Arystokracja innowacji
Kolaż Jennifer Chan z filmu „*A Total Jizzfest*”

Arystokracja innowacji

Jakub Dymek

Nowa książka Waltera Isaacsona, „Innovators”, opisuje nieoczywiste i barwne losy ludzi, którzy stali za wynalezieniem komputera

Jeszcze 3 minuty czytania

Początki historii komputera można porównać do losów pewnego portretu – przyznajmy, z dzisiejszej perspektywy dość kiczowatego – który robił furorę na salonach XIX-wiecznego Londynu. Portret przedstawiał Josepha-Marie Jacquarda, znanego dziś i wtedy światu jako pomysłodawca maszyny Jacquarda – krosna z mechanizmem przesmykowym, który pozwalał na przeplatanie pojedynczych nici według zaplanowanego wzoru. Kluczem były karty dziurkowane, które programowały ruchy maszyny tak, aby nici trafiały w odpowiednie miejsca w odpowiedniej kolejności. Wynalazek, który pozwalał zautomatyzować proces tkania i dać konkurencyjną przewagę na istotnym rynku Francuzom nad Brytyjczykami, został z miejsca uznany za rewolucję, a sam Napoleon od razu nagrodził Jacquarda i całe miasto Lyon za ten wkład w myśl techniczną. Nic dziwnego, że wkrótce Jacquard trafił na portrety.

Ten, o którym mowa, był szczególny, bo wykonany tą samą techniką, którą francuski wynalazca dał światu – wizerunek Jaqcuarda i jego słynnej maszyny nie został namalowany na płótnie, ale powstał jako wyjątkowo skomplikowana tkanina, uwieczniająca wynalazcę i dająca pokaz sprawności jego dzieła. Rozparty na krześle Jacquard wisiał w salonie Charlesa Babbage’a – angielskiego matematyka i orędownika stworzenia maszyny liczącej. Babbage lubił pytać swoich gości, z czego wykonany jest portret, by później zaintrygowanym wyjaśniać potencjał, jaki drzemie w programowaniu urządzeń, aby wykonywały operacje zbyt skomplikowane dla człowieka. Część z nich uwiódł, część jedynie przelotnie zainteresował. Nigdy jednak nie porzucił idei maszyny analitycznej, której powstanie zawdzięczał Jacquardowi. 

Okładka książki Waltera Isaacsona, Walter Isaacson, „Innovators”.
Simon & Schuster, 2014
Byli tacy, których ta idea porwała równie mocno jak samego Babbage’a. Na szczęście dla niego samego i historii komputera, miłością do maszyny analitycznej zapałała także Ada Lovelace. Ada miała wątpliwy przywilej bycia córką lorda Byrona i gdy po raz kolejny słyszała o skandalach obyczajowych z udziałem ojca, podjęła postanowienie, że odziedziczonych po ojcu zdolności nie zainwestuje w próżną poezję. Mając talent do matematyki i analitycznego myślenia, postanowiła zająć się „poetyczną nauką” (poetic science). Lovelace wierzyła, że język liczb nie musi opisywać jedynie zależności matematycznych. To ona wpadła na pomysł, że jeśli za pomocą liczb można wprowadzić do maszyny jakąś formę opisu świata – na przykład formułę matematyczną – a maszyna będzie potrafiła ją zdekodować i podjąć adekwatne działanie na jej podstawie, to nic nie stoi na przeszkodzie, by w języku liczb zaprogramować maszyny bardziej twórczo. Stąd pierwszy nowoczesny pomysł na komputer – maszynę, która będzie zdolna wykonywać nieskończenie wiele operacji, w zależności od tego, jaki komunikat dostarczy jej operator czy operatorka. Uniwersalny język matematyki był do tego idealnym narzędziem, ograniczonym jedynie do swojego pola naukowcom brakowało jednak tego rodzaju wizji.

Ada rozwinęła intuicje Babbage’a – którego pierwsza maszyna różnicowa miała wykonywać tylko jeden rodzaj rachunków – daleko poza oryginalny horyzont, wprowadzając do użytkowej maszyny „poetyckiego” ducha. Piękna i prawdziwie rewolucyjna idea. Szkoda tylko, że w mniej poetyckim duchu Babbage i Lovelace kłócili się o możliwość podpisywania się pod poszczególnymi pomysłami i w końcu nie byli w stanie doprowadzić ich do końca. Maszyna różnicowa powstała w 1991 roku (i działała!) na bazie planów i schematów Babbage’a, maszyna analityczna według idei Lovelace nie powstała nigdy. Skonstruowano ją według nieco innych planów: musiała poczekać na kolejne pokolenia innowatorów, prąd elektryczny i II wojnę. Dziś nazywamy ją komputerem.

Tę historię opowiadam za Walterem Isaacsonem, którego nowa książka „Innovators opisuje nieoczywiste i barwne losy ludzi, którzy stali za wynalezieniem komputera – od maszyny różnicowej przez ENIACA po peceta. Rozdział o (pra)pionierach i pionierkach poza anegdotami stawia także pewną prowokującą i niezwykle ciekawą kwestię. Czy nie jest tak, że wielkie wynalazki powstają jako efekt spotkania dwóch różnych żywiołów? Fantazji i uporu, poezji i matematyki, romantycznego idealizmu i nowoczesnej empirii? Tak było przecież w przypadku nieoczywistego naukowego romansu Babbage’a i Lovelace, którego społecznym tłem było historyczne tarcie płyt tektonicznych romantyzmu i rewolucji przemysłowej.

Były to czasy, w których niezachwiana wiara w postęp i nowa świecka religia przemysłu, rynku i nauki spotykały się z duchem epoki nieco wcześniejszej, gdy poeci i malarze zajęci byli obojętnym wobec mdłej i przyziemnej teraźniejszości duchem i jego skrajnymi porywami. Filozofowie może jeszcze nie chcieli zmieniać świata, ale na pewno podpowiadali, że da się jego prawa poznać i okiełznać. Gdy zaiskrzyło między tymi różnymi wersjami wczesnonowoczesnego humanizmu, całkiem dosłownie obudziły się nowe upiory – w jednej wersji bezmyślny człowiek, Frankenstein (Mary Shelley wpadła na pomysł swojej powieści z ojcem Ady, Byronem – kolejna ciekawa koincydencja), w innej zaś myśląca maszyna. To sugeruje Isaacson, pokazując na pierwszym planie dwie wybitne osoby, nieodrodne dzieci burzliwego okresu interregnum, które pozwoliło na tak rewolucyjny pomysł.

MEDIA – PRODUKTY UBOCZNE ZMIENIAJĄ NAZWĘ

Otaczające nas dziś media trudno wciąż nazywać nowymi. To media mieszane, hybrydy, które opisujemy w tym dziale już od dawna. Rozmawiamy o dzisiejszych sposobach tworzenia i kontaktu z kulturą pełną cyfrowo-analogowych mieszanek, które dawno straciły wyraźne granice.
Mamy tu aplikacje, netart, interaktywne filmy, webdoki, gry, ale i komiks, który pozostaje dla nas mieszaną formą osobną bez wdawania się w dyskusję „sztuka czy literatura?”.
Obserwujemy i staramy się patrzeć i korzystać krytycznie.

I aż chce się mu uwierzyć, ale zaraz pojawiają się pytania. Czy wystarczą tylko wyjątkowe okoliczności, które same z siebie zachęcają wyjątkowe jednostki, by dokonać naukowego i technologicznego przełomu? Czy kulturowe przesilenie romantyzmu i wschodzącej rewolucji przemysłowej miało aż tak szeroki wpływ na świat, czy jednak – jeśli w ogóle w takie przesilenie wierzyć – ograniczyło się do poszczególnych europejskich stolic i ich elit? Czy da się z całą powagą i bez popadania w hagiografię pisać o wynalazcach i innowatorach jak o artystkach i artystach – wpływających na siebie wzajemnie, tworzących jakąś wspólnotę twórczą? Mam wątpliwości.

Romantyzm „wydarzył się” nie tylko w Anglii, nie tylko w Anglii „wydarzyła się” rewolucja przemysłowa. Maszyna różnicowa Babbage’a zmagała się z problemem, który też nie był typowo angielski. A jednak to pod panowaniem Jej Królewskiej Mości zapisał się ten rozdział w historii – a nie, dajmy na to, w Polsce. Częścią odpowiedzi na to pytanie jest docenienie innych mocy sprawczych niż tylko kultury i geniuszu. Niewątpliwie i Babbage, i Lovelace wiele zawdzięczają swojej epoce, ale sam fakt, że mogli podjąć pracę nad maszynami, był możliwy dzięki dofinansowaniu ich badań z kiesy królestwa. To, że ich notatki zachowano i odtworzono, także ma wiele wspólnego z historycznymi okolicznościami i światowym prymatem języka angielskiego. To, że o ich pomyśle pamiętamy dziś – choć za ich życia przecież wcale go nie zrealizowano – wiąże się z faktem, że na pewnym etapie rozważania Ady Lovelace stały się lekturą obowiązkową pionierów komputerowych z anglosaskiego kręgu kulturowego, a czytał je także inny matematyczny geniusz z Anglii i jeden z ojców komputera, Alan Turing. Słowem: geniusz często odkrywamy post factum, a robimy to siłą przeoczenia. Tak jak nikt nie pamięta o tym, kto wynalazł telefon przed Bellem, ale nie zdążył w porę do urzędu patentowego, tak nikt nie pamiętałby o Lovelace i Babagge’u, gdyby nie włączenie ich do wielkiej legendy założycielskiej informatyków-geniuszów. Gdy patrzy się na jednostkowy geniusz – nawet jeśli mowa o kilku, nie jednej, osobach – łatwo w jego blasku przeoczyć dużo bardziej prymitywne i brutalne siły historii, które umożliwiły genialność.

Isaacson to robi, w czym nie jest oczywiście wyjątkiem. Problem w tym, że takie postawienie sprawy zapisuje postaci historyczne do cudzej legendy. Jest anachroniczne. Gdy popkulturowe wyobrażenie o hipisie czy buntowniku z Doliny Krzemowej (Isaacson pisał wcześniej biografię Jobsa) nakłada się na losy wcześniejszych wynalazców, to i Kopernika przerabia na jakąś wersję renesansowego Zuckerberga. Ta logika może tylko umocnić naiwne i redukcyjne pojęcie o innowacjach i istotnych kulturowych i społecznych przełomach, które za nimi stoją. Liczy się dobry klimat dla innowacji (czyli właściwie co: romantyzm, rewolucja przemysłowa, druga wojna, lata sześćdziesiąte?) i iskra boża (którą jednak później musi usankcjonować także urząd patentowy, rynek i potomni). Praca fizyczna czy nawet prawo albo humanistyka to nieistotne banały w obliczu pojedynczej matematycznej formuły, która może odmienić losy świata. To wcale nie pozwala zbudować narracji prawdziwie innowacyjnej, takiej, która wywróciłaby znane od wieków schematy, a produkuje jedynie kolejne odsłony serialu o geekach, w którym obsadzane są tylko nowe osoby w różnych historycznych kostiumach.


Podobnie było z niedawnym filmem „Gra tajemnic [The Imitation Game], o innym pionierze technologii. Alan Turing na ekranie buduje właściwie w pojedynkę (co jest, swoją drogą, historyczną nieprawdą) maszynę liczącą, która pozwala mu złamać kod Enigmy, wbrew dużo bardziej staromodnym kolegom z brytyjskiego zespołu szyfrantów w Bletchley Park. Na pierwszy plan wysuwają się problemy Turinga z tożsamością seksualną, wyalienowanie z grupy towarzyskiej, ekscentryzm – cały stereotyop wybitnego naukowca, osobowości biograficznie wręcz skazanej na geniusz – wielkie dzieła nie bywają przecież udziałem zwykłych ludzi. Filmową biografię Turinga niewiele dzieli od hollywoodzkiej sztampy o superbohaterze, który rzutem na taśmę ratuje świat. W skądinąd świetnym serialu „Manhattan” grupa naukowców pracuje nad budową bomby atomowej. W zespole znajdzie się miejsce i dla kobiety, i dla Azjaty, a wszystkich połączy wielkie dzieło przyspieszenia końca wojny. I choć serial ukaże uprzedzenia i nierówności swojej epoki, włącznie z wyzyskiem i koszmarnymi warunkami pracy dziesiątek tysięcy ludzi również budujących bombę, tylko na nienaukowych pozycjach, to wciąż pozostanie opowieścią o nowej arystokracji. O arystokracji umysłu. Tak jak książka Isaacsona, której przekaz daje się czasem sprowadzić do tautologicznej formułki „geniusz to geniusz”.

Istnieje olbrzymi opór przed opowiedzeniem historii nowoczesności – tu: na przykładzie jej najbardziej emblematycznego wynalazku – w uniwersalny sposób. Ahistoryczny portret innowatora jako samotnego geniusza przeciwko światu przebije się wszędzie, przybierając raz maskę Steve’a Jobsa, a raz Ady Lovelace. Nie dopuszczamy do siebie myśli, że być może ktoś na Półwyspie Arabskim albo na antypodach mógł mieć równie wielki wkład w rozwój świata, „naszego” świata. Wynalazki nie miewają czarnej lub żółtej twarzy, choć – rzeczywiście – coraz częściej mają twarz kobiecą. Nie chcemy myśleć, że postęp technologiczny może mieć mroczny rodowód – Trzecia Rzesza również bywała innowacyjna, a masowe wejście na rynek pracy kobiet w zachodnich demokracjach było możliwe tylko dzięki wojnie. A wyjątki od reguły (jak kobiety-wynalazczynie) na siłę próbujemy dopisać do narracji o emancypacji, jak gdyby seksistowska i mizogińska kultura nauki lat 30. i późniejszej wojny rzeczywiście stworzyła pod nią grunt. To, co uznajemy za technologię sensu stricto, też musi być z definicji nasze – indywidualistyczne, rynkowe, w wąskim sensie utylitarne dla społeczeństwa późnego kapitalizmu. Nawet najlepszy wynalazek Trzeciego Świata – choćby o największym znaczeniu dla milionów ludzi – nie może równać się z liczydłem, Enigmą i Facebookiem. Bo to one są naszą historią.

Tak też ją opisujemy, a pełna anegdot i fachowej wiedzy książka Isaacsona jest kolejnym przewodnikiem po historii egoizmu arystokracji umysłu.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.