Maksimum radości
fot. Adam Furtak

14 minut czytania

/ Muzyka

Maksimum radości

Rozmowa z Grzegorzem Kwiatkowskim

Nie chcemy w żadnym wypadku być zespołem politycznym. Czasem nawiązujemy do „Shoah” Lanzmanna, czasem piszemy jednak o czymś zupełnie intymnym, prywatnym – mówi Grzegorz Kwiatkowski z zespołu Trupa Trupa

Jeszcze 4 minuty czytania

MATEUSZ WITKOWSKI: Dziennikarze niemal zawsze poruszają w wywiadach z tobą trudne i wielkie tematy: II wojna światowa, sztuka, demokracja. Nie masz czasem ochoty porozmawiać o głupotach?
GRZEGORZ KWIATKOWSKI:
Coś w tym jest, też mnie to trochę uwiera. Prywatnie jesteśmy zwyczajnymi, dosyć radosnymi ludźmi, uwielbiamy się bawić, rzucać absurdalne żarty. W zespole panuje raczej pythonowski klimat. Z tym wszystkim miesza się jednak pesymizm i grobowy ciężar, który jest chyba w muzyce Trupy Trupa. Nasze czasy są odrobinę podobne. Horror i prawdziwy dramat mieszają się z absurdem, radością i nonsensem. 

Media pokazują was jednak tylko z jednej, historyczno-politycznej strony.
Jesteśmy z Gdańska, a płyty wydajemy na ogół we wrześniu, to zobowiązuje. Mówię często, że Trupa Trupa ma duże szczęście do nieszczęścia. Jednak tym razem wydaje mi się, że to ma związek z czymś jeszcze, a mianowicie z ogromną tragedią, jaką była śmierć Pawła Adamowicza. Zadedykowałem nasz koncert na SXSW (festiwalu organizowanym w teksańskim Austin – przyp. MW) prezydentowi. To był gest empatii, współczucia i oczywiście protest przeciwko przemocy i mowie nienawiści. Ale protest spontaniczny. Byliśmy jako zespół w szoku.


Na „Of the Sun”, waszym najnowszym albumie, pojawia się utw
ór „Remainder” z tekstem „It did not take place”, który można natomiast traktować jako krytykę wymierzoną w osoby negujące Zagładę.
Wiele osób, które znam, też tak to odbiera. Jednak autor tekstu i wokalista Wojtek Juchniewicz interpretuje to inaczej. Trupa to zespół złożony z czterech osób o różnych poglądach, a naszym ideałem jest wielogłos interpretacyjny. „Remainder” można czytać w kontekście historii przez duże „H” lub traktować jako zapis traum rodzinnych albo po prostu nic nieznaczącą anegdotę, zlepek słów, przyśpiewkę. Nie chcemy w żadnym wypadku być zespołem politycznym – kochamy Fugazi, ale nie jesteśmy aż tak radykalni (śmiech). Czasem nawiązujemy do „Shoah” Lanzmanna, jak w wypadku „Never Forget” z „Jolly New Songs”, czasem piszemy jednak o czymś zupełnie intymnym, prywatnym. Powiedziałbym, że uprawiamy pewien rodzaj „ciemnej poezji”.

Uważasz w ogóle Trupę za zespół rockowy?
Trudne pytanie. Chyba żaden z nas nie przepada za tą etykietką. Nie możemy jednak przeczyć faktom: mamy dwie gitary, bas, perkusję, wokale. Jest to pewnie jakiś tam rodzaj naszego wsobnego rocka. Raczej się nad tym jednak nie zastanawiamy. Idealna sytuacja jest dla mnie taka, gdy widz lub słuchacz sam decyduje, co zrobi z danym zespołem i z daną piosenką, podejmie się własnej interpretacji. Dlatego tak topornie wychodzi mi ostatnimi czasy tłumaczenie się. Kiedyś byłem bardziej skory do takiego autodefiniowania. A teraz wydaje mi się, że to wszystko niepotrzebnie wpływa na odbiór.


Pojawiają się głosy, że zainteresowanie Trupą za granicą wynika z tego, że polskość jest dla tamtejszych odbiorc
ów czymś egzotycznym. Wy sami się od tego odżegnujecie. Mam jednak wrażenie, że zespół taki jak wasz mógł powstać wyłącznie u nas.
Absolutnie się zgadzam. Jeszcze rok temu powiedziałbym pewnie, że nie masz racji, ale dziś wiem już, że tego typu grupa: dość kontrastowa, nieco karykaturalna, wsobna, nie narodziłaby się raczej w Stanach czy w Anglii. Polska jest naprawdę absurdalnym miejscem. Jak wytłumaczysz komuś z zewnątrz, że co roku hucznie świętujemy przegrane powstanie, w którym zginęło kilkaset tysięcy osób? Myślę, że te wszystkie wielkie i złe wydarzenia w rodzaju zaborów, wojny czy komunizmu sprawiły, że jesteśmy naprawdę wybitnie absurdalni i poturbowani. Pytanie brzmi: co z tym zrobić? Wydaje mi się, że hołdowanie roszczeniowości i resentymentom albo prężenie muskułów i pokazywanie zębów to nie są najlepsze pomysły na poradzenie sobie z takim spadkiem.

Ta polska niezborność jest w takim razie waszą siłą?
Radzimy sobie w każdych warunkach, wszelkie problemy i awarie działają na nas jak świeże powietrze. Naszym atutem jest właśnie to „połamanie”, liczne potknięcia, nieco improwizowany charakter naszej działalności. Wydaje mi się, że ta umiejętność szybkiego poruszania się po gruzach, w absurdalnych warunkach ściśle wiąże się z naszym krajem. Ale to tylko moje zdanie, a poza tym jest wiele ważniejszych spraw, które wpłynęły na naszą twórczość – na przykład muzyka anglojęzyczna, Beatlesi, Velvet Underground, Sonic Youth itd. Nie samą Polską człowiek żyje.


Co masz na myś
li, mówiąc o „potknięciach”? Wasza kariera rozwija się raczej w dość równomiernym tempie.
Rok temu, podczas SXSW, spalił mi się piec. Ktoś ze słuchaczy przyniósł nam swój sprzęt, zagraliśmy ekspresowy koncert, krótszy o połowę. Widzowie i krytycy byli zachwyceni. Na tym festiwalu pojawia się co roku kilka tysięcy zespołów z całego świata i dzięki temu przyspieszonemu, agresywnemu występowi trafiliśmy do zestawień najlepszych koncertów według „Rolling Stone’a”, „Chicago Tribune” i innych (śmiech). W tym roku zdarzyło się niemal to samo: psuła mi się gitara, byłem wściekły, uznałem, że zagram najmocniej, jak się da. I wyszło jeszcze lepiej niż poprzednio. Staramy się przekuwać te niedostatki w atuty. Nasza sala prób jest bardzo uboga i partyzancka, ale nie wiem, czy nie radzilibyśmy sobie dużo gorzej, gdybyśmy mieli do dyspozycji jakieś nowe, świetnie wyposażone pomieszczenie.

Wasz nowy album wydaje się dość mało przystępny, choć niemal spod każdej kompozycji wyziera chwytliwa melodia, przykryta hałasem i psychodelią. Chyba nie zależy wam na sukcesie w tradycyjnym rozumieniu tego słowa?
Myślę, że nigdy nie będziemy naprawdę profesjonalnym zespołem zarządzanym przez menadżerów, mającym określony plan, marzącym o realnym komercyjnym sukcesie itd. Po prostu się do tego nie nadajemy. Moje ulubione postaci to Brian Fitzgerald z „Fitzcarraldo” i tytułowy bohater „Stroszka” Wernera Herzoga. To lunatycy, którzy żyją jakimś swoim snem i na koniec przegrywają. Nie do końca jednak: bo całe to marzycielstwo jest tak naprawdę ich zwycięstwem. Zdolność lunatykowania i izolacja w pewnym sensie impregnują, chronią przed złym światem zewnętrznym.

Tym razem nagrywaliście jednak w bardzo komfortowych, profesjonalnych, zupełnie „realnych” warunkach.
Grzegorz Kwiatkowski, fot. Renata DąbrowskaGrzegorz Kwiatkowski, fot. Renata DąbrowskaTo prawda, dostaliśmy worek pieniędzy z nieba i musieliśmy je wydać. Dlatego też nowy album zarejestrowaliśmy w studiu CUSTOM34, które było świetnie wyposażone, sterylne itd. Przyznam, że nie byłem z tego powodu zachwycony, wręcz bardzo się tego obawiałem. Na miejscu okazało się, że całe otoczenie działa na mnie przygnębiająco, paraliżująco i po prostu lepiej czuję się w naszej sali prób na Grodzkiej w Gdańsku. Zatem mój wkład w ten album to ładunek emocjonalny pod tytułem: udaję wesołość i spokój, a tak naprawdę czuję się bardzo niekomfortowo. I myślę, że jest to słyszalne na „Of the Sun”. Uważam to za kolejny nieszczęśliwy i w efekcie szczęśliwy artystycznie wypadek.

Nie ulega wątpliwości, że sporo na „Of the Sun” pesymizmu i nicości odmienianej przez różne przypadki. W „Dream About” śpiewasz: „no one, no way, no one, nowhere I dream about”.
Te „nowhere teksty” są zwykle wyśpiewywane pod nosem, ot tak, w trakcie prób, ale koniec końców dochodzi się czasem dzięki temu do językowego i psychologicznego muru. Dlatego nazywam nas czasem „Samuel Beckett’s Lonely Hearts Club Band”. To oczywiście żart, ale podszyty prawdą. „Of the Sun” to moim zdaniem płyta o czasie i pustce, ale i płyta tradycyjnie piosenkowa. Innymi słowy, te nowe kompozycje udają zwyczajne piosenki, albo nawet „udają, że udają”. Gdy wchodziliśmy do studia, wydawało się nam, że nagrywamy słoneczną płytę, ale efekt finalny to najwyraźniej maksimum radości, na jakie nas stać (śmiech).

Staracie się poprzez piosenki egzorcyzmować jakoś wspomnianą nicość, to rodzaj terapii?
Chyba nie mamy tak naprawdę żadnego celu. Jestem zwolennikiem staromodnego poglądu, że w sztuce chodzi o prawdę, i te pojedyncze słowa rzucane od niechcenia są pewnie jakąś prawdą o nas. Nie zakładamy jednak, że teraz nagramy bardzo smutną płytę, następnym razem trochę mniej smutną itd. Swoją drogą, Stuart Berman z Pitchforka odczytał „Dream About” jako piosenkę optymistyczną i to też jest fajne. Ta różnorodność wynika pewnie również z tego, że nie mamy w zespole instytucji lidera.

W wywiadzie dla magazynu „Skug” pojawiło się sporo wątków związanych z sytuacją polityczną w naszym kraju. Mówiłeś wtedy o działaniu, o stawianiu oporu.
Redaktorzy „Skug” to nasi serdeczni, ale i szalenie rozpolitykowani przyjaciele, którzy wszelką sztukę odbierają jako gest polityczny. Znam trochę Austrię, byłem kilka razy na rezydencjach pisarskich w Wiedniu i Grazu, zawsze uważałem ten kraj za niepokojąco brunatny, nie do końca zdenazyfikowany, zakłamany. Zatem jestem w stanie ich zrozumieć. Zresztą podczas koncertu Trupy w Wiedniu powiedziałem między piosenkami, co sądzę o osobach negujących Holokaust. Austria to wciąż mroczny teren.

To znaczy?
Na przykład w dzielnicy Grazu – Liebenau – znajdował się obóz koncentracyjny i do dziś nie znajdziesz tam ani jednej wzmianki na ten temat. To samo tyczy się tamtejszej Akademii Medycznej. Doktor Mengele wysyłał tam podczas wojny szkielety i rozmaite medyczne preparaty, one tam nadal leżą, ale nikt się do tego nie przyznaje. Próbowałem się z nimi kontaktować. Zaprzeczali, ale po latach sprawa i tak wyszła na jaw.


Sk
ąd ta zmiana postawy? Mam na myśli tak bezpośrednią konferansjerkę podczas koncertu.
To było dość spontaniczne działanie. Niemniej zawsze szokowali mnie ludzie, którzy mówią coś złego w sposób zupełnie beztroski, normalny. Albo inaczej: którzy traktują zło jako coś dobrego. Każdy ma swoją ciemną i jasną stronę, ale wydaje mi się, że coraz więcej ludzi jest dumnych z posiadania pierwszej z wymienionych. I nie chodzi tylko o światowych liderów, Donald Trump tak naprawdę wyraża jedynie ducha czasu. I to jest przerażające. W listopadzie w Biurze Literackim ukaże się moja książka „Karl-Heinz M.” i wydaje mi się, że te wiersze – na miarę swoich możliwości – stawiają opór złu, przynajmniej mam taką nadzieję. 

No dobrze, to jest ta „poezja, która ocala”. Z piosenkami Trupy jest twoim zdaniem podobnie?
Właściwie to wszystko jest w pewnym sensie moralistyką. Na albumie „++” znalazł się utwór „I Hate”, w którym wchodzimy poniekąd w rolę przepełnionego nienawiścią mordercy, aby odnieść się krytycznie do tej postawy. Jeśli ukazujemy zło w odpowiednim świetle, to moim zdaniem staje się ono bezbronne i można je w jakimś sensie zdemitologizować.

Koncerty Trupy Trupa

6 listopada – Warszawa, Pogłos, 7 listopada – Poznań, Meskalina, 8 listopada – Gdańsk, Drizzly Grizzly, 9 listopada – Wrocław, D.K. Luksus, 10 listopada – Kraków, Klub RE, 11 listopada – Koszyce, Słowacja, 27 listopada – Tourcoing, Francja, 28 listopada – Nyon, Francja, 29 listopada – Bazylea, Szwajcaria, 30 listopada – Winterthur, Szwajcaria, 2 grudnia – Brighton, UK, 4 grudnia – Glasgow, UK,
5 grudnia – Leeds, UK, 7 grudnia – Nijmegen, Holandia, 9 grudnia – Kopenhaga, Dania, 11 grudnia – Groningen, Holandia, 10–12 stycznia 2020 – Bognor Regis, Rockaway Beach Festival, UK

Więcej informacji na stronie zespołu.

I obezwładnić?
Mam nadzieję. Swoją drogą, nagrywaliśmy tę płytę w jedynej ocalałej gdańskiej synagodze, co w pewnym sensie nadaje całości dodatkowy kontekst. Od dawna obserwowaliśmy więc tę ciemną stronę. Nie chcę jednak zrównywać swojej poezji i działalności Trupy. Podkreślam na każdym kroku, że to wypadkowa czterech różnych osobowości, a nie Grzegorz Kwiatkowski i towarzyszący mu muzycy. Rafał, Wojtek lub Tomek na pewno patrzą na to inaczej.

Zainteresowanie ze strony zagranicznych mediów, słuchaczy i organizatorów festiwali to dla was raczej błogosławieństwo czy przekleństwo? Zawsze miałem was za zespół bardzo kameralny, intymny, któremu nie do twarzy z koncertami na dużych imprezach itd.
Sam zadaję sobie pytanie: czy to nie zniszczy zespołu? Ale już fakt, że o to
pytamy, znaczy, że chcemy być w dalszym ciągu tą samą grupą. Rzeczywiście, najbardziej lubimy grać małe kameralne koncerty, ale często rzeczy, których nie lubimy, przynoszą coś dobrego (patrz: nasze szczęście do nieszczęścia). Tak było podczas tegorocznego koncertu na OFF Festivalu, z którego zarówno my, jak i większość dziennikarzy oraz zwiększająca się z minuty na minutę publiczność byliśmy zadowoleni. Inne, profesjonalne zespoły przy tego typu notowaniach prasowo-festiwalowych pojechałyby pewnie w dwuletnią zagraniczną trasę, zdobywały krok po kroku nowych słuchaczy itd. My, owszem, testujemy nowe ścieżki i coraz ciężej pracujemy, ale naprawdę robimy to dość ostrożnie – tak aby nie zniszczyć tkanki zespołu.


Nie masz wrażenia, że zaprzepaszczacie w ten spos
ób szansę, która nie trafiła się już dawno żadnemu z polskich zespołów gitarowych?
Nie, zawsze możemy wrócić do sali prób i grać dla samych siebie. Każdy ma jakiś tam swój ogródek i moim zdaniem powinien go po protestancku pielić i o niego dbać. A to, co mu wyrasta, to mu wyrasta. W każdym razie nie możemy narzekać. W zespole panuje przyjaźń, jesteśmy zadowoleni z trzech ostatnich płyt, mamy szczęście pracować z Michałem Kupiczem oraz wspaniałymi wytwórniami i agencjami koncertowymi. Dalej działamy jednak na zasadzie do it yourself. Jest naprawdę w porządku.

No i jednak wyszedł nam wywiad o poważnych rzeczach.
Moralistyka i przechwalanka – czyli widocznie czysta opcja polska, a nie żaden Zachód (śmiech).

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych)