Reduta i maszyna
fot. J. Lewandowska

21 minut czytania

/ Sztuka

Reduta i maszyna

Grzegorz Piątek

Wyczerpująca wspinaczka na szczyt Pasty wiedzie dziś po schodach wykończonych sinozielonym gresem. Pod spodem kryje się peerelowskie lastryko albo resztka białego marmuru sprzed stu lat – esej o warszawskim wieżowcu, w którym od niedawna znajduje się redakcja „Dwutygodnika”

Jeszcze 5 minut czytania

Żaden okres w dziejach miasta nie został tak skrupulatnie opisany i upamiętniony jak dwa miesiące powstania warszawskiego. Na przyswojenie wszystkich kronik, opracowań i relacji nie starczyłoby jednego życia. Mapa przerosła terytorium. Pamięć powstania jest nie tylko pojemna, ale też intensywna. Jest jak ostatnie przedśmiertne zdjęcie utraconej Warszawy, na którym najbanalniejszy szczegół mógł nabrać niezwykłej wagi. Gdyby historia potoczyła się inaczej, miejsca takie jak dom fabrykanta makaronu Michlera (w powstańczej piosence utrwalony jako pałacyk Michla) czy Pasaż Simonsa po jakimś czasie pewnie zostałyby zastąpione przez nowe budynki i odeszły w niepamięć. Jednak dzięki ostatniej roli, jaką odegrały w powstaniu, przetrwały na mentalnej mapie miasta.

Inne gmachy zostały odbudowane, ale mimo późniejszych zmian formy i funkcji znane są pod nazwą sprzed osiemdziesięciu lat. Wieżowiec Prudentialu, zdobyty wielkim wysiłkiem przez powstańców i bezlitośnie ostrzelany przez Niemców, wrócił po wojnie, w socrealistycznej szacie, jako hotel Warszawa, ale wciąż mawia się o nim Prudencjal. Inny wieżowiec, w okresie międzywojennym zajmowany przez PAST, czyli Polską Akcyjną Spółkę Telefoniczną, nadal znany jest jako Pasta. Ta nazwa od dawna jest nieaktualna, ale przetrwała między innymi dlatego, że „zdobycie Pasty” przez żołnierzy Batalionu Kiliński było jednym z największych strategicznych i symbolicznych sukcesów całego powstania. Ruinę po wojnie zabezpieczono, lecz odbudowano dopiero na początku lat 60., ze zmianami i uproszczeniami, dla Ministerstwa Przemysłu Chemicznego. Ani ono, ani żadna z instytucji, które później tu urzędowały, nie zdołały narzucić innej, bardziej aktualnej nazwy.

Muzeum widok przed 1914, fot. autor nieznany, DPPo upadku komunizmu biurowiec pozostał w gestii Warszawskich Zakładów Chemii Nieorganicznej Stochem, które – podobnie jak wiele innych państwowych i popaństwowych firm – zarabiały, wynajmując powierzchnie w odziedziczonej po PRL nieruchomości. Dopiero w 2000 roku, po kilku latach starań i apeli kombatantów, rząd Jerzego Buzka przekazał mocno wyeksploatowany biurowiec Fundacji Polskiego Państwa Podziemnego. Weteran Batalionu „Kiliński” Antoni Bieniaszewski, który zapoczątkował starania o budynek, nazwał to wydarzenie drugim „zdobyciem Pasty”. Jak można się spodziewać, pod nowym zarządem Pasta stała się jeszcze bardziej Pastą. Na elewacji parteru, w holu i na klatce schodowej przybywa od tamtego czasu tablic pamiątkowych i informacyjnych. Na dachu, który w latach 60. wieńczył neon Polfy, a w 90. Fundacji Nissenbaumów, stanęła podświetlana kotwica Polski Walczącej i maszty z flagami. Co roku od 1 sierpnia do 2 października, a więc w tygodniach rocznicy powstania, wzdłuż elewacji opuszczane są dodatkowo biało-czerwone chorągwie.

W czasie gdy kombatanci zdobywali wieżowiec, po drugiej stronie ulicy trwała obrona pawilonów handlowych stojących między Zielną a Marszałkowską. Te lekkie, modernistyczne budyneczki, od frontu przeszklone, a na szczytach obłożone łamanym kamieniem, zbudowano pod koniec lat 50., niedługo przed odbudową Pasty. Prędzej czy później miał je zastąpić kompleks Domów Towarowych Centrum Bis, ale wizja ta nigdy się nie ziściła, a pawilony przeczekały Polskę Ludową i przeżyły drugą, burzliwą młodość w czasach kapitalizmu. Obrosły wielobarwnymi szyldami i światełkami, a między warsztatami rzemieślniczymi i sklepikami z odzieżą pojawiły się nowe, dotąd nieznane atrakcje. Dzieciaki z całej Warszawy oblegały sklep Śmieszne Rzeczy, który sprzedawał wszystko, co potrzebne, by wyprowadzić z równowagi panią od matmy: znikający atrament, sztuczną krew, pierdzące poduszki. Przedwojenna firma kapelusznicza Mieszkowskiego musiała z godnością znosić sąsiedztwo kantorów, sex shopów, ciemnawych pubów i dziupli z tańcem erotycznym.

W drugiej połowie lat 90. do pawilonów zaczęła się jednak zbliżać budowa metra. Negocjując z urzędnikami, kupcy zażądali, by pobliską stację nazwać Świętokrzyska-Pawilony. Pomysł nie przeszedł, za to w 2012 roku środowiska kombatanckie zaapelowały, by przechrzcić ją na Świętokrzyska-Pasta. Naprawdę mało brakowało, by władze się przychyliły. Kiedy pojawiły się wątpliwości, że Pasta większości pasażerów będzie się jednak kojarzyć z pastą, zaproponowano, by dla jasności dodać kotwicę Polski Walczącej.

Ostatecznie nadal wsiadamy po prostu na Świętokrzyskiej, ale starcie tych dwóch koncepcji dobrze pokazuje dwie siły, które miały największy wpływ na kształt materialnej i symbolicznej przestrzeni Warszawy w dobie transformacji. Z jednej strony nacierała siła nowej polityki pamięci, reprezentowana przez kombatantów, historyków i polityków, z drugiej – siła wolnego rynku, która nie miała jeszcze wygładzonego, korporacyjnego oblicza, tylko przedfotoszopową twarz miejscowego prywaciarza. Dwa pomysły na nazwę stacji mogą też symbolizować dwie perspektywy myślenia o historii Warszawy i wyobrażeniu jej przyszłości. W pierwszej jest ona przede wszystkim „stolicą”, sceną narodowej historii, przestrzenią sakralną i odświętną, w drugiej „miastem”, miejscem realizacji codziennych potrzeb, przestrzenią profanum i nieefektownej krzątaniny.

Globalny awans

Z tych dwóch perspektyw można też odczytywać wieżowiec Pasty. Zanim stał się ikoną narodowego bohaterstwa, jawił się pamiątką epoki, w której Warszawa nie była wprawdzie stolicą ani miastem jednorodnie polskim, za to po raz pierwszy w dziejach mogła uchodzić za miasto globalne.

lOKAJSKIPowstańcy z batalionu „Kiliński”, fot. E. Lokajki, DP Pociąg z Wiednia docierał do niej po torowisku o europejskim rozstawie, a z Petersburga po szerszym, rosyjskim. Na placu Saskim pięła się pod niebo narzucona przez petersburskie władze cerkiew Świętego Aleksandra, ale tuż obok biegł pod ziemią kabel telegraficzny łączący Londyn z Kalkutą. W niedalekim ogrodzie na Dynasach kibicowano walkom „atletów, europejskiej sławy siłaczów” – „czarnego Walli-Sandersa, mulata indyjskiego Willi Gese’go, olbrzymiego australczyka Tom Jacksona, rosłego syna Kaukazu Masuradze, a nawet murzyna z Martyniki, Bambuły” (cytuję z prasy, nie wygładzając etno- i ortograficznej jaskiniowości). Warszawski burżuj mógł żyć mniej więcej tak jak wiedeński czy paryski. Może stąd legenda Paryża Wschodu? Wodociągi zaprojektowali mu Anglicy, a prąd dostarczała niemiecka firma przejęta przez francuską. Sieć tramwajów konnych zbudowało Towarzystwo Belgijskie, kupiła grupa lokalnych inwestorów, ale zelektryfikował Siemens, natomiast sieć telefoniczną założył amerykański Bell, a rozwinęła szwedzka firma Cedergren. Telefon, telegraf i kolej łączyły Warszawę z Azją i z Europą. Wojny na Dalekim Wschodzie to także były jej wojny. W Mandżurii walczyli przecież rekruci z Mazowsza.   

Jeśli warszawiak skończył studia, to znaczy, że znał rosyjski, francuski albo niemiecki. Wielu możliwości nauki po polsku nie miał. Zresztą i tak nie wszystko mógł powiedzieć i napisać. Cenzura. Tym bardziej architekci pragnęli oddać głos budynkom, by swoim językiem komunikowały i objaśniały kulturową odrębność. Na przekór tym wysiłkom wielkomiejska architektura kamienic, gmachów biurowych i handlowych czy fabryk, architektura rewolucji przemysłowej i szybkiej urbanizacji stawała się jednak coraz bardziej międzynarodowa. Decydowała nie narodowość architektów i inwestorów, lecz kapitał, technologia, moda, które przekraczały granice państw.

W 1904 roku szwedzka firma Cedergren, operator warszawskich telefonów, wprowadził się do swojej pierwszej siedziby, do pięciopiętrowej kamienicy przy Zielnej 37, o jedną przecznicę od Marszałkowskiej. Jednak sieć telefoniczna rozrastała się tak szybko, że wkrótce zapadła decyzja o rozbudowie na sąsiednią działkę, Zielna 39. Jeszcze w 1908 roku anonsowano, że nowy gmach będzie wyższy od starego tylko o piętro, ale ostatecznie okazał się prawie dwa razy większy. Był pierwszym warszawskim drapaczem chmur. Na Warszawę promieniował bowiem nawet Nowy Jork. Tygodnik o zupełnie nieglobalnej nazwie „Lechita” donosił: „Warszawa szybko podąża za przykładem Ameryki. Mamy już telefony, oświetlenie i tramwaje elektryczne – obecnie przystępujemy do budowy niebotycznych gmachów, które z powodu ich wysokości w Ameryce nazywają «drapaczami nieba»”.

Drapacz był rzeczywiście wynalazkiem zza Atlantyku. Dzięki coraz lżejszym szkieletowym konstrukcjom ze stali i żelbetu nie trzeba już było wznosić masywnych ścian, a dzięki coraz doskonalszym windom dawało się piętrzyć kolejne piętra. W ich produkcji też przodowały Stany Zjednoczone. „Przez dwa i pół miesiąca w Ameryce nie widziałem schodów! To przeżytek” – zachwycał się Le Corbusier jeszcze w latach 30. Twierdził, że Europejczyków przed budową wieżowców hamuje zabobonny strach przed awarią windy, tymczasem „w Ameryce windy działają, tak samo woda w kranach, uliczne oświetlenie, pociągi na dworcach itd. To rzecz nabyta; o tym się nie dyskutuje”.

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

W Europie wieżowce rzeczywiście przyjmowały się wolniej. Część metropolii miała plany urbanistyczne i władze budowlane, które regulowały wysokość zabudowy i dążyły do wyrównywania jej skali. Wysokością miały się wyróżniać tylko starannie wybrane gmachy publiczne czy świątynie. Pod tym względem Warszawa bardziej niż Paryż i Wiedeń przypominała Nowy Jork, w którym jak objaśniał na początku XX wieku warszawski inżynier Karol Jenike – „niepomiernie wysoka cena placów w handlowych środowiskach miast wielkich (…) zniewoliła amerykanów do wznoszenia wieżownic”.

Warszawa nie miała planu, tylko ogólne przepisy budowlane, które dzięki skorumpowanej administracji dawało się łatwo naciągać. Pierścień carskich fortyfikacji był dla niej tym, czym wody Hudsonu i East River dla Manhattanu. Hamował terytorialną ekspansję, kazał zagęszczać zabudowę i iść w górę. Pewnie dlatego to w Warszawie, a nie w podziwianym Paryżu czy Wiedniu, powstał najwyższy budynek w Europie. Mierzył nieco ponad 50 metrów, więc przerastały go budowle specjalne, na czele z trzystumetrową wieżą Eiffla, oraz wieże i kopuły świątyń. Także warszawskich, bo dzwonnice cerkwi na placu Saskim czy kościoła Świętego Augustyna na Nowolipkach sięgały 80 metrów. Był to jednak najwyższy budynek użytkowy w mieście, w cesarstwie i na kontynencie. Tak jak nowojorskie drapacze, nie był jednak przemyślanym akcentem. Nie dość, że stanął przy Zielnej, a nie przy szerszej i ważniejszej Marszałkowskiej, to nawet nie na rogu ulic, tylko o dwie posesje w bok. Znikąd nie dało się go podziwiać w całości. Na wszystkich zdjęciach z epoki widać go albo w ostrym skrócie, w perspektywie Zielnej, albo wystającego ponad dachami niższych kamienic. Świadczył o charakterze warszawskiej modernizacji – dynamicznej, lecz chaotycznej i wybiórczej – oraz o pełnym włączeniu miasta w światową sieć przepływu wzorców i kapitału.

Cedergren był budynkiem globalnym nie tylko w treści – jako siedziba międzynarodowej spółki dysponującej najnowocześniejszą technologią komunikacyjną, ale i w formie – jako produkt międzynarodowego know how. Wstępną koncepcję, w oparciu o amerykański model, przygotował w Szwecji Isak Gustaf Clason, ale za szczegółowy projekt, rozwiązania wnętrz i detale odpowiadali dwaj lokalni architekci: wykształcony we Lwowie, Brunszwiku i Paryżu Polak – Bronisław Brochwicz-Rogóyski – oraz wykształcony w Kassel i Hanowerze Anglik – Arthur E. Gurney. Przypuszczam, że najwygodniej było im się porozumiewać po niemiecku. Ale jak nieszczęsny Gurney radził sobie z wymową personaliów Rogóyskiego? Czy zwracał się do niego poufale Bro? A może Rogo?

Kolejną globalną nowinką, która szybko przyjmowała się na warszawskim gruncie, był sport. Mężczyźni ze sfer średnich i wyższych, nawet jeśli sami nie zażywali ruchu, interesowali się zmaganiami innych, a nawet jeśli się nie interesowali, to wypadało im zapisać się do jakiegoś klubu – wioślarzy, cyklistów, tenisistów, piłkarzy. Miało to ogromne znaczenie towarzyskie i networkingowe. I Rogóyski, i Gurney, wśród setek agentów giełdowych, urzędników, kupców, jubilerów, kamieniczników, literatów i innych burżujów, należeli do Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego. Właśnie dzięki sportowi, tylnymi drzwiami, przez przebieralnie, boiska, korty i plaże, w przestrzeń publiczną wkraczała nagość. To jeszcze nie bikini, to zaledwie kawałek łydki, kilka cali bladej skóry na przedramieniu, ale wyobraźnia szalała. Nic dla imaginacji nie pozostawiały za to, coraz popularniejsze w diagnostyce, zdjęcia rentgenowskie. Ale choć burżuazja oswajała się z obrazem własnych płuc i szkieletów, architektura wciąż wstydziła się konstrukcji. Odsłonięty lub niedekorowany słup byłby co najmniej takim samym skandalem jak goła noga. Dlatego architekci Cedergrenu starannie zakryli żelbetowy szkielet wieżowca i ubrali go w historyzujący kostium. Rogóyski i Gurney szczególnie lubili formy średniowieczne, ale nie robili przymiarek do stylu narodowego, tylko wyciągali ze średniowiecza europejską średnią. Cedergren wystylizowali na obronną basztę, dodając urozmaicenia w postaci neobarokowego portalu. Dwie najniższe kondygnacje, z dość małymi oknami, robią przysadziste wrażenie. Tak jakby lekki wieżowiec musiał wyglądać masywnie, bo inaczej nikt by nie uwierzył, że stoi.

Podobnie ambiwalentna była nowoczesność Cedergrenu pod względem społecznym. Szefostwo i personel techniczny stanowili wprawdzie mężczyźni, ale połączenia obsługiwały kobiety. W 1904 roku w centrali pracowały 103 telefonistki, ale sześć lat później w wieżowcu oddano do użytku kolejną salę (na elewacji wyróżnia się największymi oknami), a zatrudnienie przynajmniej się podwoiło. Czyniło to Cedergren jednym z największych kobiecych pracodawców w Warszawie. W przeciwieństwie do fabryk praca była tu jednak stabilna, prestiżowa i stosunkowo lekka. Zmiana trwała aż dziesięć godzin, ale w czas ten wliczano trzygodzinną regeneracyjną przerwę. Już w pierwszym, niższym budynku na telefonistki czekało imponujące zaplecze: szatnie, umywalnie, jadalnia, bawialnia z pianinem i czytelnią, sypialnie dla nocnej zmiany czy pracownic, które nie chciały wracać do domu po zmroku. Chciałoby się powiedzieć: szwedzki socjal. Emancypacja kobiet odbywała się jednak na męskich warunkach. Od kandydatek wymagano nie tylko sprawności i ogłady, ale i dobrego wyglądu. Klienci nie widzieli telefonistek, więc o co mogło chodzić? O wizerunek firmy? A może o selekcję potencjalnych żon? Jeszcze w okresie międzywojennym powszechne było przekonanie, że kobiety podejmują pracę umysłową nie po to, by piąć się w hierarchii, ale by znaleźć męża. Awans miał prowadzić z biura do łóżka.

Telefonistki przy pracy w centrali Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej przy ul. Zielnej w okresie międzywojennymTelefonistki przy pracy w centrali Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej przy ul. Zielnej w okresie międzywojennym, fot. Z. Marcinkowski, DP 

Choć wojnę, która wybuchła w 1914 roku, później nazwano światową, o wiele ważniejsze niż dotąd okazało się, kto ma jaki paszport albo do której nacji czy państwa się poczuwa. Kiedy rok później Warszawa trafi pod niemiecką okupację, Arthur Gurney będzie musiał wracać do Anglii, a Rosyjsko-Szwedzkie Towarzystwo H.T. Cedergren zlikwidować interesy nad Wisłą. Całą warszawską sieć telefoniczną na trzy lata przejmie niemieckie wojsko. Cedergren wróci do Warszawy po tym, jak miasto stanie się stolicą niepodległej Polski, ale jego koncesja wkrótce wygaśnie i rynek przejmie nowy, kontrolowany przez państwo monopolista – Polska Akcyjna Spółka Telefoniczna PAST.

Dopiero wtedy, na początku lat 20., Pasta staje się Pastą. W niepodległej Polsce jej budynek nie będzie już wywoływał takiej ekscytacji. Jeszcze tylko w 1926 roku prasa z zapartym tchem śledziła strajk telefonistek. Przez pięć dni warszawskie telefony milczały, a trzysta pracownic okupowało wieżowiec, żądając przywrócenia do pracy zwolnionej koleżanki oraz przyznania podwyżek i prawa do emerytury. Już w następnej dekadzie automatyzacja central spowodowała zwolnienie większości urzędniczek, a stolica Rzeczpospolitej dorobiła się nowych symboli nowoczesności. Prestiż odebrał jej nowy gmach urzędu telekomunikacyjnego przy Nowogrodzkiej, o parę metrów niższy, lecz uwodzący powściągliwą, modernistyczną elegancją. Zaś w 1933 roku nowy warszawski rekord, 66 metrów, ustanowi drapacz chmur Prudentialu.

W 1944 roku Pastę i Prudential połączy jednak wspólny los, a zaciekłe walki o oba drapacze przesłonią ich dotychczasową historię i symbolikę. Przed wojną, jak zwróciła uwagę Ewa Toniak, Prudential bywał krytykowany za swój „amerykanizm”. Heroizm powstańców sprawi jednak, że gmach stanie się, jak ujęła to badaczka, „obco-swojski”. Również międzynarodowa proweniencja i estetyka Pasty-Cedergrenu straci swoje znaczenie. Przy okazji jednak straci je dotychczasowa przeszłość budynku.

Wypełnianie pustki

Konstrukcje szkieletowe, które pozwoliły Amerykanom wznosić pierwsze wieżowce, przyniosły jeszcze jeden wynalazek – wnętrze open space. Każde z pięter jest zasadniczo puste i daje się swobodnie dzielić na pokoje, sale, boksy czy stoiska albo nie dzielić wcale i pozwala w otwartej przestrzeni sadzać – przy biurkach, stołach roboczych, maszynach – całe armie pracowników. Open space to też junk space, czyli Koolhaasowska „śmieciowa przestrzeń”, która ciągle ewoluuje w odpowiedzi na zmiany funkcji, postęp technologii czy kaprysy wnętrzarskiej mody. Nawet gdyby z Pastą brutalnie nie obeszła się wojna, pewnie nie podziwialibyśmy dziś późnosecesyjnego wystroju sali telefonistek, która zajmowała całe piąte piętro.

Wyczerpująca wspinaczka na szczyt Pasty wiedzie dziś po schodach wykończonych sinozielonym gresem. Pod spodem kryje się być może jakieś peerelowskie lastryko albo resztka białego marmuru sprzed stu lat. Dopiero powyżej dziesiątego piętra, w powojennej nadbudówce, którą zajęła niedawno warszawska instytucja kultury Dom Spotkań z Historią i redakcja „Dwutygodnika”, na stopniach widać szlachetnie spatynowany, miodowożółty trawertyn. Niżej, mijając kolejne kondygnacje, można podziwiać dowody inwencji i możliwości najemców z ostatniego ćwierćwiecza: paraarcheologiczne warstwy tapet, wykładzin, gresów, gips-kartonów, mlecznego szkła.

fot. J. Lewandowskafot. J. Lewandowska

Z okien redakcji, u stóp budynku, który był pierwszą warszawską przymiarką do Manhattanu, widać anty-Manhattan, czyli pustkę po wyburzonych ostatecznie pawilonach. Jeśli niewidzialna ręka rynku działałaby tak logicznie, jak zachwalają neoliberalni apostołowie, przestrzeń ta powinna być gęsto i wysoko zabudowana. W końcu to najlepiej skomunikowane i najdroższe działki w Warszawie. Tuż obok biegnie Marszałkowska, a pod ziemią tysiące ludzi przeklinają klaustrofobiczny łącznik między pierwszą a drugą linią metra. Dopiero jednak w 2021 roku nad stacją ukończono 21-piętrowy, prawie dwa razy wyższy od Pasty wieżowiec Central Point, a poza tym, tak jak na pobliskim placu Defilad, pustka broni się dzielnie. Działają tu niewidzialne ręce reprywatyzacji, które poszatkowały kwartał na mniejsze działki, słabo przystające do współczesnej struktury miasta. Przebieg ich granic można poznać po trawnikach, strzyżonych w różnym rytmie i z różną gorliwością.

W pustce anty-Manhattanu prawieżowiec Cedergrenu jest świetnie widoczny, a mimo to pozostaje enigmą. Milczy o swoim globalno-kapitalistycznym rodowodzie, o poprzednim życiu, w którym był niesamowitą modernizacyjną maszyną. Niewiele do tej pory napisano o jego międzywojennych i powojennych dziejach, po odbudowie i upaństwowieniu. Czy da się wypełnić te luki, opowiedzieć historię miejsca, godząc heroiczny epizod z długim trwaniem, wzniosłość z przyziemnością? To też pytanie o pisanie historii w ogóle. 

Wykorzystane publikacje:
Antoni Bieniaszewski, „Historia zdobycia gmachu PAST–y”, 2004, https://www.fundacja-ppp.pl/images/pliki/historiapasty.pdf
Karol Jenike, „O zastosowaniu żelaza w budynkach wysokich”, „Przegląd Techniczny” nr 47/1904
Piotr Kilanowski, „Arthur E. Gurney – brytyjski architekt czynny w Warszawie i na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej od 1899 do 1915 roku”, „Ochrona Zabytków” nr 2/2019
Rem Koolhaas, „Śmieciowa przestrzeń”, w „Śmieciowa przestrzeń. Teksty”, przeł. Marcin Wawrzyńczak, Warszawa 2017
Le Corbusier, „Kiedy katedry były białe. Podróż do kraju ludzi nieśmiałych”, przeł. Tomasz Swoboda, Warszawa 2013
Jerzy S. Majewski, „Ericsson – 100 lat w Polsce”, Warszawa 2005
Ewa Toniak, „Budynek warszawskiego Prudentialu jako afektywna heterotopia – rekonesans”, „Miejsce” nr 3, 2017, http://miejsce.asp.waw.pl/budynek-warszawskiego-prudentialu-jako-afektywna-heterotopia-rekonesans-3/