Poskromienie taczyzmu

Magdalena Nowicka-Franczak

Aby oddzielić się od matki, należy przeciąć pępowinę. Aby uwolnić się od ojca, trzeba ukręcić sznur i dowiązać go do delikwenta, lekko go przyduszając – podpowiada Katarzyna Pochmara-Balcer w „Swobodnym wpadaniu”

Poskromienie taczyzmu

Jeszcze 2 minuty czytania

Poskromienie taczyzmu

„Zaopiekuj się mną / Nawet gdy nie będę chciał / Zaopiekuj się mną / Mocno tak” – gdyby układać ścieżkę dźwiękową do drugiej powieści Katarzyny Pochmary-Balcer, stary przebój Rezerwatu pasowałby jak ulał. Można ulec złudzeniu, że słychać go już w scenie, kiedy ojciec puka do drzwi dorosłej córki i oznajmia, że zatrzyma się u niej na kilka dni. Komu bardziej zależy na trosce i ochronie? Mężczyźnie, który może coś wykręcił i obawia się zdemaskowania? Czy raczej kobiecie, która jako dziecko doświadczyła i nie-obecności, i nad-obecności ojca, ale nigdy zwyczajnego z nim współbycia? Teraz nie przepuści okazji, by ojca oswoić, udomowić, a może wręcz wytresować.

I tu kończy się piosenka, a zaczyna pojedynek. Ojciec, wchodząc do domu córki, nie przeczuwa, że łatwo z niego nie wyjdzie. Dostanie rosół, dostęp do Netfliksa i wieszak, żeby móc odwiesić swój postsarmacki kontusz. I będzie musiał odpokutować za lata niedbałego udawania rodzica. Nie dajmy się jednak zwieść, że oglądamy walkę między dobrze znanymi dychotomiami: męskim i żeńskim, starym i młodym albo konserwatywnym i postępowym. To nie jest kolejne studium utopii i sarmackości, dwóch kompleksów problemowych i estetycznych, które Przemysław Czapliński wskazał kiedyś jako kluczowe dla polskiej literatury początków XXI wieku. Akt symbolicznej kastracji ojca nie będzie tu celem, ale co najwyżej środkiem. Stawka jest bardziej uwewnętrzniona. Chodzi o utrzymanie równowagi, o homeostazę w świecie niekończącej się jesieni, gdzie wszystko rozkłada się i przemija, tylko czas biegnie bez zadyszki, nie pozwalając ludziom dorosnąć, zanim zaczną się starzeć.

Katarzyna Pochmara-Balcer, „Swobodne wpadanie”. Wydawnictwo Cyranka, 160 stron, w księgarniach od lutego 2024

Ojciec czuje się młody, a jego byt wydaje się córce nieznośnie lekki. Ona, czterdziestoletnia matka i niedoceniona lektorka francuskiego, czuje się od niego starsza i dojrzalsza. Zarządza, dyscyplinuje, troszczy się. W ten sposób maskuje symptomy choroby naszej epoki, jaką jest nieogarnianie rzeczywistości i brak kontroli. Już w dobrze przyjętej debiutanckiej powieści „Lekcje kwitnienia” (2018) Pochmara-Balcer konstruowała bohaterkę, która zatracała się w otaczaniu troską innych istot. Czyniła z tego zniewalającą ich i siebie filozofię, na fundamencie której budowała sektę ludzi-roślin. Bohaterce „Swobodnego wpadania” też roi się taka wizja: ojca-pokutnika-paprotki.

Prozę Pochmary-Balcer można czytać, czy autorka chce tego czy nie, także w kontekście współczesnej kultury rewanżu płci, gdzie kobiety mszczą się za lata zniewag i przemocy wszelkimi dostępnymi im sposobami. Pisarskimi matkami kultury rewanżu są bez wątpienia Margaret Atwood, Toni Morrison czy Joanna Bator, ale ten motyw jest dziś ze wzmożeniem ogrywany w popkulturze, np. w „Biednych istotach” Yórgosa Lánthimosa z Emmą Stone czy w czwartym sezonie serialu „Detektyw” z Jodie Foster i Kali Reis. „Swobodne wpadanie” na tym tle wydaje się lekturą mało drastyczną i bezkrwawą. Jednak wpisanie opowieści o odzyskiwaniu godności poprzez odebranie jej innemu w ramy rodzinnej tragifarsy i psychodramy czyni ją niemniej niepokojącą niż fabuły o eksperymentach na ciele i duchu.

Główny bohater „Swobodnego wpadania” dołącza do bogatej galerii portretów polskich ojców i ojczulków, gromadzącej warte uwagi eksponaty: upadłego pater familias z „Tkanek miękkich” Zyty Rudzkiej, zagadkę widmo z „Weź z nią zatańcz” Filipa Zawady czy pokonanych przez chorobę alkoholową ojców z „Mireczka” Aleksandry Zbroi i „Przechodząc przez próg, zagwiżdżę” Wiktorii Bieżuńskiej – żeby wymienić tylko kilka zapadających w pamięć literackich historii rodzinnych z ostatnich lat. Podobizna tatusia ze „Swobodnego wpadania” zasługuje jednak na własne miejsce na ścianie. Żaden z niego macho, pije statystycznie, ale kulturalnie, żonę i córkę zbije co najwyżej kwiatkiem, a dobije ostrym jak brzytwa słowem. To swojski tato – fajowy we własnym mniemaniu, a wieloproblemowy w oczach bliskich. Jest stworzony do spraw wyższych niż roztaczanie nad kimś ojcowskiej opieki. Niedościgniony w wypadaniu z roli, mistrz rodzinnych monodramów, tata wszystkich tatów, doktor honoris causa w dziedzinie tatowości i przemocy symbolicznej, słowem spec od taczyzmu. Z przekonania inteligent przerastający profesorów, z potrzeby czasów przedsiębiorca zaczynający od sprzedaży kabli na polowym łóżku. Kobieciarz i mobber częstujący pączkami od Bliklego i trucizną. Nie potrafiąc kochać córki i innych kobiet, całą miłość, którą ma, przelewa na siebie.

„Swobodne wpadanie” jest psychoportretem podwójnym. Córka, przeglądając się w grzeszkach ojca, bada glinę, z której sama została ulepiona. Matkę, która nigdy do końca nie podniosła się po porzuceniu przez męża, dawno spisała na straty. Dlatego odpuszcza jej winy. Ojca nie potrafi przetrawić. Urodzona jako pierwsza, wskutek niewierności rodzica stała się tą mniej ważną, ukuwa więc plan, by wystąpić w jego biografii jako córka ostatnia. Nieobroniona przez dorosłych przed okrucieństwem świata, teraz na siłę uratuje ojca przed światem, który on kocha.

„Swobodne wpadanie” daje czytelniczą przyjemność. Na początku książki autorka, głosem narratorki, składa jednak obietnicę, której nie dotrzymuje: „I choć z szukania ojca zrobiłam osobistą dyscyplinę sportową, znajdowanie go wychodziło mi najlepiej jedynie w literaturze”. Poprzez bohaterkę wyposażoną w książki grupy OuLiPo, Virginii Woolf i cytaty ze „Sklepów cynamonowych” Bruno Schulza sygnalizuje, że literatura eksperymentalna i symboliczna będzie jej partnerką podróży. Te odniesienia i skojarzenia zostają tylko w niewielkim stopniu skonsumowane, głównie w psychoanalitycznej warstwie narracji. Na odświeżenie formy nie wpływają.

Fabuła utkana jest z dwóch gęsto splecionych planów: teraźniejszego i pamięciowego. Jeśli Queneau, Perec i Schulz są ojcami tej prozy, to przyszywanymi grubym ściegiem. Jest tu za to sporo z Gombrowicza, zwłaszcza w figurze ojca „statowiałego”, bezbronnego w rękach „umatczynionej” córki i zamkniętego w przestrzeni jej niewielkiego mieszkania z kapciami i pilotem do telewizora. Zrazu zdaje się sięgać po białą flagę, ale po cichu obmyśla plan ucieczki. Każdy z bohaterów próbuje ukończyć podkop, którym wydostanie się z pułapki zastawionej przez bliską osobę. Pytanie nie brzmi, komu się to uda, ale kto pierwszy wpadnie w kopany przez siebie dołek.