Odwaga poskramiacza lwów
Ruthie Ann / Flickr CC

Odwaga poskramiacza lwów

Anna Marchewka

„O chorowaniu” – jeden z najśmielszych esejów Virginii Woolf – wreszcie ukazał się w Polsce. Woolf uważała, że choroba jest najciekawszym – obok miłości i zazdrości – tematem literackim

Jeszcze 2 minuty czytania

„Kiedy się weźmie pod uwagę, jak powszechnym stanem jest choroba, jak potężne zmiany duchowe niesie ze sobą, jak zdumiewające, wraz z przyćmieniem świateł zdrowia, otwierają się przed nami krainy, dotąd nieodkryte, jakie ugory i pustkowia duszy ujawnia najlżejszy nawet atak influency, (…) a kiedy wyrywamy ząb, jak schodzimy w otchłań śmierci, czując, że wody unicestwienia zamykają się nam nad głowami i budzimy się przekonani, że jesteśmy wśród chórów anielskich i niebieskich harfistów, tymczasem powracamy na powierzchnię, siedząc w fotelu u dentysty, a jego proszę wypłukać, proszę wypłukać, bierzemy za słowa powitania z ust bóstwa zniżającego się ku nam z nieboskłonu – kiedy się to wszystko weźmie pod uwagę, naprawdę dziwi, że choroba nie zajęła wraz z miłością, orężem i zazdrością miejsca pośród głównych tematów literatury”.

Virginia Woolf „O chorowaniu”, ze
wstępem Hermione Lee. Przeł. Magdalena
Heydel, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec,
48 stron, w księgarniach od stycznia 2010
Takie to – rozlewne, zuchwałe, bo wyglądające z pościeli i zaczynające z półleżenia – jest pierwsze zdanie eseju Virginii Woolf „O chorowaniu”. I rzeczywiście, dziwi, że powszechność choroby wymykała się uważnemu wzrokowi piszących. Ogniska chorobowe rzadko bywały interesujące dla literatury – może poza romantyzowanym prątkiem gruźlicy i demonizowanym nowotworem, i może jeszcze dziobami po ospie odbierającymi urodę niegodziwcom. Gruźlica, histeria, anoreksja weszły już od czasów Woolf w przestrzeń literatury, w litery lub pomiędzy nie; inne choroby szukają po omacku jeszcze i na oślep języka, by wypowiedzieć swoje imiona własne. Sanatoria pod globusem przepełnione rozgorączkowanymi, tracącymi przytomność, świszczącymi, zjadanymi, toczonymi, zanikającymi w oczach postaciami pękają w szwach – nitki chirurgicznych fastryg srebrzą się w półmroku, bo chorowanie skąpane jest w ciemnym świetle. Ich pyszny poszum zdumiałby Woolf. Czy ktoś mógłby podać słownik?

Co znaleźć można na tych dwudziestu kilku stronach? Co nowego po prawie wieku? To „jeden z najśmielszych i najoryginalniejszych esejów Virginii Woolf”, pisze autorka wstępu. Hermione Lee analizuje „O chorowaniu” tak, by pokazać, jak potężna jest ta rozlewna drobina – ciało, które choruje, zdaje się nie mieć granic; ciało, które zaległo w łóżku, obejmuje sobą przestrzenie nieobjęte dlatego, że brak mu językowych granic. Słowa ześlizgują się ze skóry, nie czepiają się jej, suną na bok, w dół. Skóra niewypowiedzianie boli. Ten ból – skóry i podskórza – niemal nie istnieje, skoro nie da się go zapisać, dookreślić, wypunktować i podać dalej jak pieśń o utracie.

Język podmienia ból ciała – kości, wątroby, żołądka, okrężnicy, jajników czy kiszki stolcowej – na ból duszy. „Wszak o grypie można by napisać całe powieści, poematy epickie o tyfusie, ody do zapalenia płuc, liryki poświęcone bólowi zębów”. Woolf schwytana w ciało jak w pułapkę postanawia wyzyskać możliwości, jakie w tym słoju tkwią; zapisać te przemiany, którym poddaje się złączony ze zmienionym chorobą ciałem duch.

Myliłby się ten, kto posądzałby pisanie chorobą za pozbawione kształtu, kto brałby je za bezmyślną pisaninę zajmującą rozedrgane palce. Esej Woolf – prawda, że dziwny i  odważny – zmusza do zajęcia pozycji innej niż ta przyjmowana przez zdrowych. To, co pokazuje Woolf, można zobaczyć tylko kładąc się. Widzisz inaczej, słyszysz inaczej. Woolf kąsa szklaną pułapkę unieważnionego ciała, z szacunkiem zwraca się ku puszce wypełnionej bólem – ulewa z niej, kropla po kropli, nazywa i suszy papierem. Woolf w „O chorowaniu” wciąż walczy – haczyk życia, na który została złapana, nie pozwala jej zastygnąć. Co ma? Ma chorowanie i z niego czyni oręż, nim napełnia pióro. Brawura Woolf polega na używaniu tego, co jest. A jest – chorowanie.

Virginia Woolf, fot. East NewsJak nadać formę jękom i wrzaskom, których ciągłe „a” nie daje się upchnąć na półkach z poezją? Pieśni pękających z bólu serc pobrzmiewają echem po pokojach, salach, korytarzach, mamrotane z cicha odrywają od lekko spoconej skóry na karku, zaczerwienionych z zimna dłoni, obdartych do krwi stóp. Kto wyśpiewa ból mięśnia pompującego krew? W jakim rytmie? Ile uderzeń na minutę? „Obdzieramy poetów z kwiatów”, pisze Woolf. Ale – chcesz? Tuż obok stoi podręcznik do anatomii.

Woolf nazywa ciało cudem i potworem, ale oba te określenia mijają się z ciałem i przechodzą mimo – umyślnie. „Tego powszedniego dramatu ciała nie spisuje nikt”. Czy jest zbyt powszechny, wytarty? Może okryty wstrętem dlatego, że zbyt natrętnie przypomina, że wszyscy umrzemy, wszyscy.

W literaturze – przynajmniej tej, której obraz wywołuje esej Woolf – to, co ludzkie jest niecielesne, a ciało jest dla człowieka więzieniem. To, że o ciele myślimy jak o ubraniu na bezmięsne i bezkostne „ja”, jest właśnie sprawką literatury. Ciało jest jak „szklana tafla”, drzwi, okno, ściana akwarium, przez które spoglądamy. Szklana kula ciała nie roztrzaskuje się w pył – nie jest gładka (jak by chciała literatura), podmienia na namiętności czucie, smaki i dotyki.

Ciało uwiera przez cały dzień, daje się odczuć nawet w nocy – paznokcie, spierzchnięte usta, burczący brzuch, przykurcz w łydce, głód, parcie na pęcherz. Trzeba wstać, uporządkować się, oczyścić, umyć, choć uwaga poświęcona ciału nie liczy się w poważnym rozrachunku. Ciało je, zużywa się, sypie łuszczącym naskórkiem na ubrania i pościel, wykoślawia buty, wystaje, uwiera – a wszystko to dotkliwie, nieładnie, nieobejmowalnie. Spróbować objąć dłońmi pękającą głowę, ścisnąć ją tak, by weszła w niebolesne formy – ból zostaje w dłoniach. Ostrożnie zanieś go na kartkę, rozsyp na klawiaturze. Bazgroły i luźne wypryski – znaki brudzące gładką powierzchnię ekranu. Woolf manifestuje nowe pisanie – nowe słowniki nowych języków chorowania, bliskiego, przewlekłego, stałego, pewnego. Odsłania nowe kształty nie uświęcając ich i nie uciekając od nich.

Woolf nie napisała „o chorowaniu” – Woolf napisała chorowanie. Kto szuka u Woolf łatwych wstrząśnień, gmerania w ciele – zawiedzie się. Manifest tej dezerterki z szeregu wyprostowanych, unieruchomionej w pozycji niby przegranej, bo poziomej, walczącej o język oczyszczony  z  „dziejstwa” – nie chlupie płynami ustrojowymi, nie strzela z kiszek. Popatruje ta dezerterka w niebo, na tych, co nad nią pochyleni, lekko z ukosa. Szuka słów uważnie. „Człowiek sam musi tworzyć słowa, brać w jedną rękę ból, a w drugą – bryłkę czystego dźwięku”. Jak brzmi „O chorowaniu”?

Woolf nie pozwala sobie na popadanie w mistykę ani na lot w transcendencję. Leży tu, każdym kawałkiem skóry czuje odciskającą się na niej materię łóżka i zmusza się, by patrzeć, jak się sprawy mają. Pojawiają się kolejne zasłony, żaluzje, szyby. Nie czepia się cudzego wzroku, bo w nim nie można znaleźć współczucia. Obojętność jest jedynym podarunkiem, na który czeka. Cudzego wzruszenia zawsze byłoby za  mało, bo wyrwa po chorobie jest bez dna.

„O chorowaniu” to manifest języka doskonale pojedynczego. Chorowanie jest niepodzielne, nie da się z jego pomocą przywołać niczego poza pamięcią cudzego cierpienia. „Niezrozumiałość ma nad nami w czas choroby ogromną władzę, i to zasadniejszą niżby to chcieli przyznać wyprostowani.”

Leżąca wydaje się wyprostowanym groźna nie tylko dlatego, że nie jest zrozumiała. Również dlatego, że nie chce udawać – w mowie i w piśmie – że należy do armii zdrowych. Kto na kogo jest zamknięty? Kto kogo nie chce zrozumieć? „W zdrowiu znaczenie zagłusza dźwięki. Inteligencja góruje w nas nad zmysłami.” Chorowanie zwraca zmysły i inne smaki – nagłe, niespokojne, wzmożone. Bukiet wsobnych kwiatów, których zdzieranie z pisma jest jak nauka nowego języka. To nauka, która wymaga siły, odwagi, uporu i „rozumu zakorzenionego w ziemi”, by nie ześlizgnąć się z ciała języka i nie ulecieć, i nie zmyślić tego, od czego się uciekło.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.