Więcej niż „dramat po powierzchni”

Więcej niż „dramat po powierzchni”

Rozmowa z Gregiem Zglińskim

W „Wymyku” napisaliśmy całkiem niezłą ekspozycję, która pokazuje mocne więzi między braćmi. Dzięki temu po tym, jak jeden z nich trafia w śpiączce do szpitala, nadal czuje się jego obecność – mówi autor „Wymyku”

Jeszcze 3 minuty czytania

JOANNA OSTROWSKA: Twój debiutancki film „Cała zima bez ognia” był pokazywany w 2004 roku na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Wenecji. Od tamtego czasu do premiery „Wymyku” minęło siedem lat. Czym w tym czasie zajmował się Greg Zgliński?

GREG ZGLIŃSKI: Siedem lat – cztery projekty fabularne i żaden z nich nie wypalił. Jednocześnie pracowałem przy serialach. Zrobiłem trzy odcinki „Na dobre i na złe”, cztery odcinki „Pittbula” i sześć odcinków „Londyńczyków”, których także formatowałem. Serial jest niezwykle ciekawą formą – można planować łuki dramaturgiczne na przestrzeni kilku lub więcej odcinków, co pozwala skupić się przede wszystkim na psychologicznym pogłębianiu postaci.

Greg ZglińskiPo premierze „Wymyku” planujesz jeszcze wrócić do produkcji serialowych?
Nigdy nie myślę w ten sposób: „teraz serial, a potem fabuła”, albo odwrotnie. Ważne jest dla mnie, żeby projekt był atrakcyjny, zarówno merytorycznie, jak formalnie, i żeby cały czas próbować czegoś nowego. W fabule czy serialu szukam po prostu opowieści o ludziach.

W USA czy w Wielkiej Brytanii produkcje serialowe to pole potężnych zmian jeśli chodzi o kulturę audiowizualną: przesuwanie granic tego, co „poprawne”; eksperymenty formalne; zabawa z narracją; nowe, często pomijane, tematy. Wszystko to obserwujemy właśnie w zagranicznych serialach.
Jak zobaczyłem „Sześć stóp pod ziemią”, wszystkie pięć serii, to naprawdę miałem wrażenie, że obcuję z czymś genialnym. Szkoda, że w Polsce tego typu produkcje to delikatnie mówiąc: rzadkość. Choć coś zaczyna się zmieniać. Mnie osobiście bardziej interesują zamknięte struktury fabularne, dlatego żeby zdecydować się na reżyserię serialu, muszę uznać dany projekt za wyjątkowy. Tak było z „Londyńczykami”, a wcześniej z „Pitbullem”. Kinowego „Pittbula” traktuję zresztą jako rodzaj objawienia – jest to jeden z najciekawszych filmów nowej, polskiej kinematografii.

„Wymyk” to
historia dwóch braci, których życie zmienia się o 180 stopni w wyniku „wypadku” w pociągu. W jaki sposób trafiłeś na tę historię? Co było inspiracją w trakcie powstawania scenariusza?
Na początku pojawił się tekst literacki w postaci noweli Cezarego Harasimowicza pod tytułem „Jerzy”. I tam właśnie natrafiłem na „incydent w pociągu”, który stał się kołem zamachowym „Wymyku”. Ten epizod wywarł na mnie ogromne wrażenie, szczególnie że identyfikowałem się z bohaterem, który nie zareagował. To dotykało takich emocji, do których trudno się przyznać. Podobny, ale dużo mniej dramatyczny „brak reakcji” sam kiedyś przeżyłem i przez długi czas trudno mi było się z tym pogodzić.
Pierwsze próby przepracowania tego tematu to były przede wszystkim pomysły na adaptację tekstu Harasimowicza. Bardzo szybko zorientowałem się jednak, że szukam czegoś zupełnie innego w tej historii. Wtedy poznałem Janusza Margańskiego, wybitnego tłumacza i dramaturga. To był moment kluczowy w pracy nad „Wymykiem”.

Nad „Wymykiem” pracowałeś również w Szkole Wajdy, w ramach projektu „Ekran”.
Wspólnie z Januszem braliśmy udział w tym programie. Napisaliśmy treatment, który składał się z trzech epizodów rozgrywających się równolegle – przeplatających się. W ostateczności, po nakręceniu próbnej sceny z Robertem Więckiewiczem, została tylko historia Freda, którą postanowiliśmy pogłębić. Zanim powstała ostateczna wersja, pracowaliśmy ponad trzy lata.

„Wymyk”, reż. Greg Zgliński. Polska 2011

Historia dwóch braci w „Wymyku” bardzo łatwo może się skojarzyć z późnymi filmami Krzysztofa Kieślowskiego, ze scenariuszami Kieślowskiego i Piesiewicza.
Kino Kieślowskiego jest mi bardzo bliskie, szczególnie poprzez sposób opowiadania, który jest oszczędny w słowach i raczej koncentruje się na poszukiwaniu sytuacji, zderzenia/łamania stereotypów i klisz. Poza tym Krzysztof Kieślowski był moim opiekunem na trzecim roku studiów w Łodzi. Wszystkie spotkania z nim były raczej warsztatami. Padały zdania w stylu: „tutaj musisz przyciąć kilka klatek, bo jeśli spojrzenie w tej scenie będzie za długie, będzie znaczyło zupełnie coś innego, niż chcesz osiągnąć”, albo: „nie możesz pokazywać tej sytuacji kolejny raz, bo to już było, więc może wydać się nudne”. Jako studenci otrzymywaliśmy od niego szereg spostrzeżeń, większość z nich do dziś pamiętam. Od Kieślowskiego dowiedziałem się, że robienie filmu to jest przede wszystkim warsztat i to było dla mnie najbardziej inspirujące.
Krzysztof Piesiewicz opowiedział mi kiedyś taką historię: „Czerwony” Kieślowskiego był nominowany do Oscara, obok niego i Kieślowskiego na ceremonii wręczenia nagród siedział Quentin Tarantino. Wszyscy trzej byli nominowani za najlepszy scenariusz. Statuetkę w końcu otrzymał Tarantino za „Pulp Fiction”. Po wygłoszeniu podziękowań wrócił na swoje miejsce, klepnął Piesiewicza w ramię i powiedział: „Nie przejmuj się, ja się uczyłem pisać scenariusze na „Dekalogu”.

Dwaj główni bohaterowie twojego filmu to bracia: Fred i Jurek. Bardzo klasyczna ekspozycja scenariuszowa została jednak całkowicie zaburzona po wspomnianej wyżej sekwencji „wypadku”. Udało się Wam z Januszem Margańskim uniknąć stereotypizacji i radykalnych rozróżnień. W związku z tym nie mamy do czynienia z „dobrym i „złym” bohaterem.
Bo ludzie nie są dobrzy lub źli, tylko robią dobre lub złe rzeczy. Od osądzania kogoś bardziej interesuje mnie jego zrozumienie. W „Wymyku” napisaliśmy całkiem niezłą ekspozycję, która pokazuje mocne więzi między braćmi. Dzięki temu po tym, jak jeden z nich trafia w śpiączce do szpitala, nadal czuje się jego obecność. Oczywiście w bardzo dużym stopniu jest to także zasługa wspaniałej i sugestywnej gry Łukasza Simlata w roli Jurka. Moim zdaniem niektóre filmy niestety kuleją narracyjnie właśnie z powodu niedostatecznej lub źle skonstruowanej ekspozycji.

Jak wygląda otoczenie głównych bohaterów? Skąd się wywodzą? Na jakich zasadach kształtują się relacje między nimi?
Akcja „Wymyku” rozgrywa się na przedmieściach. Fred i Jurek pochodzą z tzw. dorobionej klasy średniej powstałej w wyniku przemian 1989 roku. Koniec lat 90. to był moment, kiedy szalały nowe spółki, pojawiły się lokalne telewizje kablowe. Do dzisiaj część tych firm przetrwała, ale właśnie w tym środowisku dochodziło bardzo często do przejęć przez większe korporacje, do bezwzględnej walki o klientów. Istotne było dla nas też to, żeby pokazać hierarchię wewnątrz rodziny: ojciec-bóg i synowie. Taki układ wydawał nam się bardzo charakterystyczny w tym środowisku.

„Wymyk”, reż. Greg Zgliński. Polska 2011

Ojciec rodziny, Stefan (w tej roli Marian Dziędziel), to typ rodowego przywódcy, któremu nie wolno się sprzeciwić. Również ta postać ma swoją rysę.
Gdybyśmy stworzyli Stefana na zasadzie twardego, bezkompromisowego bohatera, który jest tym tradycyjnym „pomnikiem wartości” pod każdym względem, byłoby to za bardzo wprost. Dlatego Janusz wymyślił złamanie wizerunku tego bohatera – stąd fizyczny niedowład Stefana jako efekt po wylewie. Dzięki takiemu zabiegowi widać wyraźniej, na czym tak naprawdę polega uzależnienie i przemoc psychiczna w tej rodzinie. Ważną rolę odegrała Matka, którą wspaniale zagrała Anna Tomaszewska. To ona staje się przedłużeniem władzy ojcowskiej. Gdyby nie wstrząsający wypadek, Viola (żona Freda) mogłaby się stać podobna do niej.

Kobiety w „Wymyku” to raczej drugi plan, który na pierwszy rzut oka przedstawia się dość tradycyjnie i przewidywalnie.
Pierwotnie rozważaliśmy skupienie się bardziej na małżeństwie Alfreda i Violi (Gabriela Muskała) oraz na rozbudowaniu relacji z Matką. Jednak doszedłem do wniosku, że to powinna być opowieść typu „Alfred kontra reszta świata”. Bo wtedy jest on zupełnie sam i to najlepiej oddaje jego stan psychiczny w tak dramatycznych okolicznościach. Zresztą na tym poległa też trudność roli granej przez Roberta Więckiewicza, że nie mógł jej budować w oparciu o inną postać filmową.

Jury w Gdyni uhonorowało Gabrielę Muskałę nagrodą za kobiecą rolę drugoplanową.
Gabrysia Muskała to świetna aktorka, zagrała bardzo mocną rolę, zupełnie różną od postaci, z którymi mogą ją identyfikować polscy widzowie. Pierwotnie planowałem wybrać młodszą aktorkę, żeby była widoczna różnica wieku między Violą a Alfredem. Z czasem uznałem taki zabieg za zbyt łatwy, chciałem pokazać trochę bardziej skomplikowaną dominację Alfreda nad Violą. Paradoksalnie najtrudniejszą dla mnie sceną była ta, w której Alfred przychodzi do Violi z kwiatami. Dzieje się ona na początku filmu, w związku z tym ustawia złożoną relację między małżonkami, relację nieco groteskową. Zastanawiałem się, na ile mogę sobie pozwolić na humor, żeby nie przerysować, żeby było wiarygodnie.

Oprócz Roberta Więckiewicza, Gabrieli Muskały czy Łukasza Simlata, w „Wymyku” występuje cała plejada młodych, zdolnych polskich aktorów. Choćby tajemnicza blondynka, którą w pociągu próbuje obronić Jerzy?
To epizod Karoliny Kominek, znakomitej aktorki, która ma niesamowitą charyzmę. Zobaczyłem ją dawno temu w „Ince 1946” i zapisałem sobie jej nazwisko. Bardzo często zdarza mi się znajdować aktorów właśnie w ten sposób. Jeszcze pisząc scenariusz pomyślałem, że będzie świetna do tej roli, potem zaprosiłem na casting.
Cenię sobie również współpracę z Pawłem Tomaszewskim, który jest bardzo wrażliwym facetem i prywatnie całkowitym przeciwieństwem swojej postaci. Zagrał rewelacyjnie. Zobaczyłem go w Teatrze Dramatycznym i po prostu wiedziałem, że chciałbym z nim pracować. Podobnie było z Tomkiem Schuchardtem, którego widziałem w „Chrzcie” Marcina Wrony. Pawła Ferencego wypatrzyłem w „Pixelach” Jacka Lusińskiego. Z kolei Michał Podsiadło zagrał już w pierwszych przymiarkach trzy lata wcześniej, w scenie nakręconej w ramach warsztatów filmowych EKRAN w Szkole Wajdy. Michał był tak dobry, że do tej roli nie szukałem już nikogo innego.

„Wymyk” produkowało Opus Film, czyli jedna z najbardziej nowoczesnych firm producenckich w Polsce, która stara się przede wszystkim korzystać z koncepcji producenta kreatywnego. Jak wspominasz współpracę z Łukaszem i Piotrem Dzięciołami?
„Wymyk” to przede wszystkim projekt Łukasza Dzięcioła. Spotkaliśmy się mniej więcej cztery lata temu i postanowiliśmy zrobić razem film. Przez trzy lata developmentu mojego filmu Łukasz trzymał rękę na pulsie – motywował mnie i wspierał. Podobnie było na planie filmowym, co dla wielu może się wydawać czymś dziwnym. Producent na planie często oznacza „spięcie”. W tym przypadku było wręcz odwrotnie. Kiedy pojawiał się Łukasz, ale także i Piotr, dodawało mi to pewności siebie.

Czy zacząłeś już pracę nad kolejną fabułą? Zdradzisz jakieś szczegóły?

Tak, mam parę projektów, jeden prawie ukończony. Ale uwierzę w ich realizację dopiero kiedy stanę na planie filmowym


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.