Paul McCartney – alfabet Beatlesa
paulmccartney.com

Paul McCartney – alfabet Beatlesa

Szymon Holcman

22 czerwca na Stadionie Narodowym w Warszawie zagrał Paul McCartney. Był to jego pierwszy występ w Polsce

Jeszcze 5 minut czytania

And I Love Her – „To pierwsze «Yesterday» Paula”, jak określił tę piosenkę Lennon. McCartney napisał ją w domu przy 57 Wimpole Street w Londynie, gdzie mieszkała jego przyszła narzeczona Jane Asher: młodziutka i dobrze zapowiadająca się dziewczyna z dobrej rodziny. W czasach szalejącej beatlemanii to pod tym adresem Paul przebywał najczęściej, miał tam własny pokój i opracowany do perfekcji system wymykania się z budynku tylnym wyjściem (wymagało to przejścia przez mieszkanie sąsiadów), gdy czyhający przed posiadłością fani wydawali się nazbyt rozentuzjazmowani.

Jane i Paul poznali się w 1963 roku, gdy dziewczyna robiła z Beatlesami wywiad przed koncertem w Royal Albert Hall, potem trafili na jedną prywatkę. Tam zwróciła uwagę Johna, który z właściwym sobie taktem, już lekko wstawiony, zapytał nastoletnią gwiazdkę telewizji, „jak dziewczynki zabawiają się same ze sobą?”. Paul natychmiast zaczął strofować przyjaciela, po czym widząc, że dziewczyna zamierza wyjść z przyjęcia, zaproponował, że ją odprowadzi. Oczywiście już nie wrócił.

McCartney i Asher byli w pierwszej połowie lat 60. ulubioną parą Brytyjczyków, uosobieniem marzeń klasy średniej. Piękni, młodzi, utalentowani, spędzający czas na bankietach, wernisażach, w klubach i na koncertach. Byli ze sobą 5 lat i przez ten czas zainspirowała ona wiele z napisanych przez Paula piosenek. Nie wszystkie były w naiwno-romantycznym tonie, jak „And I Love Her”, choć w muzycznym pokoju domu Asherów powstały też takie muzyczne wyznania miłości, jak „I Wanna Hold Your Hand”, czy „Things We Said Today”. Z czasem te miłosne piosenki nabierały gorzkiego posmaku. „I'm Looking Through You” Paul napisał po kłótni z Jane, „You Won't See Me” kiedy był na nią zły, że nie chciała dla niego zmienić swoich planów. Związek McCartneya z Jane, dziewczyną niezależną i odważną, sprawił, że w tekstach Beatlesów tak wiele podobnych do panny Asher bohaterek.

Para zaręczyła się w 1967 roku, ale już rok później się rozstała. Jane nakryła Paula w łóżku z Francie Schwartz, zatrudnioną w Apple, firmie Beatlesów. Nie żeby sama nie miała romansów w czasie ich związku, ale ta kropla przelała czarę (czego nie zrobiła wcześniej piosenka „Another Girl”, w której McCartney dość lekkomyślnie przyznawał się do wielu aktów niewierności). 

Birthday – Paul McCartney urodził się 18 czerwca 1942 roku w Walton Hospital w Liverpoolu, jako pierwsze dziecko Jamesa (przez wszystkich nazywanego Jimem) i Mary McCartney. Jego ojciec pracował w branży tekstylnej, matka była pielęgniarką, która wkrótce po narodzinach syna zaczęła świadczyć prywatne usługi położnicze. Jim z kolei lubił wieczorami muzykować z przyjaciółmi. Przed wojną był nawet liderem znanego w dzielnicy Everton Jim Mac's Band.

Ojciec lubił też grać na pianinie swoim synom (młodszy brat Paula, Michael, urodził się w 1944). Nie był mistrzem tego instrumentu, ale bez problemu potrafił powtórzyć usłyszany w radio przebój  i zaadaptować go na potrzeby domowego muzykowania. Szczególnie starszy syn wpatrzony był w grającego tatę i często prosił go o konkretne utwory, a jego ulubionym było „Stairway To Paradise” George'a Gershwina (wiele lat później Paul otrzyma nagrodę jego imienia). Umiejętności Jima robiły na chłopaku wrażenie i dlatego bardzo wziął sobie do serca ojcowską radę: „naucz grać się na instrumencie, wtedy zawsze będą cię wszędzie zapraszali”.

Can't Buy Me Love – Paul pochodził z domu, w którym nigdy się nie przelewało. Rodzice ciężko pracowali i rozważnie wydawali każdego pensa. Znamienne, że pierwszymi słowami trzynastoletniego Paula na wieść, że jego matka zmarła, było zdanie, którego nie wybaczył sobie chyba nigdy: „Co my zrobimy teraz bez jej pieniędzy?”. Być może tego podświadomego lęku o stan finansów nie pozbył się nigdy i stąd takie przywiązanie do pieniędzy, przez które nazywany był przez wielu „kutwą”. Kiedy w maju 1964 pięć piosenek Beatlesów okupowało pięć pierwszych miejsc listy „Billboardu”, a 60 procent sprzedawanych w Stanach singli miało napis The Beatles na okładce, McCartney i Lennon, komponując kolejny przebój żartowali: „A teraz napiszmy sobie basen”. Ale w sensie dosłownym nie był to żart, a sam Paul przyznał kiedyś, że powinien nazwać tę piosenkę „Can Buy Me Love”.

Gorzej, że trudność w pozbywaniu się pieniędzy była przyczyną rozstania McCartneya z kilkoma utalentowanymi członkami zespołu Wings. Kiedy zaczynali razem grać na początku lat 70., były Beatles płacił im 70 funtów tygodniówki, obiecując jednocześnie, że kiedy już osiągną sukces, wpływy do kasy będą dzielić sprawiedliwie. W oczach Paula ten sukces nie nadszedł chyba nigdy, bo tygodniowa stawka zespołu nie zmieniła się nawet po wyprzedanych trasach koncertowych i obecności płyt na listach bestsellerów. McCartney bagatelizował kolejne rozstania, kompletnie nie interesując się ich przyczynami i zrzucając wszystko na różnice artystyczne i niewystarczające, w porównaniu z nim oczywiście, umiejętności warsztatowe muzyków. 

Ciekawe, że Macca nie pilnował tak bardzo swoich finansów, żeniąc się w 2002 roku z Heather Mills. Nie zadbał o intercyzę i trwające sześć lat małżeństwo kosztowało go ponad 20 milionów funtów.

Dear Friend – Paul spotkał Johna po raz pierwszy 6 lipca 1957 roku podczas lokalnego festynu w dzielnicy Woolton w Liverpoolu. Tego dnia grupa The Quarrymen, na czele której stał Lennon, grała tam dwa krótkie koncertowe sety, po których wspólny znajomy przedstawił ich sobie. Piętnastoletni wtedy Paul wyglądał jeszcze jak dziecko i John, o ponad półtora roku starszy, trzymał go na dystans. Ale tylko do momentu, gdy chłopak chwycił gitarę i zagrał swoją wersję „Twenty Flight Rock” Eddiego Cochrana, którego Lennon uwielbiał. Zespołowi, mówiąc lapidarnie, opadły szczęki. Bo oto stał przed nimi jakiś chłopaczek, który śpiewał i grał lepiej od nich wszystkich. Lepiej nawet od Johna. Kilkadziesiąt minut po tym krótkim spotkaniu John powiedział członkom The Quarrymen, że dobrze by było mieć tego gitarzystę w grupie, „choć trudno będzie utrzymać go w ryzach”. Paul dołączył do zespołu 18 października tego samego roku.

Ale równie ważne jak wspólne granie było to, że Paul i John natychmiast odnaleźli wspólny język. Łączyła ich muzyczna pasja – potrafili jechać razem na drugi koniec miasta, bo podobno ktoś tam w małym sklepiku wypatrzył album, którego jeszcze nie mieli. Śledzili wspólnie rozgłośnie radiowe, by wyłapać nowe rock'n'rollowe przeboje. Uwielbiali angielską literaturę i słowne gierki, którymi potrafili godzinami zamęczać towarzystwo, interesowali się współczesną sztuką.

A jednocześnie byli jak swoje lustrzane odbicia, szczególnie kiedy stali naprzeciwko z przewieszonymi przez ramię gitarami – praworęczny John i leworęczny Paul. Ten pierwszy –  nonkonformista skłonny do konfrontacji, inteligentny i dowcipny, ale też zdolny do agresji. Ten drugi – ułożony, spokojny, starający się, z wielkim powodzeniem zresztą, zjednywać sobie ludzi humorem i dobrymi manierami. Dwie strony tej samej monety, dwa sposoby na torowanie sobie drogi przez życie. Obaj sobie nawzajem imponowali, a jako legendarny twórczy duet Lennon/McCartney potrafili wydobyć z siebie to, co najlepsze. John hamował skłonność Paula do muzycznej słodyczy i kiczu, Paul pomagał Johnowi odnaleźć melodię i strukturę w jego pomysłach.

Kiedy 15 lipca 1958 roku, rok po tym jak się poznali, matka Johna zginęła, potrącona przez samochód, Lennon znalazł w Paulu, który stracił matkę trzy lata wcześniej, największe oparcie. Razem mogli płakać, ale przede wszystkim razem mogli przegonić smutek, grając kolejne piosenki.

Got To Get You Into My Life – to nieprawda, że piosenkę „Lucy in the Sky with Diamonds” zainspirował obrazek narysowany przez małego Juliana Lennona, co Beatlesi przez wiele lat próbowali wmówić światu. Albo to prawda tylko częściowa, bo głównym motorem nie tylko tej piosenki Wielkiej Czwórki było LSD. Kontakt członków zespołu z psychodelikami dosłownie otworzył im oczy na zupełnie nowe postrzeganie świata.

Nieprawdą też jest, że po raz pierwszy dał im zapalić marihuanę Bob Dylan. The Beatles od samych swoich początków „palili zioło”. Faktem jest natomiast, że Liverpool i okolice nigdy nie był miejscem znanym z wysokiej jakości marihuany i dopiero ta, którą zapalili z legendą muzyki folkowej, przyniosła pożądane efekty.

McCartney nie przepadał, czego nie można powiedzieć o Lennonie, za twardymi narkotykami. Natomiast paleniu jointów pozostał wierny. W latach 80. muzycy i producenci, z którymi pracował, skarżyli się wręcz, że Paul za często robi przerwy w sesjach i zamyka się w swoim biurze.

Kiedy w „Got To Get You Into My Life” McCartney śpiewa „Ooh, then I suddenly see you, Ooh, did I tell you I need you every single day of my life” to nie śpiewa o żadnej dziewczynie, tylko właśnie o mariuhuanie. Którą notabene bardzo lubił palić z Lindą.

Helter Skelter – utwór, który wielu krytyków uważa za inspirację do powstania wszystkich odmian ciężkiego rocka z heavy metalem na czele. Ale nie napisał go uważany powszechnie za awangardzistę i rewolucjonistę Lennon, tylko właśnie ten spec od „kiczowatych miłosnych piosenek”, McCartney.

Ale też on pokazał przyjacielowi, co to znaczy naprawdę dobrze grać i śpiewać, to on nie bał się eksperymentów w studiu. McCartney, zainspirowany twórczością Stockhausena, pokazał Johnowi, jak robić dźwiękowe kolaże przy użyciu taśm. Technikę tę wykorzystali potem Beatlesi, tworząc słynne i przełomowe „Tomorrow Never Knows”, czy „Revolution 9”.

Paul na bieżąco był też z filmową awangardą – sam kręcił filmy krótkometrażowe, które lubił pokazywać zmieszanym gościom, m.in. Michelangelo Antonioniemu, w domu przy Cavendish Road 7. Nieustająco szukał nowych zespołów i brzmień. Tragiczna śmierć Lennona utrwaliła jego wizerunek jako poszukującego artysty w opozycji do konserwatysty McCartneya, ale jeśli chodzi o wytyczanie nowych dróg, to Paul nie wcale nie był gorszy.

Komm, gib mir deine Hand – niemieckojęzyczna wersja jednego z pierwszych wielkich przebojów Liverpoolczyków: „I Wanna Hold Your Hand”. Bez niemieckiego epizodu The Beatles byliby zupełnie innym zespołem. Wyprawa pięciu (na perkusji Pete Best, na basie Stu Sutcliffe plus Paul, John i George) nastolatków do Hamburga, by grać tam nawet ośmiogodzinne maratony z własnymi wersjami rock'n'rollowych przebojów, nieprawdopodobnie ich zahartowała. Zyskali na muzycznych umiejętnościach, wokalnym zgraniu (przecież nie mogła przez te kilka godzin śpiewać tylko jedna osoba) i zhardzieli. Bo trzeba było mieć naprawdę twardą skórę, żeby znosić granie do kotleta dla pijanych Niemców, rzucających w stronę sceny niewybredne uwagi. Nie bez znaczenia było też to, że sami wlewali w siebie olbrzymie ilości alkoholu i często występy kończyli mocno nieprzytomni.

Żeby pojechać do Hamburga, Paul musiał poprosić o zgodę ojca, a co gorsza, porzucić Liverpool Institute, jedno z najlepszych liceów w mieście. Jak się okazało, Jima wcale nie było tak trudno przekonać do szalonej, wydawałoby się, eskapady nastolatków. Wystarczyło, że dowiedział się o tygodniowej stawce za występy – Paul miał dostawać 20 funtów – która była wyższa niż jego pensja. Na miejscu okazało się, że z pieniędzmi jest problem, a w dodatku muzycy zakwaterowani zostali w koszmarnych warunkach. Ale dla nich liczyło się wtedy tylko jedno – możliwość wspólnego grania.

To w Hamburgu spotkali Astrid Kirchner, która zachwycona ich energią i Stu Sutcliffem, postanowiła zrealizować Beatlesom pierwszą sesję zdjęciową. Jako że była studentką tamtejszej Akademii i zajmowała się na uczelni fotografią, można powiedzieć że była to sesja prawie profesjonalna. Dziewczyna zaproponowała muzykom również nowe fryzury, które bardzo przypadły im do gustu.

Do Anglii wrócili odmienieni pod każdym względem. Nowe umiejętności, nowa energia, nowy styl. To wszystko udało się wiernie uchwycić na debiutanckim albumie The Beatles, nagranym w 12 godzin – tak jakby grali kolejny koncert w Hamburgu – „Please, Please Me”. Płyta, wydana w 1962 roku, uważana jest do dziś za jeden z najważniejszych i najlepszych debiutów w historii; zapoczątkowała nowe zjawisko w światowej popkulturze – beatlemanię.

Maybe I'm Amazed – wielki hit Paula z jego pierwszej solowej płyty wydanej w 1970 roku, jeszcze przed premierą „Let It Be”, ostatniej płyty The Beatles. McCartney nagrał ją sam, jeśli nie liczyć kilku wokali w tle zaśpiewanych przez Lindę, od roku będącą jego żoną. I to ona właśnie była inspiracją dla tej miłosnej piosenki zagubionego muzyka.

Poznali się w 1967 roku, gdy Linda Eastman przyjechała zrobić Beatlesom zdjęcia. Po kilku rozmowach coś między nimi zaiskrzyło i przy różnych okazjach spotykali się jeszcze kilka razy, a od 1969 stali się wręcz nierozłączni. „Spotkałem wcześniej wiele dziewczyn, ale ona była prawdziwą kobietą” – wspominał później Paul.

Linda pojawiła się w jego życiu w bardzo trudnym dla niego okresie. Beatlesi właśnie przestawali istnieć i Paul nie bardzo wyobrażał sobie swoją przyszłość bez zespołu. Ona pokazała mu, że życie trwa dalej. Nie tylko stworzyli razem dom, ale także nową muzyczną grupę – Wings. I choć McCartney wielokrotnie był krytykowany za to, że trzyma przy sobie tak słabego muzyka jak Linda, było to dla niego niezwykle ważne. Zespół był jak rodzina, a on był jej głową.

Razem ruszali w trasy koncertowe, prowadzili dom na wsi, wychowywali czwórkę dzieci,  a także aktywnie promowali wegetarianizm (Linda napisała kilka książek o wegetariańskiej kuchni). Z tego ostatniego powodu „Maybe I'm Amazed” pojawiło się w odcinku słynnych Simpsonów, w którym  Lisa przechodzi na wegetarianizm.  

Byli ze sobą do samego końca, czyli do 17 kwietnia 1998. Tego dnia Linda przegrała walkę z rakiem.

Ob-la-di Ob-la-da - 42 godzin nagrań i nieskończonej liczby poprawek wymagało powstanie ostatecznej wersji tej piosenki. To więcej czasu niż zajęło Beatlesom nagranie całej ich debiutanckiej płyty uważanej za kamień milowy w historii muzyki rockowej. Podczas sesji do albumu „The Beatles”, zwanej „Białym albumem”, perfekcjonizm McCartneya dał znać o sobie z całą siłą. Zamęczał wręcz Johna, George'a, Ringa i obsługę techniczną dopracowywaniem najmniejszych szczegółów, tak by idealnie pasowały do jego wizji.

Z trudem znosił to Lennon, który coraz częściej przychodził do studia pijany bądź naćpany i wkurzony bezładnie uderzał w klawisze pianina. Harrison czuł się nie jak członek zespołu, ale muzyk sesyjny, mający grać, co mu się każe. A Starr któregoś dnia po prostu wyszedł ze studia, trzaskając drzwiami. Podczas jego nieobecności ścieżki perkusji nagrywał oczywiście Paul, ale jednocześnie to też on przekonał Ringa do powrotu. Kiedy perkusista pojawił się w studiach przy Abbey Road, jego instrument obsypany był kwiatami.

Łatwego życia z McCartneyem nie mieli też producenci. Kiedy Hugh Padgham, producent pracujący m.in. z Davidem Bowie, krytycznie wyraził się o efektach pracy Paula, ten odpalił: „Ile miałeś w karierze piosenek na pierwszych miejscach list przebojów?”.

Sgt. Pepper and The Lonely Hearts Club Band – to Paul McCartney wymyślił Sierżanta Pieprza i jego zespół z Klubu Samotnych Serc. Kolegom z The Beatles, zmęczonym niewiarygodną sławą, niezdrowym uwielbieniem fanów oraz ciągłą presją oczekiwań, przedstawił pomysł rewolucyjny: „Możemy przestać być nami, możemy zostać tandetną orkiestrą przygrywająca na wieczorkach samotnych serc, a to pozwoli odzyskać nam utraconą wolność”. To ukrycie się za maską i robiącym świetne wrażenie we wkładce do płyty kostiumem pozwoliło po raz ostatni w historii Fab Four na naprawdę wspólne tworzenie i granie. 

Ton pracom, jak zresztą bardzo często w drugiej połowie istnienia The Beatles, nadawał Paul. Po raz pierwszy pełnił wręcz rolę nieformalnego producenta płyty. Lennon przyznał po latach, że przechodził wtedy bardzo trudny okres i oddał inicjatywę przyjacielowi. Ale to kompozycja Johna zamyka płytę. Kompozycja przez wielu uważana za największe arcydzieło w historii liverpoolczyków – „A Day In Life”.

The Beatles na „Sgt. Pepper And The Lonely Hearts Club Band” połączyli nowoczesność z tradycją; wodewilowe elementy, które mógłby grać na swoim pianinie Jim McCartney, z potężnie brzmiącymi gitarami, które zachwyciły Jimiego Hendrixa; surrealistyczne teksty opiewające LSD z obyczajowymi obrazkami z życia ówczesnej Anglii; rockowe instrumentarium z orkiestrą. Wtedy to była rewolucja. Dziś to w dalszym ciągu jedna z najlepszych płyt w historii. I triumf muzycznej wyobraźni McCartneya.  

Yesterday – ta piosenka przyśniła się Paulowi pewnej nocy w 1963 roku w domu Asherów. Obudził się i natychmiast pobiegł do pianina, żeby przypadkiem ta melodia nie przepadła. Jakby to w ogóle było możliwe. Zanim zrobiło się jasno, pierwsza wersja „Yesterday” była gotowa. Ale zanim trafiła na płytę „Help”, minęło trochę czasu. Jakby Paul nie był pewny tej piosenki, jakby sam nie wierzył, że mógł ją napisać 21-letni chłopak. W obawie przed nieświadomym plagiatem – bo nawet dla niego w chwili powstania utwór ten już brzmiał jak klasyka – grał ją różnym osobom przy różnych okazjach i pytał, czy nie znają tej melodii, czy jej skądś nie kojarzą.

Po raz pierwszy wykonał ją publicznie na początku 1964 w Paryżu, gdy do hotelowego apartamentu Beatlesów wpadli nad ranem znajomi muzyków. Paul jako jedyny trzeźwy siedział już przy pianie i grał właśnie „Yesterday”, niesłychanie smutny i piękny utwór, jeszcze z absurdalnym tekstem. Jedną z osób słuchających wtedy Paula był wydawca Wielkiej Czwórki Dick James, który zapytał tylko, czy nie ma raczej jakiegoś kawałka, w którym dobrze brzmiałoby „yeah, yeah, yeah”. McCartney wiedział, że ta piosenka musi jeszcze poczekać.

Ostatecznie trafiła na płytę „Help”, a Paul nagrał ją bez udziału innych Beatlesów. Towarzyszył mu tylko George Martin, który zaproponował, żeby do akustycznej gitary dołączył kwartet smyczkowy. Napisany i nagrany przez McCartneya numer był oczywiście na albumie podpisany przez spółkę Lennon/McCartney i to właśnie takie piosenki sprawiały, że Paul przez długie lata żałował, że zgodził się na ten układ.

„Yesterday” do dziś przez wielu fanów uważane jest za jedną z najbardziej klasycznych piosenek o utraconej miłości, ale dla Paula był to utwór opowiadający raczej o stracie matki.

Zenith – to wyjątkowo nie tytuł piosenki napisanej przez McCartneya, ale nazwa akustycznej gitary, którą Paul dostał od ojca po śmieci matki. Na punkcie tego instrumentu całkowicie zwariował, nie rozstając się z nim nigdy. Miał go ze sobą przy kuchennym stole, w łazience i zasypiając w łóżku. Grał na nim cały czas, ucząc się ulubionych kawałków z radia.

Kontakt z gitarą, i oczywiście widok grającego ojca, obudził w Paulu zainteresowanie innymi instrumentami; szybko zaczął uczyć się gry na pianinie, trąbce i na perkusji. Bez tego Zenitha nie nauczyłby się grać tak dobrze, by zaimponować The Quarrymen i Lennonowi. Strach pomyśleć, jak wtedy potoczyłaby się historia. 


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.