Za naszą  i waszą wolność

Za naszą
i waszą wolność

Joanna Ostrowska

Powojenna codzienność budzi strach i rzadko jest wykorzystywana jako materiał filmowy, bo nie ma w niej miejsca na ostre podziały, łatwe odpowiedzi i gromkie manifesty. Smarzowskiemu udało się w „Róży” pokazać „obciążoną polską pamięć”

Jeszcze 2 minuty czytania

Mazurski los […] Ani za życia, ani po śmierci nie ma miejsca.
Erwin Kruk, „Kronika z Mazur

Ingrained misogynistic caricaturing has always allowed men to trivialize rape and render it titilling to the pornographic imagination. These stereotypes in turn infect the way men have written its history.

Roy Porter, „Rape – Does It Have Historical Meaning?

Współczesne polskie filmy historyczne muszą zawsze spełniać bardzo określone cele. Oprócz kwestii edukacyjnych, wpisują się rzecz jasna w „patriotyczną misję kultury”, która ma chronić przed zapomnieniem tego, co o polskim narodzie „warto” pamiętać. W hierarchii historyczno-filmowych „ważności” coraz częściej pojawiają się wolnościowe zrywy lat 70. i 80., oraz tradycyjnie II wojna światowa – temat „najbardziej oczekiwany”, którego jednocześnie trzeba się bać.

„Strach” wywołuje przede wszystkim „mit” opowiedzenia się po jednej ze stron sporu, który koncentruje się na podziale na sprawców i ofiary. W polskim dyskursie dotyczącym II wojny nadal owo rozróżnienie jest tożsame z walką w obronie „niewinnych bohaterów” rodzimego pochodzenia.

W ostatnich tygodniach w Polsce film historyczny ma tylko jeden tytuł – „W ciemności”. Dzieło Agnieszki Holland „odgrzało” tradycyjne kłótnie o wartości, granice dobra i zła, liczby sprawiedliwych i tych mniej sprawiedliwych (różnego pochodzenia), oraz „kłopoty z przedstawianiem”, które w przypadku niektórych „szanowanych powszechnie nazwisk” zaowocowały buntem przeciwko „oglądaniu”. W końcu wnioskowanie o tym, co „wolno” i „nie wolno” pokazywać w kwestii Holocaustu i II wojny światowej najlepiej przeprowadzić za pomocą radykalnych opinii, które rzecz jasna – „dla naszego i waszego dobra” – nie opierają się na dowodach zebranych na sali kinowej.

W atmosferze drobnych „pyskówek” o prawdę historyczną i patriotyczne uchybienia (tekst Piotra Zychowicza „Sprawiedliwy wśród szmalcowników”), wszyscy koniec końców oczekują ceremonii rozdania „złotych statuetek”, które nie wiadomo dlaczego działają jak remedium na „pamięciowe spory”, jednocześnie scalając we wspólnej wierze w „zwycięstwo” „naszego” faworyta. W tym samym czasie na ekranach polskich kin pojawia się „Róża” Wojtka Smarzowskiego, która zdążyła już przybrać miano „najbardziej niezrozumiałego filmu roku” (opinie międzynarodowego jury 36. FPFF w Gdyni), „najbardziej oczekiwanego filmu roku” (opinia dystrybutora) i „najgorzej wypromowanego filmu roku”, który wchodzi do dystrybucji prawie osiem miesięcy po gdyńskim festiwalu i prawie cztery miesiące po Warszawskiem Festiwalu Filmowym (na którym uzyskał Grand Prix).

Zgodnie z opinią samego reżysera, Wojtka Smarzowskiego: „»Róża« jest filmem o miłości. Miłości na gruzach. Miłości w czasach nieludzkich”. Wizualizowany okres historyczny to w przybliżeniu lata 1939-1956. Akcja toczy się na Mazurach, gdzie nowe, prosowieckie władze starają się jak najszybciej wprowadzić tylko jeden obowiązujący wzór obywatela „nowego państwa polskiego”.
Powstanie Warszawskie jest tylko i wyłącznie punktem wyjścia. W ruinach przegranej Warszawy Tadeusz, żołnierz AK, jest świadkiem „egzekucji” Anny, swojej żony; widzimy go, gdy odzyskuje przytomność i pierwsze, co dostrzega, to żołnierza Wehrmachtu, który brutalnie ją gwałci, a następnie morduje strzałem w głowę z bliskiej odległości.

Po zakończeniu działań zbrojnych w Europie Tadeusz postanawia pozostać „w ukryciu”. Nie ujawnia się władzy ludowej, tylko błąka się po terenach „nowej Polski” z dziwaczną misją. Chce oddać rzeczy osobiste, należące kiedyś do jednego z żołnierzy Wehrmachtu jego żonie. Trafia do Róży, Mazurki, która jako jedna z niewielu przetrwała na swojej ziemi. Powojenna rzeczywistość mazurska przypomina piekło, szczególnie jeśli chodzi o stosunek wojsk sowieckich do ludności cywilnej. Ciągłe grabieże, gwałty, przymus wyjazdu do Niemiec i działalność wszelkiej maści konfidentów, którym jakimś cudem udało się przetrwać wojnę. W takiej atmosferze każdy, kto nie decyduje się na ucieczkę, będzie próbował przetrwać za wszelką cenę. Tak jakby wojna nigdy się nie skończyła.

Róża jest inna i jest naznaczona. Już w okresie wojennym jej mąż został wcielony do Wehrmachtu, co dla „nowych Polaków” oznaczało zdradę. Kobieta mówi po polsku i po niemiecku, ale z pochodzenia jest Mazurką. W jej gospodarstwie w trakcie zwycięskiego marszu Armii Czerwonej stacjonowała radziecka jednostka wojskowa, co dla członków mazurskiej społeczności jest równoznaczne z działaniem na jej szkodę. Dodatkowo nie chce dobrowolnie opuścić ziemi i wynieść się do Niemiec, gdzie, jak twierdzi jeden z funkcjonariusz władzy ludowej, jest jej miejsce.
Podobnie jak przygniatająca większość kobiet na terenach Mazur i Warmii, została wielokrotnie i brutalnie zgwałcona. Taki sam los spotkał dziesiątki tysięcy kobiet na wszystkich frontach II wojny światowej (nie tylko ze strony tzw. aliantów wschodnich, ale również „cywilizowanych”: Brytyjczyków, Australijczyków, Amerykanów i Niemców). Gwałt jako symbol zwycięstwa, broń wojenna, czy manifestacja siły – to jedno z tych doświadczeń wojennych, o których świadkowie i świadkinie w Polsce najczęściej nadal milczą. Wstyd i strach przed stygmatyzacją działają również współcześnie.

Na film Smarzowskiego ciężko jest spojrzeć inaczej, niż przez pryzmat przemocy seksualnej, która w pewnym momencie staje się motywem przewodnim opowiadania. Wielokrotne gwałty Róży to stały element rzeczywistości powojennej. Brutalność, bicie, kaleczenie stają się kobiecą codziennością, szczególnie jeśli w grę wchodzi również aspekt zemsty rasowej i narodowej. Kobiety gwałcone zbiorowo, w rządku, przez żołnierzy, którzy zasłaniają ich twarze i zmieniają się co kilka minut. Niespodziewane napady na domy, plądrowania, egzekucje, ciąże, poronienia i porody nieślubnych dzieci pochodzących z gwałtów, nazywanych „sowieckimi bękartami”. Pisze o nich Erwin Kruk w swojej „Kronice z Mazur”: „To było też w czterdziestym ósmym roku. Tamta [kobieta – przyp. J.O.] była wesoła, jakby niespełna rozumu. Śmiała się z tych, którzy przed wojną wysyłali dzieci do polskiej szkoły. «Tacy honorni byli, a przyszło im na to, że dzieci potracili. A ja nie. Tego większego mam ze swoim, który zginął pod Stalingradem. A ten czarny to wylągł po wojnie, Jeszcze nie ochrzczony. Na wsi mówią na niego Stalinek. To i ja tak mówię. Przecież go nie wyrzucę. Kocham ich obu. Miałam stracić?»”. Nie sposób uwolnić się od tych właśnie obrazów w filmie Smarzowskiego, a konfrontacja z powszechnie funkcjonującą wersją „pamiętania” wojennej i powojennej rzeczywistości rodzi zgrzyt.

„Róża”, reż. Wojtek Smarzowski.
Polska 2011, w kinach od 3 lutego 2012
W „Róży” próżno bowiem doszukiwać się metafory polskiego społeczeństwa powojennego, rozdartego w czasie pomiędzy dwa totalitaryzmy. Nie ma tu również miejsca na kryształowych bohaterów „placu boju”, którzy punkt po punkcie z nieskalaną opinią wypełniają patriotyczną misję. Historia Tadeusza i Róży rozgrywa się w zapomnianej społeczności mazurskiej, która przez cały okres komunizmu była prześladowana i systematycznie niszczona: 
„W czterdziestym piątym roku jeszcze mówiono: ludność rodzima, Mazurzy. Ale już inni, o wyższej świadomości, znaleźli dla nich poręczniejsze określenie: «autochtoni», słowo brzmiące o wiele łagodniej aniżeli «tubylcy», choć znaczące to samo – pierwotną i rdzenną ludność miejscową, którą trzeba poddać procesom cywilizacyjnym” (Erwin Kruk).

Przetrwanie mikrospołeczności w filmie Smarzowskiego jest uzależnione od „nowych cywilizatorów”, którzy systematycznie rugują Mazurów, „czyszczą” otoczenie, aby przyjąć nowych osadników. W „Róży” obserwujemy „trudne spotkania”, do których dochodzi w wyniku migracji osadników zza Buga. W domu obok Tadeusza i Róży zamieszkają Władek i Amelka z dziećmi, którzy zaczynają wszystko od nowa. Wspólnym dla wszystkich doświadczeniem będzie ciągły powrót do początku, nawet jeśli spłonie dom, dojdzie do pobicia i rabunku. Mazurska codzienność w filmie Smarzowskiego zmieni się w roku 1956, kiedy w końcu ci najtwardsi wyjadą, czy też wreszcie uda ich się skutecznie wyrzucić.

„Za wolność waszą i naszą” rzecz jasna walczyli polscy bohaterowie, polscy patrioci. Powojenna codzienność, która często schodzi na dalszy plan, budzi strach i rzadko jest wykorzystywana jako materiał filmowy, bo nie ma w niej miejsca na ostre podziały, łatwe odpowiedzi i gromkie manifesty, których można użyć również dziś w debatach w „obronie zagrożonej polskości”. Smarzowskiemu udało się w „Róży” pokazać „obciążoną polską pamięć”. Nie tylko dzięki przełamaniu tabu przemocy seksualnej w trakcie konfliktów zbrojnych, lecz przede wszystkim poprzez ukazanie ludzkiego cierpienia w imię spraw innych niż narodowe. Bity do nieprzytomność podczas przesłuchania Tadeusz w niczym nie przypomina ikonicznego żołnierza AK, który „nabożnie” wspomina okres walki z okupantem. Koncentruje się na Róży. Obmywa jej zniszczone i umęczone ciało. Nie zadaje zbędnych pytań, pozwalając jej samej zadecydować, kiedy zechce opowiedzieć mu o swojej traumie.

„Naznaczony” obrazem brutalnego morderstwa żony próbuje za wszelką cenę uratować Różę – kobietę, dla której niestety nie ma miejsca w nowej powojennej rzeczywistości drugiej połowy lat 40. i współcześnie:
„Nieoczekiwanie wyobraził sobie, że to on jest na jej miejscu – w dużej izbie o wybitych oknach, zimą, wśród spędzonych tu mieszkańców wsi. Na oczach wszystkich odciągnięto od tych rąk, które leżą bezwładnie na stole, czternastoletnią córkę tej kobiety, a potem tuż obok zamarzł dziecięcy jęk i krzyk, gdy wgniatano ją w podłogę uwalaną pierzem i słomą. Kobieta nie ruszyła się, aby córkę podnieść czy przykryć. Nie ruszyła się również, gdy z sąsiedniej izby wytoczyła się druga córka, o dwa lata starsza, cała sina, zataczająca się nieprzytomnie. Dziewczynki przeżyły” (Erwin Kruk).


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.