nie myśląc o tym, co jest korzystne z punktu widzenia aktualnej agendy. Niestety, współczesny rynek literacki czasami to koryguje. Skutki już widzimy.

Jednak z każdą nową książką tracę też trochę autorskiej uczciwości. Im więcej drukujemy, im więcej tłumaczymy, tym trudniej jest pracować z tematami lub kontekstami, wobec których chcielibyśmy być krytyczni albo cyniczni, albo pozwalać sobie na snobizm, bo teraz powinniśmy przemawiać jednym głosem.

Do tego dochodzi pewna presja ze strony środowiska czytelniczego, a także obawa, że ​​książka zostanie przetłumaczona i zaprezentowana przez wydawcę w innym kontekście. Na przykład wydawca nie chce powiedzieć, w jakim kraju planowano opublikować tłumaczenie mojej powieści w serii antywojennej literatury feministycznej. Oczywiście nie czytali tekstu, tylko streszczenie. Na szczęście zachowali się uczciwie i natychmiast mi to zgłosili, a ja odmówiłam sprzedaży praw do tłumaczenia. A jeśli nie uprzedziliby mnie o swoich planach?

Haśka Szyjan, fot. Valentyn KuzanHaśka Szyjan, fot. Valentyn Kuzan

Wspomniałaś już, że w czasach wojny coraz trudniej jest nie filtrować tego, co piszesz, i postępować zgodnie z postulatem dotyczącym całkowitej szczerości. Dlaczego?
Ponieważ wszystko, co powiemy, może zostać użyte przeciwko nam. Teraz widać, że to działa. Z tych samych powodów uważam, że to dobrze, że fikcja, zwłaszcza dłuższe formy, potrzebuje dystansu czasowego. Potrzebny jest czas na refleksję. Książki o obecnej wielkiej fazie wojny zostaną napisane nieco później. Dziś za to czas na format bardziej reportażowy i teksty weteranów, a także pamiętniki, wspomnienia i inne formy rejestrujące rzeczywistość.

Jednocześnie wyzwaniem pozostaje to, w jaki sposób tekst zostanie sklasyfikowany, na której półce zostanie umieszczony. Dlatego uważam, że można, że ​​tak powiem, śmiać się ze wszystkiego, ale nie ze wszystkimi. Czyli trzeba mieć przemyślaną strategię komunikacji, żeby wyjaśnić, jaki to tekst, dlaczego jest taki jaki jest, dlaczego nie przedstawia wszystkiego w różowych barwach. Literatura powinna oferować głębsze i bardziej wielowarstwowe refleksje.

Wiesz, że ta książka ma bardzo niejednoznaczny odbiór w środowisku weteranów. Ja, na przykład, czuję pewne napięcie w niektórych częściach tego środowiska, kiedy zaczyna się rozmowa o twojej powieści. Czy myślałaś o tym, jesteś tego świadoma?
Haśka Szyjan Za plecami, wydawnictwo Czarne, 440 stron, w księgarniach od czerwca 2023Haśka Szyjan, „Za plecami”, Wydawnictwo Czarne, 440 stron, w księgarniach od czerwca 2023Kiedy pisałam książkę, zrozumiałam, że pojawią się takie reakcje i będą w pełni uzasadnione. Bardzo je szanuję, nie obrażają mnie, nie ranią, nie denerwują. Wręcz przeciwnie, zawsze jestem wdzięczna ludziom, którzy zmuszali się do przeczytania do końca, zwłaszcza jeśli książka była dla nich nieprzyjemna i jakoś na nią zareagowali. Właściwie od samego początku byłam przygotowana na negatywne reakcje, ale tak się złożyło, że te pierwsze były pozytywne. Nie mogę powiedzieć, żeby była tu jakakolwiek różnica między środowiskami – spotkałam się zarówno z pozytywnymi, jak i negatywnymi opiniami zarówno ze strony weteranów, ludzi, którzy stracili bliskich na wojnie, jak i od tych, którzy nigdy nie brali udziału w działaniach wojennych… Myślę, że jest to opowieść o czytaniu. Wydaje mi się, że niektórzy ludzie chcą widzieć w literaturze pozytywną, dobrą, mądrą, wieczną gloryfikację.

Żeby wrogowie byli źli, a nasi dobrzy?
Owszem. Ale było kilka momentów, kiedy zrozumiałam, że moja książka została po prostu źle odczytana. Na przykład nie zgadzam się z tymi, którzy nazywają moją bohaterkę „dziewczyną z waty”. Tak, jest kontrowersyjna, ale w całym tekście ani razu nie popiera ani Rosji, ani „rosyjskiego miru”. Wręcz przeciwnie, nie mówi po rosyjsku, nie czyta rosyjskich mediów. To nie Rosja ją kusi, ale Zachód. Można jej zarzucić niedostateczny patriotyzm i obojętność społeczną, ale nie to, że jest „z waty”.

Wewnętrznie mamy różne odczytania samych siebie. Wszystko zależy od „bańki” – dla jednych bohaterka była zbyt realistyczna, inni postrzegali ją jako czystą fikcję i konstrukt. Tutaj możemy wyróżnić linie nie tylko osobistych idei politycznych, lecz także rozdzielić to, czy ludzie są poruszeni przez to, co dzieje się w książce, czy przez książkę jako tekst. Dla mnie to dwie zupełnie różne reakcje. Bo osobiście lubię czytać książki, w których główny bohater doprowadza mnie do szału. Na przykład „Miasto” Pidmohylnego, gdzie główny bohater jest bardzo nieprzyjemny, ale w pewnym momencie zaczynasz mu współczuć, bo cię fascynuje. Dlatego recenzje, które, ogólnie rzecz biorąc, analizowały zachowania głównej bohaterki, były znakiem, że powieść jest dobrze napisana. Jeśli analizuje się główną postać, to znaczy, że jest ona postrzegana jako żywa osoba.

A teraz możemy bardziej szczegółowo porozmawiać o bohaterce. Już nazwałaś ją antybohaterką. Dlaczego? Skąd się wzięła? Dlaczego zdecydowałaś się napisać o takiej kobiecie?
Przede wszystkim nie wolno nam zapominać, że książka powstała w latach 2014–2016 i została opublikowana w 2019. Może inni ludzie byli jakoś bardziej dojrzali i bardziej gotowi, ale dla mnie pojawienie się tej wojny w naszym życiu było bardzo dużym szokiem. Życie nas na to nie przygotowało.

W jednym ze swoich ostatnich postów Artem Czech napisał, że w ciągu tych prawie dziesięciu lat przestał wysuwać infantylne roszczenia wobec życia. Często myślę o tych infantylnych pretensjach jako o czymś bezcennym, do czego straciliśmy prawo. Są kruche, kruszą się w palcach. I vice versa – istnieją elementy, o których nigdy nie myślałam, że staną się częścią mojego życia. W jednej ze scen mojej powieści bohaterki dowiadują się, że to, co uważały za bajki babć, jest teraz opowieścią o nich samych. Wszystkie te historie o stratach ludzi w czasie wojny, o amputacjach, urazach fizycznych i psychicznych, jak sądzę, wielu zszokowały. To nie jest naturalne, aby człowiek żył w ciągłym przygotowaniu na katastrofę, zwłaszcza o takiej skali.

Również w powieści bardzo ważne było dla mnie uchwycenie tej nowej klasy średniej, która ukształtowała się po czasach bogatych ludzi lat 90., którzy byli gangsterami. W tamtych czasach bogactwo oznaczało, że byłeś zły lub nieuczciwy, więc pieniądze można było lekceważyć i uważano, że zarabiasz mniej, ponieważ masz sumienie i wyznajesz wartości. Zamiast tego w ostatniej dekadzie pojawiła się klasa średnia, która zaczęła całkiem przyzwoicie i uczciwie zarabiać, płacąc podatki. Chciałam też ukazać i utrwalić tę klasę średnią. Nie sądzę, żeby było to świadome pragnienie – raczej wewnętrzna potrzeba zarejestrowania utraty złudzeń wygodnego i tak przyjemnego świata, w którym można żyć po wszystkich trudach epoki poradzieckiej. Tak pojawiła się bohaterka – żywiołowa przedstawicielka swojego środowiska, swojej klasy i środowiska.

Haśka Szyjan

Jest autorką powieści „Hunt, doctor, hunt” i „Za plecami”, za którą otrzymała Nagrodę Literacką Unii Europejskiej. Do tej pory ta druga powieść została przetłumaczona na siedem języków, w tym polski (niedawno ukazało się polskie tłumaczenie Michała Petryka). „Za plecami” powstawało w latach 2014–2016 i ukazało się na rynku w 2019 roku. Tekst spotkał się w Ukrainie z mieszanym przyjęciem: od entuzjastycznych recenzji po krytykę skupiającą się na ostrym przedstawieniu realiów wojny i stosunku autorki do wojska.

Czy to środowisko może żyć w dobrobycie bez zwracania uwagi na kontekst społeczny?
Niekoniecznie. Wydaje mi się, że taka charakterystyka jest przerysowaniem zarówno całego środowiska, jak i mojej bohaterki w szczególności. W rzeczywistości przykłada ona dużą wagę do społeczności – po prostu chce od niej uciec. Oznacza to, że zużyła swoje zasoby w biednym dzieciństwie, które przypadło na lata 90., więc w tej chwili nie jest gotowa ponownie w to inwestować. Nie budowała własnego „płaszcza lipidowego”, aby dbać o innych. Wciąż jest w tej fazie, kiedy musi najpierw założyć sobie maskę tlenową, a dopiero potem zacząć pomagać siedzącym obok niej. Jeszcze nie nawdychała się tego tlenu – tej obfitości. Jej cynizm jest czymś niemal młodzieńczym, gdy zaprzecza się wszelkim wartościom.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat takich osób było więcej. To nie są milionerzy, to po prostu ludzie, którzy czują się komfortowo: stać ich na codzienne jedzenie w restauracjach, wynajmowanie lub kupno nieruchomości, kupno samochodów. Uważam za bardzo wielkie osiągnięcie, że w pierwszym roku wojny na pełną skalę ta grupa nie zniknęła, nadal działa i wnosi swój wkład. Dlaczego coraz więcej takich osób daje pieniądze wolontariuszom? Ponieważ rozumieją, jak ważne jest utrzymanie kraju – i zachowanie zwykłego życia. Wyraźnie zaznaczam, że moja bohaterka nie miała konkretnego pierwowzoru – jest mieszanką różnych wrażeń i doświadczeń różnych osób i par.

Część pretensji środowiska czytelniczego do bohaterki związana jest z faktem, że nie jest zadowolona, ​​że ​​jej chłopak poszedł walczyć. Jest to sprzeczne z narracją o heroicznej randze wojownika, która wyraźnie i zdecydowanie zasługuje na szacunek. Opowiedz nam o tym kontekście w swojej powieści, jak to poprawnie czytać?
To bardzo ważny punkt. I rozumiem, nawet w sposobie, w jaki sformułowałaś pytanie, że nie opisałam tego wystarczająco szczegółowo. To nie przypadek, że J.K. Rowling twierdzi, że autor powinien wiedzieć więcej o bohaterach niż czytelnicy, ale wszystko powinno wynikać z kontekstu, bez zbędnych wyjaśnień. Zgodnie z fabułą chłopak bohaterki nie poszedł na front jako ochotnik. Po prostu przyjął wezwanie, został zmobilizowany – i nie wiemy dlaczego i jak. Najwyraźniej ta linia fabularna trochę się rozpłynęła w tekście. Chociaż ta postać jest w zasadzie nieco zamazana: początkowo chciałam zamieścić jego głos w powieści, ale w trakcie pracy zdałam sobie sprawę, że nie jestem jeszcze wystarczająco dojrzałą autorką. Byłoby mi trudno wypowiadać się w jego imieniu, ponieważ nigdy nie byłam blisko frontu.

W realiach 2015 roku wiele osób nie przyjmowało wezwań i znajdowało sposoby na uniknięcie mobilizacji. Dlatego dla bohaterki decyzja o mobilizacji jest raczej kwestią ich relacji jako pary, a nie kwestią obrony Ukrainy. Widzimy, że coś jest nie tak z ich związkiem... i chłopak decyduje się na taki krok bez konsultacji z dziewczyną. A ona czuje, że nie może założyć kostiumu „bohaterki”. Nie może przezwyciężyć egoizmu i uznać tego czynu za heroiczny, bo szuka w nim innych kontekstów – na przykład przyczyn w sobie i w ich związku. Zawsze powtarzam, że książka jest bardziej o związku tej pary niż o samej wojnie. Tutaj wojna stanowi po prostu kontekst, który bardzo mocno katalizuje to, co fermentuje i gnije na dnie.

Jesteś Ukrainką, która mieszka w UE, twoja książka została przetłumaczona na kilka języków europejskich, otrzymałaś różne nagrody. Co dzisiaj oznacza dla ciebie bycie europejską autorką? Z jakimi obowiązkami się to wiąże?
Właściwie to ciekawe doświadczenie. Do Brukseli przenieśliśmy się jeszcze przed inwazją – ta decyzja nie była związana z wojną. Po przeprowadzce zdecydowanie nie prezentowałam się jako „pisarka europejska”. Ale tak, zgadza się, że jestem Ukrainką, pisarką, publikowałam książki… Ale to wszystko wydawało się w Brukseli zupełnie nieistotne przed rozpoczęciem inwazji na pełną skalę. Po inwazji to się zmieniło. Dziś widzimy, że o wiele więcej ukraińskich pisarzy jest zapraszanych na różne międzynarodowe imprezy. To nakłada na ciebie zupełnie inny rodzaj odpowiedzialności. Osobiście ważne jest dla mnie zrozumienie, o czym dokładnie mam mówić: o wojnie ukraińskiej teraz? o kontekstach? o literaturze w Ukrainie?

Każde wydarzenie musi być przygotowane bardzo starannie, biorąc pod uwagę publiczność, kraj, kontekst całego przedsięwzięcia. Wszyscy wiemy o trudnej walce autorów ukraińskich o to, by nie sytuować się w kontekście Rosji i całej przestrzeni pansłowiańskiej. Chcemy, aby ukraińscy autorzy byli wreszcie rozpatrywani niezależnie od tego kontekstu.

Poza tym bardzo bym chciała, żeby ukraińscy autorzy byli zapraszani nie tylko na wydarzenia o tematyce wojennej. Myślę, że to ważne, aby pisarze z Ukrainy mogli opowiadać o swoich tematach, o swoich gatunkach. To właśnie takie wydarzenia umożliwiają dotarcie do szerokiego grona odbiorców – zwłaszcza tych, którzy w ogóle nie interesują się Ukrainą i językiem ukraińskim. W ten sposób wychodzimy z „bańki”… i nadal możemy wpleść ukraiński kontekst w nasze wystąpienie na temat zawodowy.

Co stoi na przeszkodzie, aby autorzy ukraińscy byli bardziej obecni w kontekście europejskim?
Niewiedza o nas. Właściwie to ona nigdy nie odeszła. Problemem jest również brak szkół tłumaczeniowych i profesjonalnych tłumaczy z języka ukraińskiego na języki obce. Ponadto rynek anglojęzyczny pozostaje bardzo trudny: zawiera tylko 4% tłumaczeń z innych języków świata. A Ukraińcom nie jest tak łatwo zmieścić się w tej liczbie, jak się wydaje.

Dziś więcej o nas słyszą, trochę więcej wiedzą, ale zwykły człowiek wciąż dziwi się, że oprócz pisarzy rosyjskich, których wszyscy znamy, są też, jak się okazuje, pisarze ukraińscy. Okej, zwykli ludzie słyszeli kilka nazwisk, ale okazuje się, że tych pisarzy jest trochę więcej. Ale żadne wydawnictwo nie będzie w stanie tego zbadać, jeśli nie ma profesjonalnego czytelnika, który czyta po ukraińsku. Większość zagranicznych wydawnictw nie ma redaktorów o takich kompetencjach.

Wszystkie te problemy pozostają i będą wyzwaniami dla naszej pracy przez kilka następnych dziesięcioleci. Po zwycięstwie bardzo ważna będzie rzetelna praca nad wypełnieniem tej niszy. W Europie większość ludzi nie rozumie wezwań do cancel Russian culture, stop reading Dostoevsky. Tezy te postrzegane są jako agresywna reakcja osób po traumie. Jedyną rzeczą, która działa, jest oferowanie wysokiej jakości alternatywy. To praca, którą wszyscy musimy wciąż i wciąż wykonywać.

Haśka Szyjan, fot. Olga ZakrevskaHaśka Szyjan, fot. Olga Zakrevska

Jaka jest twoja osobista strategia i sposób funkcjonowania na europejskich imprezach, na które wciąż zapraszani są rosyjscy pisarze?
Zetknęłam się z tym po raz pierwszy w maju 2022 roku, jeszcze przed wszystkimi wielkimi skandalami. To bardzo trudny wybór, bo tak naprawdę nikogo to nie obchodzi – decyzja o odmowie udziału w wydarzeniu może przejść niezauważona, a twoja nieobecność może stworzyć więcej miejsca dla rosyjskich autorów i dziennikarzy, „wygnańców reżimu”. Kolejnym wyzwaniem są ukraińscy uczestnicy, tacy jak Serhij Łoznycia, których wypowiedzi budzą kontrowersje. Oznacza to, że na tym polu wciąż istnieje wiele „szarych stref”.

Każde wydarzenie, na którym nie byłaś, jest wydarzeniem, na którym nie wyjaśniłaś swojego stanowiska. Chodzi mi o to, że każda odmowa udziału w wydarzeniach z udziałem Rosjan musi być głośno komunikowana właśnie zachodniej, zewnętrznej publiczności. Dlatego ostatnie przypadki – z Oleną Husejnową w Tartu i z ukraińskim PEN Clubem w Nowym Jorku, które odmówiły udziału w festiwalach, w których programach byli Rosjanie – uważam za dobry znak.

Chcę też powiedzieć, że nie tylko znani autorzy odczuwają taką codzienną presję. Patrzę na moją dziesięcioletnią córkę i uświadamiam sobie, że ona też musi codziennie bronić siebie i swojej tożsamości w szkole. Na przykład podczas pracy nad szkolnym występem Teia zmusiła organizatorów do zastąpienia całej rosyjskiej muzyki przewidzianej w scenariuszu. Udało jej się też zmienić scenariusz, w którym fabuła opierała się na bohaterach przybyłych z Rosji. To codzienny wysiłek.

I to też będzie nas prześladować bardzo długo, musimy być gotowi do ciągłej pracy bez przyzwyczajania się do „bezpiecznej bańki”.


Przełożyła Iwona Boruszkowska