Węzełek
Krakowskie Przedmieście, 1864 / NAC

19 minut czytania

/ Literatura

Węzełek

Grzegorz Piątek

We „Wstecz” Błażej Brzostek tka opowieść z cudzych opowieści. Nieustannie przypomina, że w żadnym momencie nie było i nie ma jednej Warszawy, że doświadczenie miasta różni się w zależności od klasy, wyznania, tożsamości czy po prostu wieku

Jeszcze 5 minut czytania

Kilkanaście lat temu na Krakowskim Przedmieściu pojawiły się szklane kostki z reprodukcjami obrazów Bernarda Bellotta, lepiej znanego jako Canaletto. Oryginały jego wedut wiszą niedaleko, na Zamku Królewskim, ale dzięki tym kubikom można in situ i bez biletu porównać miasto dzisiejsze z wczorajszym – a raczej dzisiejsze z wersją Canaletta. Wiadomo bowiem, że włoski mistrz czasem poprawiał i manipulował, a kadry i obiekty dobierał po myśli swojego mecenasa, czyli Stanisława Augusta. Bellotto wcale zresztą nie krył, kto kierował jego ręką. Przyjęło się uważać, że na pierwszym planie jednego z najsłynniejszych płócien, „Widoku Warszawy od strony Pragi”, sportretował siebie przy sztaludze, a obok króla. Władca siedzi rozparty w fotelu i wskazuje miasto. Możliwe są też inne interpretacje, ale kimkolwiek jest ten mężczyzna, nie zmienia to faktu, że na większości budowli po drugiej stronie Wisły cieniem kładą się chmury, lecz rozrywają się nad zamkiem, a słońce łagodnie opromienia siedzibę mecenasa.

Canaletto nie uwiecznił staromiejskiego ratusza ani gwarnego żydowskiego targowiska na Pociejowie, za to z różnych stron pokazał nam rezydencje króla i innych wpływowych osób. Wzorcotwórcza siła dworu, a potem patriotyczna nostalgia za przedrozbiorową Rzeczpospolitą sprawiły, że ten subiektywny wybór zaczęto traktować jak obiektywną fotodokumentację XVIII-wiecznej Warszawy. Architekci wzorowali się na widokach Bellotta podczas przedwojennych konserwacji i powojennej odbudowy zabytków, w wielu miejscach rezygnując z przeróbek, którym budynki mogły ulec przez półtora stulecia. Szklane kubiki z reprodukcjami dołożono już w XXI wieku, w ramach wielkiej modernizacji Krakowskiego Przedmieścia. Kamień na płyty chodnikowe dobrano wtedy pod kolor ulicznego błota widoczny u Canaletta (trotuarów ani bruku na Krakowskim w XVIII wieku nie było, więc w tej kwestii obrazy nie mogły służyć za dosłowny instruktaż).

Historyczne syntezy też narzucają konkretne widzenie przeszłości, a przez to wpływają na to, jak myślimy o teraźniejszości i jak kształtujemy przyszłość. Tak jak od wedut Bellotta, instynktownie oczekujemy od nich, że będą wyczerpujące i obiektywne, ale przecież zawsze pisze je konkretna osoba w konkretnym czasie i kontekście. Nawet jeśli nie wtrąci się mecenas, to mogą przez nią przemówić głos jej pokolenia, płci czy klasy albo badawcza moda.

Autorom panoramy dziejów Wrocławia, czyli „Mikrokosmosu” (2002), Normanowi Daviesowi i Rogerowi Moorhouse’owi, udało się na przykład szczęśliwie przekroczyć polskie i niemieckie nacjonalistyczne narracje, ale jednocześnie popadli w nośny na przełomie wieków schemat i zakończyli historię „końcem historii”. Książkę wieńczy podniosła scena ekumenicznej mszy odprawionej w katedrze w 2000 roku: „Pięćdziesiąt pięć lat po zgonie Breslau stolica Śląska była znów wolna, dynamiczna i otwarta na świat. «Kwiat Europy» zakwitł ponownie”. W taki happy end, który przy okazji wspierał aksjomaty wyznawane przez postsolidarnościowe, konserwatywne elity – o naturalnym powrocie na Zachód, o przywiązaniu do katolicyzmu, o kapitalizmie jako gwarancie wolności i normalności – łatwo było wtedy jednak wierzyć. We wstępie do książki Davies, jak Bellotto, odsłonił zresztą rękę mecenasa i wyznał, że pomysł jej napisania podsunął mu prezydent Wrocławia Bogdan Zdrojewski.

logoNagroda Literacka m.st. Warszawy

Nagroda Literacka m.st. Warszawy, którą otrzymał Andrzej Stasiuk za „Przewóz”, jest jedną z największych nagród literackich w Polsce. Nagrody przyznawane były dotąd w czterech kategoriach: proza, poezja, literatura dziecięca oraz książka o tematyce warszawskiej. W jubileuszowej 15. edycji, od 2022 roku, zadebiutowała nowa kategoria: komiks i powieść graficzna. W przypadku literatury dziecięcej, a także komiksu i powieści graficznej nagradzani są również ilustratorzy i ilustratorki. Nagrody wynoszą 30 tys. zł, nagrodę pieniężną w wysokości 5 tys. zł otrzymują także nominowani we wszystkich kategoriach.

Szczególnym wyróżnieniem jest tytuł warszawskiej twórczyni/warszawskiego twórcy, przeznaczony dla pisarek i pisarzy w szczególny sposób związanych z Warszawą. Otrzymują oni nagrodę w wysokości 100 tys. zł. Fundatorem i organizatorem nagrody jest miasto stołeczne Warszawa. 

W roku 2022 laureatami i laureatkami zostali:
– Andrzej Stasiuk, „Przewóz” (proza)
– Tomasz Bąk, „O, tu jestem” (poezja)
– Błażej Brzostek, „Wstecz. Historia Warszawy do początku” (książka o tematyce warszawskiej)
– Katarzyna Jackowska-Enemuo (tekst), Marianna Sztyma (ilustracje), „Tkaczka chmur” (literatura dziecięca)
– Wanda Hagedorn (tekst), Ola Szmida (ilustracje), „Twarz, brzuch, głowa” (komiks)
– Piotr Sommer (warszawski twórca)

W jednym z pierwszych zdań nowej syntezy dziejów Warszawy, najambitniejszej tego typu książki w Polsce od czasów „Mikrokosmosu”, Błażej Brzostek pisze: „Warszawa XXI wieku jest węzełkiem w światowej sieci miast poddanych intensywnym przepływom kapitałowym”. Nie czuć w tym stwierdzeniu ani odruchowej pretensji, że miasto traci charakter pod naciskiem globalizacji, ani bezmyślnej radości, że wreszcie po latach zacofania zrobiło się światowe. Warszawa po prostu jest częścią sieci i – jak przekonujemy się dalej – zawsze tak było. Historyk dowodzi, że w przeróżnych momentach i formach swojego istnienia miasto było przestrzenią wymiany i przepływów w ramach układu powiązań, który rozrastał się, kurczył i przesuwał wraz ze zmianami granic czy zasięgiem technik komunikacyjnych. Świat nigdy nie kręcił się wokół Warszawy, nie była – jak nieraz jej życzono – niezbędnym miejscem spotkań Wschodu z Zachodem (choć, jak pisze Brzostek, niegdyś biegł pod nią kabel Telegrafu Indyjskiego łączący Londyn z Kalkutą, a angielscy urzędnicy firmy ponoć przywieźli nad Wisłę modę na grę w tenisa).

Nie ma więc happy endu, nie ma końca historii. W ogóle nie ma końca, bo Brzostek porwał się na opowiedzenie historii „wstecz” od dzisiaj (które już zamieniło się we wczoraj) do średniowiecznych początków. Po pokonaniu pierwszego zaskoczenia lektura tak skonstruowanej opowieści okazuje się zdumiewająco łatwa, naturalna i angażująca. Miałem przywilej zapoznania się z prawie ostateczną wersją tekstu jeszcze przed drukiem i wciągnąłem się do tego stopnia, że chodziłem z laptopem po mieszkaniu i podczytywałem książkę po kawałku przy myciu zębów czy gotowaniu. Powiem państwu zresztą w zaufaniu, że „Wstecz” da się czytać nie tylko w założony przez autora sposób, ale i wstecz, czyli od początku, czyli od końca.

Snucie opowieści wstecz okazuje się jednak zgodne z ludzkim doświadczeniem zapamiętywania i zapominania. Starsze wspomnienia z czasem przecież bledną. Żeby je przywołać, trzeba najczęściej zewnętrznego impulsu – jakiejś magdalenki, jakiegoś zaginionego kumpla spotkanego nagle w tramwaju czy na zjeździe absolwentów, biletu wyciągniętego z dna szuflady albo zdjęcia wylosowanego przez algorytm. Także historiografia nie może uciec przed tym problemem. Im odleglejsza epoka, tym więcej dziur – coraz więcej dokumentów zżartych przez grzyb i spalonych portretów, coraz mniejsza szansa na zrozumienie tych dokumentów czy rozpoznanie sportretowanych twarzy. Historyczki i historycy muszą się godzić z tym, że im głębiej w przeszłość, tym bardziej są skazane i skazani, że ich wyobrażeniem rządzi przypadkowo zachowany materiał.

Zgodnie z tą logiką pamiętania, zapominania i wspominania, zgodnie z prawem perspektywy, które sprawia, że to, co położone dalej, widać mniej wyraźnie (albo wcale), książka Brzostka ma strukturę odwróconej piramidy. Pierwsze rozdziały, te dotyczące bliższych nam czasów, są najdłuższe i najbardziej nasycone. Autor nie kryje zresztą, że jest to zgodne z jego zainteresowaniami badawczymi i dotychczasowym dorobkiem. W efekcie dopiero w połowie objętości książki docieramy do początków XX wieku, a kolejne dekady i stulecia przelatują w coraz szybszych i coraz krótszych migawkach.

Błażej Brzostek, „Wstecz. Historia Warszawy do początku”. Muzeum Warszawy, 814 stron, w księgarniach od października 2021Błażej Brzostek, „Wstecz. Historia Warszawy do początku”. Muzeum Warszawy, 814 stron, w księgarniach od października 2021

Brzostek tka opowieść z cudzych opowieści. Nieustannie przypomina, że w żadnym momencie nie było i nie ma jednej Warszawy, że doświadczenie miasta różni się w zależności od klasy, wyznania, tożsamości czy po prostu wieku. Pisze na przykład, że „Warszawa międzywojenna pachniała wciąż epoką przywoływaną (…) przez Ignacego Rzeckiego, którego młodość upływała około 1840 roku wśród murów Starego Miasta”. Nie unika więc zestawiania ze sobą opinii i obserwacji sprzecznych, a jednak równie prawdziwych jak te o Warszawie czasów stalinowskich, w której rozmach i optymizm odbudowy kontrastował z atmosferą terroru i prymitywnością życia w ruinach. Tak jak we wcześniejszych książkach – „Paryżach Innej Europy” czy „Za progiem” – Brzostek szczególnie często cytuje gości zza granicy, których świadectwa trzeba jednak traktować ostrożnie, pamiętając, że nierzadko ich wrażenia są powierzchowne i przefiltrowane przez przywiezione stereotypy.

Obserwacji obficie dostarczyły mu też pisarki i pisarze, którzy – nie umiejąc wyraźnie złapać work-life balance – zawsze namiętnie pisali dzienniki i pamiętniki. Brzostkowi udaje się jednak oddać głos ludziom, do których świadectw trudniej dotrzeć niż do zapisków Dąbrowskiej czy Nałkowskiej. Wgryzł się w gazetowe ogłoszenia i akta sądowe, donosy tajniaków, wpisy na blogach czy interwencyjne listy do redakcji. W książce znajduje się nawet czasem miejsce dla bohaterów nieludzkich – drzewa czy pieska. Nie jest to „ludowa historia Warszawy” ani „nie-ludzka historia Warszawy”, ale Brzostek zrobił wiele, by oddać różnorodność doświadczenia miasta, zajrzeć i do najbogatszych, i do najbiedniejszych domów, i na prawy, i na lewy brzeg. Kiedy pisze o knajpach w połowie XX wieku, wspomina i elitarną Kameralną przy Foksal, i mordownię Schron u Kapitana na Brzeskiej.

Tak jak Davies i Moorhouse czy Peter Oliver Loew w „Gdańsku. Biografii miasta” (2013), Brzostek dokonał też wielkiej rewizji nacjonalistycznego schematu historiograficznego. Ten schemat działa jednak w stolicy inaczej niż we Wrocławiu i Gdańsku. Warszawa od wieków leżała przecież na terytorium etnicznie zdominowanym przez Polaków. Autorzy większości historycznych syntez czy przewodników turystycznych zwykle przedstawiają ją więc jako stolicę Polski (choćby uśpioną, jak podczas zaborów czy II wojny światowej) i jako miasto domyślnie polskie. Tymczasem Brzostek nie tylko obszernie pisze o licznej mniejszości żydowskiej, ale i przygląda się grupom, którymi autorzy popularnych opracowań często się brzydzą, a które – czy to się komuś podoba czy nie – okresowo tworzyły lokalną elitę i decydowały o losach miasta: rosyjskim zaborcom czy niemieckim okupantom. Wyciąga też (spoiler alert!) niewygodny z polskiej perspektywy, eksploatowany przez nazistowską propagandę fakt, że średniowieczne miasto, naszą kochaną staróweczkę, założyli niemieccy osadnicy. Mało tego, wspomina o tym, jak nasi historycy próbowali spolszczyć zupełnie niesłowiańskie personalia mieszczan (z Fukierem na czele), którzy przez parę pokoleń tworzyli niemiecką kolonię na słowiańskim gruncie. Na końcu książki, zamiast radosnego „końca historii”, znajdziemy więc opowieść o dominacji i różnicy, która zatarła się dopiero w długim trwaniu.

Brzostka ewidentnie bardziej interesuje to długie trwanie. Wielkie przełomy też oczywiście omawia, a rozdział o powstaniu 1944 roku zajmuje aż piętnaście stron, i są to pewnie najdokładniej opisane dwa miesiące w tej książce (i w historiografii Warszawy w ogóle). Autor „Wstecz” nazywa je momentem, w którym „zamknęło się koło warszawskich losów”. Ale istotniejsza jest w tej opowieści ciągłość, nakładające się doświadczenia pokoleniowe i podskórne warstwy, które trwają mimo dynamicznych przemian zachodzących na powierzchni. Gdzieś obok stołecznej polityki czy historycznych przełomów toczy się przecież w dobowych czy rocznych cyklach codzienne życie i trzeba naprawdę wielkiego kataklizmu, by te cykle przerwać.

Do najbardziej pamiętnych i najbardziej uwodzicielskich literacko fragmentów książki należy rozdział „Miary i rytmy”, zaczynający się od wielostronicowego opisu „typowego” roku w Warszawie początku XX wieku. Brzostek przypomina o trzech kalendarzach funkcjonujących wtedy w mieście – używanym do dziś gregoriańskim, obowiązującym w Rosji juliańskim oraz żydowskim – i opisuje rytm wyznaczany przez święta i procesje różnych wyznań, obchody trzech Nowych Roków, ale i wylewy Wisły, coroczne otwarcie wesołego miasteczka, dynamikę sezonu budowlanego, niezmienne tradycje sezonu wyścigowego, letniego jarmarku wełnianego czy dnia świętego Jana, w którym zwyczajowo traciły ważność umowy najmu mieszkań, a ulice zapełniały się wozami przeprowadzkowymi. Z ksiąg parafii Świętego Krzyża można natomiast wyczytać, w których miesiącach rodziło się, żeniło bądź umierało więcej warszawianek i warszawian. A potem domyślić się dlaczego.

Powtarzalność to nie tylko owe roczne cykle, ale i wracające w różnym wydaniu w różnych epokach schematy myślenia o mieście. Choćby schemat zderzenia z przybyszami z prowincji: sejmującą szlachtą, kupcami i przedstawicielami handlowymi czy panami w delegacji. Okazuje się, że zawsze istniało tu napięcie między miejscowymi (najbardziej tymi w pierwszym pokoleniu) a przyjezdnymi. Pierwsi zawsze narzekali, że Warszawę „najechała wiocha”, a „przybysze ze wsi” – lub po prostu z mniejszych miast – „stanowili w Warszawie stały obiekt drwin lub prób oszustwa”.

Część tych odwiecznych zjawisk wydaje się jeśli nie unikalnie, to typowo warszawska. Jednemu z tych motywów poświęcił Brzostek poprzednią, błyskotliwą książkę „Paryże Innej Europy”, w której przyjrzał się, jak Warszawa i Bukareszt szukały swojego miejsca między pogardzanym Wschodem a podziwianym Zachodem. Ten kompleks, na który cierpią przede wszystkim elity, przejawia się w ciągłym niezadowoleniu z manier i wyglądu ludności, oferty kulturalnej, estetyki przestrzeni czy standardu technicznego budynków.

Innym lamentem, który powraca jak refren przez stulecia, jest tęsknota do „utraconej «prawdziwej Warszawy»”. Dziś opłakujemy modernistyczną Rotundę, którą ktoś wyburzył i podmienił na nieprzekonującą kopię, ale jeszcze niedawno wypadało piętnować budownictwo PRL i tęsknić za nieodbudowanymi czy z premedytacją doburzonymi po wojnie kamienicami. Brzostek przypomina, że doświadczenie zniszczenia i powstania z gruzów towarzyszy Warszawie od wieków. Stare formy niszczył ogień, niszczyli najeźdźcy, ale i miejscowi, którzy w okresach prosperity ochoczo zastępowali archaiczne budowle większymi i nowocześniejszymi. I te gwałtowne przeobrażenia i wstrząsy polityczne pobudzały nostalgię. W okresie międzywojennym wypadało uznawać całe poprzednie stulecie za stracone i narzekać, że „miasto zdeformował zaborca”. To wtedy narodził się bezkrytyczny kult Canaletta, który uwiecznił miasto za czasów ostatniego polskiego króla, a więc nawet jeśli nie takie, jakim było, to takie, jakim być powinno. Nie wykluczało się to jednak z nostalgią za bliższą przeszłością. Dobrze się miał „mit dobrych czasów przedwojennych”, czyli sprzed I wojny światowej, tęsknota za „utraconą uprzejmością” rodowitych warszawiaków i tłustymi latami, w których „stara Rosja pochłaniała naszą produkcję”.

Rozpamiętywanie niegdysiejszych śniegów to zresztą kawał historii literatury – od wspominek starego subiekta u Prusa, przez Tyrmandowskie apostrofy do ginącego piękna secesyjnych kamienic, po żale Marka Nowakowskiego, że już nigdy z tym i owym nie usiądzie w tym czy tamtym barze (Brzostek wszystkich trzech pisarzy przywołuje zresztą na świadków). Znajomość poprzedniej formy miasta w każdym pokoleniu pozwalała zresztą odróżniać miejscowych od pogardzanych napływowych, bo – jak mówił jeden z cytowanych w książce warszawiaków – „można było ostatecznie nie wiedzieć, gdzie mieściło się przed wojną jakieś muzeum, ale zapomnieć, że kino Uciecha było na przykład przy Złotej 72, oznaczało kompromitację”.

„Wstecz” powinno być książką kontrowersyjną. Nie wypada przecież przypominać, że warszawiacy i miejscowi władcy od średniowiecza przeganiali z miejsca na miejsce Żydów, a jak trzeba, umieli im przyłożyć. Nie wypada przypominać niemieckich korzeni stolicy Polski, równoważyć dziewiętnastowiecznej martyrologii opowieścią o boomie gospodarczym ani obszernie cytować opinii o brzydocie przedwojennej Warszawy. Innym komentatorom mogłoby się natomiast nie spodobać, że ta historia nie jest wystarczająco ludowa, kobieca, queerowa czy posthumanistyczna. „Wstecz” powinno wywołać niejedną awanturę, a jednak nie wywołało. Może żadnemu w gorącym feedzie kąpanemu publicyście nie chciało się przebrnąć przez osiemset stron, a może Brzostek po prostu nie dostarcza nikomu poręcznej amunicji. Stworzył wizję, która onieśmiela nie tylko rozmachem, ale i różnorodnością, wielostronnością.

A czy mecenas ma powody do zadowolenia? Podobnie jak w przypadku syntez gdańskiej i wrocławskiej, do powstania tej przyczyniły się miejskie instytucje. „Wstecz” wydało Muzeum Warszawy, a Brzostek – tak jak Bellotto i tak jak Davies – wskazuje nawet w zakończeniu konkretną osobę, która wyszła z propozycją, wicedyrektora Jarosława Trybusia. Mogłoby to nasuwać podejrzenia, że i tu zadziałała ręka, która kazała chmurom rozejść się w odpowiednim miejscu i oświetlić to, co pożądane z punktu widzenia polityki historycznej czy strategii promocyjnej miasta. Zakochaj się w Warszawie? Niekoniecznie. Brzostek nie snuje krzepiącej narracji. Rozbudza raczej krytyczną ciekawość niż bezkrytyczną miłość. Zaraża za to swoją dociekliwością i pobudza wyobraźnię. Jak wtedy, gdy przypomina, że Mazowsze dość późno zintegrowało się z Koroną, i fantazjuje, że gdyby historia potoczyła się nieco inaczej, Mazowszanie mogliby dziś być jednym z kilku mniejszych słowiańskich narodów z własnym językiem, państwem i stolicą w Warszawie.

To osobista opowieść. W posłowiu Brzostek przyznaje, że podstawowym źródłem są dla niego „nieuchwytna atmosfera miasta, strzępy rozmów i wrażeń, różnego rodzaju teksty czy wystawy, podróże do innych miast, codzienne irytacje oraz satysfakcje”, a „źródło najtrudniejsze do opisania (…) to źródło ukryte w samym badaczu, czy też w jego relacji ze światem”. Głos autora przebija więc co i rusz, a to w ironicznym komentarzu, a to w nieoczekiwanym powiązaniu odległego czasowo incydentu ze współczesnością. Tym razem Bellotto wziął pieniądze od Stanisława Augusta i namalował, co chciał. I dlatego bardziej warto wierzyć Brzostkowi niż tym, którzy twierdzą, że ofiarowują nam obiektywną, wyczerpującą i obowiązującą wersję dziejów.

loga

Tekst powstał we współpracy z miastem stołecznym Warszawą, fundatorem i organizatorem Nagrody Literackiej m.st. Warszawy.