Pisarz Pana Boga
ilustracja Robert Vickrey, „Time” 1961

Pisarz Pana Boga

Marek Olszewski

Żadnych zdjęć, informacji o autorze i promocji. Kiedy przed ukazaniem się „Buszującego w zbożu” do Salingera dotarła wieść o rozesłaniu egzemplarzy recenzenckich, jego wściekłość nie znała granic

Jeszcze 3 minuty czytania

Dawno, dawno temu, gdy świat lizał jeszcze rany po okrutnej hekatombie I wojny światowej, gdzieś na nowojorskim Upper East Side żył sobie chłopiec, który pomimo protestów ze strony przedsiębiorczego ojca uparł się, by zostać pisarzem. Jerome David Salinger nie mógł spodziewać się, że już za kilkanaście lat jego wielkie marzenie spełni się z nawiązką, przeobrażając się w najczarniejszy koszmar osaczającej sławy. Dla człowieka, który na pierwszym miejscu zawsze stawiał prywatność, sukces nie mógł okazać się niczym innym jak przepustką do piekła.

Na bazie tego przekonania buduje biograficzną narrację Kenneth Slawenski, jeden z kilku amerykańskich biografów J.D. Salingera. Jego książka z 2010 roku oferuje bogate –  choć miejscami niestroniące od banału szkolnych zeszytów – kompendium wiedzy o autorze. Żeby zamknąć temat sygnalizowanej naiwności i więcej do niego nie wracać, zacytuję tylko instruktażowe ostatnie zdanie książki Slawenskiego, w którym konkluduje: „Zastanawiając się nad życiem J.D. Salingera, z całym jego smutkiem i niedoskonałościami, musimy od nowa przyjrzeć się własnemu życiu, związkom i ocenić, na ile my sami jesteśmy prawi i szczerzy”. Prostoduszność wygłoszonego z powagą katechety przesłania wprawia w konfuzję i wywołuje co najwyżej pobłażliwy uśmiech na twarzy. Ktoś się przejął?

Kenneth Slawenski, „J.D. Salinger. Biografia”.
Albatros, Przeł. Anna Esden-Tempska, 560 stron,
w księgarniach od marca 2014
Wezwanie do życia w zgodzie z sobą zupełnie inaczej wybrzmiewa, gdy nadawcą jest słynny nastoletni bohater „Buszującego w zbożu” – Holden Caulfield. Jego młodość jest gwarancją autentyczności i uprawomocnieniem buntu. Jeżeli gdzieś jeszcze mieszkają ideały, nierozcieńczone truciznami ironii czy fałszu, to właśnie tam, gdzie dorosłość nie ma wstępu. Tej prawdzie Salinger pozostał w swoim pisarstwie wierny aż po ostatnie zapisane zdanie.

1.

Jakkolwiek dziwacznie by to zabrzmiało, uwielbienie czy wręcz adoracja, których autor „Buszującego w zbożu” doznawał ze strony czytelników, drążyły w nim stale rosnące poczucie nieszczęścia i winy. Musiały być tym większym ciężarem, że bezpośrednio wchodziły w paradę bardzo serio żywionym przez niego przekonaniom religijnym. Od późnych lat 40. był stałym bywalcem Ramakrishna-Vivekananda Center na Wschodniej Dziewięćdziesiątej Czwartej Ulicy, skąd zaczerpnął filozofię twórczości inspirowaną duchem wedanty. Ta nie pozostawiała wątpliwości: największym zagrożeniem dla zaburzenia mistycznej równowagi jest folgowanie ego, a czy którykolwiek z wyznawców kościoła Kriszny mógł być bardziej narażony na pokusy próżnej jaźni niż wielbiony przez miliony ludzi na całym świecie, żywy klasyk amerykańskiej literatury?

Religia była Salingerowi potrzebna, by zaklajstrować pustkę po okrucieństwach II wojny światowej. Jako agent kontrwywiadu i członek Czwartego Pułku Piechoty, walczący w latach 1944-45 na europejskim froncie, napatrzył się jak mało kto, do czego zdolny jest pozostawiony samemu sobie gatunek ludzki. Obrazy, które zastał, odkrywając wraz z alianckimi towarzyszami broni nazistowskie obozy koncentracyjne, z pewnością na trwałe zapisały się w jego pamięci. Z tym większym impetem po zakończeniu wojny rzucił się w wyznaniowy newage’owy patchwork chrześcijaństwa, hinduizmu i zen, wyprzedzając tendencje, które w amerykańskim społeczeństwie najsilniej zaistnieją w latach 60.

Swoją powojenną twórczość Salinger uznawał za formę modlitwy i medytacji czynionej na prywatny użytek, dlatego – zwłaszcza w późniejszych latach – całkowicie ignorował głosy krytyków literackich, znajomych redaktorów z prestiżowego „New Yorkera” czy kolegów po piórze. Pisał o sobie i dla siebie. Ot i przywilej klasyka. Uznawał, że jedynym jego arbitrem może być Bóg, bo to z Jego poręczenia tworzy i to On inspiruje całkowicie jego literaturę. Być może nawet przeczuwał w takim postawieniu sprawy jakieś zagrożenie. Kiedyś przyznał, że siada przy maszynie do pisania zdecydowany opowiedzieć „miłosną historię o parze skradzionych butów sportowych”, a i tak wychodzi mu kazanie religijne. Salinger – pisarz Boga, jak nazywa go Slawenski – wyraźnie zaczął odjeżdżać. Myśl o osiągnięciu duchowej równowagi stała się jego obsesją, co nie pozostało bez wpływu na coraz bardziej niejasną zawartość utworów i ich formalne rozprzężenie. Nawet jeśli czytelnicy pojmowali coraz mniej z tego, co miał im do przekazania, J.D. Salinger po każdej kolejnej książce długo nie schodził z list bestsellerów.

2.

Zaufanie mas zawdzięczał swojej najsłynniejszej powieści, którą Amerykanie do dziś uwielbiają do granic szaleństwa (jest w tym zdaniu ponura dosłowność, przypominająca o zabójcy Johna Lennona, który w 1980 roku, oddawszy cztery śmiertelne strzały w kierunku beatlesa, przysiadł ze spokojem na krawężniku, pogrążając się w lekturze... „The Catcher In The Rye”). Popularność wydanego w 1951 roku „Buszującego w zbożu” – książki-legendy, nad której ukończeniem autor pracował z podziwu godną zawziętością od 1941 roku – przerosła jego najśmielsze oczekiwania, stopniowo doprowadzając do podjęcia decyzji o całkowitym wycofaniu się z życia publicznego i literackiego. W praktyce oznaczało to popełnienie pisarskiego samobójstwa, któremu towarzyszyła doprowadzona do poziomu obsesji troska o ochronę wizerunku. Tak miał narodzić się mit życia i twórczości jednego z najbardziej osobliwych klasyków XX-wiecznej literatury amerykańskiej.

„Time”, wrzesień 1961Począwszy od połowy lat 60., J.D. Salinger przestał pokazywać się publicznie, nie przyjmował wręczanych mu nagród, odrzucił propozycję kulturalnej wymiany z zagranicznymi literatami oferowaną mu przez Departament Stanu, konsekwentnie nie udzielał wywiadów. Jak ognia unikał też hollywoodzkich twórców marzących o przeniesieniu na ekran „Buszującego w zbożu”. Bez większych rozterek spławił takich gigantów filmu jak Elia Kazan, Billy Wilder czy Steven Spielberg. Odmówił nawet znanej z niezwykłego uroku pierwszej damie Ameryki – Jacqueline Kennedy, kiedy w rozmowie telefonicznej usilnie starała się namówić go, aby razem z rodziną wziął udział w uroczystej kolacji w Białym Domu. Ponadto pod absolutnym rygorem zakazywał publikowania swoich fotografii. Można sobie tylko wyobrażać, jaki był jego gniew we wrześniu 1961 roku po ukazaniu się nowego numeru „Time’a”, na którego okładkę trafiła podobizna wyraźnie starzejącego się pisarza. Dziennikarze dosłownie stawali na głowie, żeby dostarczyć czytelnikom jakichkolwiek informacji o uwielbianym przez rzesze odludku.

J.D. Salinger znany był również z tego, że z morderczą zawziętością doglądał przygotowywanych edycji własnych książek, niszcząc przy tej okazji zdrowie psychiczne niejednego redaktora. Recepta była prosta: żadnych zdjęć, grafik, informacji o autorze i najlepiej żadnej promocji w mediach. Kiedy jeszcze przed ukazaniem się „Buszującego w zbożu” dotarła do niego wieść, że wydawnictwo rozesłało egzemplarze recenzenckie jego debiutanckiej powieści po różnych redakcjach, a Klub Książki Miesiąca zgodził się przyjąć ją do letniego wydania, jego wściekłość i oburzenie nie znały granic. Kwintesencją Salingerowskiej mizantropii było zmuszenie wieloletniej, niezwykle oddanej mu agentki, Dorothy Olding, do spalenia całości prowadzonej przez niego (nierzadko bardzo cennej) korespondencji. Olding niestety nie zdobyła się na zuchwałość Maxa Broda – karnie wypełniła polecenie cholerycznego klienta. W przypadku odmowy prawdopodobnie musiałaby pożegnać się z przywilejem prowadzenia dochodowego pisarza.

Wobec serii podobnych anegdot nie zaskakuje zgorszenie autora na wieść o szykowanym w 1986 roku wydaniu biografii „J.D. Salinger: A Writing Life”, przygotowanej przez największe na świecie, anglojęzyczne wydawnictwo Random House. Wszystko skończyło się procesem sądowym, a głośna wówczas sprawa uznawana jest za jedną z podstaw prawa autorskiego i należy do obowiązkowego programu studiów prawniczych w Stanach Zjednoczonych. Trzeba policzyć na plus Slawenskiemu, że relacjonując tego typu zdarzenia, zachowuje wstrzemięźliwość w ocenach, wycofuje się na dalszy plan i nie ulega pokusie pośmiertnego napiętnowania swojego bohatera. Przeważa chęć zrozumienia.

Uparte milczenie pisarza zaczęło wydawać plon – pojawiało się coraz więcej teorii spiskowych. Jedną z bardziej znanych jest ta ułożona przez skonsternowanych dziennikarzy „SoHo Weekly News”, którzy w tyleż głośnym, ile kuriozalnym artykule z 1976 roku wysunęli tezę, że Salinger tak naprawdę nie zniknął ze sceny literackiej, lecz dalej publikuje jako... Thomas Pynchon. Co zabawne, te spekulacje po latach odgrzał amerykański wydawca, gdy w nowej edycji dzieł Salingera z lat 90., na białym tle okładki umieścił tęczę („Tęcza grawitacji” Pynchona pozostaje jednym z najsłynniejszych jego utworów, aluzja była więc czytelna).

3.

Przez długich 45 lat – od wydania w 1965 roku ostatniej opublikowanej w „New Yorkerze” noweli „Haptworth 16, 1924”, aż do śmierci 91-letniego pisarza w styczniu 2010 roku – publiczność za oceanem nie doczekała się comebacku literackiego pupila, który tymczasem ukryty przed całym światem w prywatnej posiadłości w Cornish (w stanie New Hampshire), oddawał się pracom ogrodowym, hodowli żywności organicznej oraz układaniu horoskopów. Lecz to jeszcze nie wszystko. J.D. Salinger nie tylko zrezygnował z prezentowania swojej aktualnej twórczości czytelnikom, ale na mocy praw autorskich do niemal wszystkich napisanych przez siebie tekstów (wyjątkiem było wspomniane ostatnie opowiadanie, pozostające w rękach macierzystego pisma autora – „New Yorkera”) zabronił ich przedrukowywania. Tym samym utwory, w których procent duchowego objawienia był zbyt niski, skazywał na powolne unicestwienie na kartach archiwalnych numerów płowiejących magazynów. Trzeba zresztą dodać, że wskutek bezkompromisowej decyzji pisarza wspomniane czasopisma bardzo często padały ofiarą jego zdesperowanych fanów, wydzierających kartki z odnalezionymi tekstami dawniejszych opowiadań.

Salinger pod koniec życia / materiał wydawcy

Wielbiciele twórczości J. D. Salingera, dla których Holden Caufield z „Buszującego w zbożu” był przedmiotem identyfikacji oraz głosem buntu wobec chorób toczących amerykańskie społeczeństwo, takich jak nieautentyczność relacji, konformizm czy wyzbyty idealizmu materializm, mieli wyjątkowo ciężkie życie z prowadzącym konsekwentną kampanię antyautorską pisarzem. Nie raz zdarzało się, że musieli przejąć inicjatywę, tak jak zrobili to chociażby w 1974 roku pełni dobrych chęci hipisi, tworząc pirackie wydanie niepublikowanych dotąd nowelek Salingera, wydrukowane w około 25 tysiącach egzemplarzy. Reakcja oddanego Bogu autora na podobne próbki amerykańskiego samizdatu była zawsze tak samo mało ewangeliczna: najpierw wściekłość, później straszenie amatorów edytorstwa pozwem sądowym, wreszcie polecenie natychmiastowego wycofania nieautoryzowanych egzemplarzy.

Do dziś jedyną oficjalnie uznaną przez pisarza antologią jego krótkich próz pozostaje „Dziewięć opowiadań” z 1953 roku. Nietrudno uświadomić sobie, jak symboliczna jest to reprezentacja w kontekście 36 utworów, opublikowanych w prasie w ciągu lat 1939-1965. Do tego trzeba by doliczyć jeszcze 28 innych tekstów, które nigdy nie doczekały się druku i z których większość uznaje się za zaginione. Pozostaje wielką zagadką, ile J.D. Salinger napisał od roku swojego zamilknięcia. Spekulacjom nie ma końca, a prawda ma podobno wyjść na jaw w latach 2015-2020, na kiedy zaplanowano premierę Salingerowskich utworów „z szuflady”. Jednak szumne zapowiedzi wydawców – sprytnie podsycających podniecenie czytelników tajemnicą zawartości sejfu pisarza w jego „bunkrze” w Cornish – równie dobrze mogą zaowocować pośmiertnym triumfem autora, co porcją bełkotliwego, religijnego kiczu, któremu będzie towarzyszył jedynie cichy śmiech zza grobu.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.