Sprzedaż wiązana
fot. Requiem Records

9 minut czytania

/ Muzyka

Sprzedaż wiązana

Adam Wiedemann

„Miniatury” Rudnika są subwersywną krytyką współczesnej kultury. Ich remiksy – całkowitym osłabieniem przekazu i wciągnięciem ich na sztyft popkultury, która wszystko przemiela w pieniądz

Jeszcze 2 minuty czytania

Przyszło do mnie pudełko, w którym było pudełko, w którym było pudełko. Tak się zaczyna ta historia. Z każdym kolejnym pudełkiem rosła moja radość, zacząłem się bowiem domyślać, że ostatnie z nich zawierać będzie pięciopłytowiec, zawierający z kolei legendarne dwieście dwie „Miniatury” Eugeniusza Rudnika. Moja radość wszak szybko została stonowana, po żmudnym otwarciu ostatniego pudełka okazało się bowiem, że jest ono głównie wypełnione papierem, a płyt w nim tylko cztery, z czego Rudnika trzy, czwarta zawiera zaś remiksy, których posłuchać można, ale nie wiem po co, nie jestem bowiem bywalcem dyskotek ani innych tego typu młodzieżowych zgrupowań, ani też się tym jaram, co się na nich dzieje. A już najdalszy jestem od tego, by sobie urządzać to w domu. Zabawa przy muzyce inspirowanej muzyką Rudnika? Cóż za perwersja, pomyślałem, puszczając te remiksy, a Rudnika zostawiając sobie na potem. Ta remiksowa moda jest ostatnio zmorą polskiej „alternatywnej” fonografii. Wychodzi Schaeffer, ale z remiksami, wychodzi Sikorski – również z dodatkami. Kto sobie te remiksy puszcza?, są jacyś ich wytrawni wielbiciele? Albo może to ja jestem jakimś Matuzalemem, Mandelsztamem, Levi-Straussem fonografii, lubiącym to, co oryginalne, niezremiksowane? No w każdym razie płyta zaczyna się piosenką, zaśpiewaną przez wokalistę znanego z tego, że kiedyś rozebrała się przed nim Wiosna i była chłopcem. Po tej przyjemnej porcji gay-popu mamy ileś utworków, w których pojawia się Rudnik, zwykle jako tło bądź jako cytat, rozpoznawalny oczywiście, ale to też nie taka sztuka rozpoznać cytat z Rudnika w utworze, którego zasadą jest koszmarny, równomierny beat i jakaś melodyjka ambitnie odbijająca od standardów disco polo. Pod koniec płyty (ułożonej nb. alfabetycznie) zaczynają się jakieś ciekawsze realizacje, ale jest się już wtedy zmęczonym, rozzłoszczonym, że się to w ogóle włożyło do odtwarzacza.

Film o Rudniku od 19 czerwca w kinach

Film „15 stron świata” Zuzanny Solakiewicz przedstawiający postać Eugeniusza Rudnika będzie miał kinową premierę 19 czerwca 2015. Zdobył główną nagrodę na festiwalu w Locarno w sekcji Tydzień Krytyki Filmowej. Został też wyróżniony na festiwalu Nowe Horyzonty w konkursie filmów o sztuce oraz otrzymał wyróżnienie na festiwalu Docs Against Gravity w konkursie Nos Chopina, przeznaczonym dla najlepszych filmów dokumentalnych o muzyce.  Koproducentem filmu jest Narodowy Instytut Audiowizualny.

Odtwarzacz, jak wiadomo, zniesie wszystko. Ale Rudnik jako tło? Czy tego oczekiwał, tworząc swoje wyrafinowane dźwiękowe kolaże? Wydawca sugeruje, że tak, tego właśnie oczekiwał. Sam wręcz domagał się, by jego utworów było jak najmniej, a jak najwięcej cudzych. We wzmiankowanym pudełku jest pięć płacht papieru (złożonych w kostkę), z których jedna dotyczy Rudnika, cztery zaś pozostałe – tych, co go zremiksowali. Sam Rudnik wypowiada się na wieczku pudełka i pozwolę sobie te słowa zacytować: „«Miniatury» to ostatni mój album po pięćdziesięciu latach nieprzerwanej pracy. Normalny człowiek pokusiłby się co najmniej o dzieło z tekstem Mickiewicza lub Słowackiego. Ja natomiast poszedłem na «pozorną łatwiznę», bo dobrą miniaturkę trudniej skomponować niż kilku- lub kilkunastominutowy rzęch. Cieszę się, że zgodnie z moją sugestią i życzeniem, niepozbawiony poczucia humoru «polski lud muzyczny» tymi miniaturami manipuluje (czyli komponuje – jak słyszę – większe formy). Bo ja zawsze marzyłem, żeby wyjść do ludu”.

Ufff.... Panie Eugeniuszu, rozumiem, że musiał Pan to napisać, żeby wyjść w ogóle (gdyż takie było życzenie wydawcy), lecz łapię Pańską ironię i Pański sarkazm. Wydając swoje ostatnie wielkie dzieło, musiał Pan wykonać wymuszony ukłon w stronę muzycznego zaścianka, który teraz – co by nie mówić – rządzi. Wiadomo, „wyjść do ludu” jest rzeczą szczytną, lecz kiedy ów „lud” wciska do Pańskiego pudełka swoje badziewie, jednocześnie informując, że „z bólem serca” spomiędzy Pańskich dwustu dwóch miniatur „musiał” wybrać sto dwadzieścia, to ja takiemu „ludowi” dałbym kopa w dupę i wracaj na swoje zagony, wydanie dwóch płyt więcej (z Pańskimi utworami) nie kosztowałoby na pewno tyle, co zaangażowanie czterdziestu robotników w celu niszczenia Pańskich artystycznych założeń.

Przepraszam za ten emfatyczny wtręt, ale pudełkiem tym jestem wyjątkowo wkurwiony, mimo iż rozkoszuję się tym, co wydawcy raczyli mi przedstawić w swoim światłym i niewątpliwie bezbłędnym wyborze. Wiadomo, że „cały Rudnik” ukaże się prędzej czy później, no ale najpierw musi ukazać się w formie głupiej i nieszykownej, na zasadzie, że jak chcesz pomidor, to weź też dwa kilo ziemniaków.

I przepraszam, że komentuję tu głównie decyzje wydawców (których imion i nazwisk celowo nie wymieniam), ale jednak to oni sprawili, że potencjalna przyjemność zmieniła mi się w jakiś przykry koszmar. Koszmar domyślania się, co jeszcze było w tym zestawie, czy było to gorsze?, nadmiarowe?, i co za potężne siły zmusiły ich do tego, by dokonać owego „z bólem serca” wyboru? Zadałbym temu „sercu” jeszcze więcej bólu. Wręcz zadałbym mu bólu ostatecznego, w momencie, gdy się raczy „jak zwykle smacznym” plackiem, zaserwowanym przez „jak zwykle gościnnego” kompozytora.

Eugeniusz Rudnik jest artystą wyrafinowanym, wystarczy puścić którąkolwiek z jego (szczęśliwie trzech) płyt po płycie z remiksami, by się przekonać, jak jest wynalazczy pod względem rytmu, brzmienia, intelektualnej aluzyjności. „Miniatury” Rudnika są subwersywną krytyką współczesnej kultury. Ich remiksy – całkowitym osłabieniem przekazu i wciągnięciem ich na sztyft popkultury, która wszystko przemiela w „pieniądz”.

Rudnik pracował przez całe życie w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia, tam zarówno realizował elektroniczne kompozycje geniuszy typu Nordheim bądź Penderecki, jak i klecił swoje własne, które stopniowo zaczęły otrzymywać zagraniczne nagrody. W ten sposób prosty technik stał się kompozytorem. Ale ten „technik” wiedział, czego chciał, o czym świadczyły zwłaszcza jego utwory „słuchowiskowe” (ze słynną „Lekcją” na czele), robił rzeczy na swój sposób „lekkie”, ale nabrzmiałe znaczeniem, tak żeby człowiek-słuchacz „zaśmiał się do imentu”.

Eugeniusz Rudnik, Miniatury, Requiem Records / NCK 2015Eugeniusz Rudnik, „Miniatury”,
Requiem Records / NCK 2015
W podobny sposób konstruowane są jego „Miniatury”, aczkolwiek krótkość wymaga prostoty, ta zaś wymusza jeszcze większe wyrafinowanie. Oczywiście, można by przekłuć ten balon uwielbienia i powiedzieć, że „Miniatury” Rudnika są wręcz prostackie i w sam raz się nadają do opracowania przez wyrafinowanych w swej sztuce didżejów. Ale co zrobić, skoro one właśnie nie są i się nie nadają. Każda z nich to skończone „coś”, czemu można przysłuchiwać się w nieskończoność, gdyż jest zamkniętym w sobie kulturowym artefaktem. Rudnik zazwyczaj spaja dwie lub trzy (odnalezione) ścieżki dźwiękowe na zasadzie kontrapunktycznej bądź też w formie ronda, niekiedy też pozwala wybrzmieć ścieżce, którą zapętla. Jest w swojej subtelności niezrównany, stąd te małe formy, bo w większych okazałoby się to już nudne. Co mnie zaskoczyło, to brak na tych (trzech, niestety) płytach utworów „słuchowiskowych”, zawierających jakikolwiek tekst. Jedynym tekstem, jaki słyszymy (skądinąd wielokrotnie) są rozmówki francuskie, ograniczone do słów oui, si, non. Inne słowa w zasadzie nie padają, cała „słowność” skanalizowana zostaje w tytulaturze, która (w przeciwieństwie do warstwy brzmieniowej, która, brana osobno, mogłaby wydać się czymś z pogranicza „liryki” i „nostalgii”) jest wybuchowo humorystyczna, jak gdyby w kontraście do samych dzieł, choć przecież w skład ich wchodzi. Trochę to tak, jakby konstruując piramidę, nazwać ją „Trójkącikiem dla wielbłąda”. W ten sposób właśnie postępuje Rudnik, celowo obniża pułap swoich piramid, na co się nie łapiemy, w przeciwieństwie do jego wydawców, którzy to rzeczywiście traktują jego małe arcydzieła jako pyrdki do ewentualnego wykorzystania. Miniatury Eugeniusza Rudnika to jedne z najlepszych utworów (elektronicznych), jakie powstały w Polsce w XX wieku. Nie doczepiajmy do nich swoich pijawek, krokodyli. Pozostwamy je takimi, jakimi są. Są genialne. Proszę o pełną edycję, bez cenzury i bez dołączonych ziemniaków.