Romantyczność

Jakub Orzeszek

Nowy album Marianne Faithfull stawiam obok „You Want It Darker” Leonarda Cohena, „Blackstar” Davida Bowiego czy „Ghosteen” Bad Seedsów. Wszystkie na swój sposób przetwarzają żałobę na język muzyki

Romantyczność

Jeszcze 3 minuty czytania

Romantyczność

Jest taki fragment w „Tarasie w Rzymie” Pascala Quignarda. Jeden z bohaterów noweli, starzec Abraham, patrząc z urwiska w nieokreśloną przestrzeń, czuje w sobie dziwną lekkość i nagle rozumie: „Boję się, że umrę. Czuję, że moja skóra jest zbyt delikatna i zanadto porowata. Mówię sobie: pewnego dnia pejzaż przejdzie przeze mnie”. To jedna z najbardziej zmysłowych, a zarazem idealizujących metafor śmierci, jakie znam. Ciało tak chłonne i lekkie, że rozprasza się nawet nie tyle w ziemi, ile w samym pejzażu, jakby w przezroczystości powietrza.

Pomyślałem o tym, słuchając nowego albumu Marianne Faithfull. Na „She Walks in Beauty” jej głos matowieje jak skóra drzewa i rozpływa się w pejzażach muzycznych Warrena Ellisa. A może właśnie na odwrót – to te krajobrazy przechodzą przez jej porowaty głos, jak na romantycznych obrazach, gdzie sylwetka ludzka zanika w plamistych przestrzeniach mórz, lasów, wrzosowisk, chmur czy bagnistych jezior? Zatracanie się w bezmiarze – to pierwsze i stałe odczucie, gdy słucham „She Walks in Beauty”. Odzwyczajanie się od ciała, unoszenie się kilka centymetrów nad ziemią, rozpoznawanie siebie w atomach krążących bez celu w kosmosie.


„She Walks in Beauty” to album mówiony, a nie śpiewany. Nie ma tu ani jednego zaśpiewanego słowa i ani jednej melodii, którą można by zanucić. Rytmiczność tej płyty obywa się bez perkusji, rozgrywa się w sylabach i pauzach, w jednostajnych i regularnych strofach deklamowanych przez Faithfull. Muzyka – w świetlistych, delikatnych tłach, które rozpadłyby się pod jednym dotykiem, gdyby tylko były materialne. Najważniejszy na płycie jest głos. Szlachetny, zmęczony, spracowany. Na całym albumie brzmi pewnie, choć zarazem czuje się w nim fizyczną słabość.

Niewykluczone, że ta rezygnacja Faithfull ze śpiewu jest związana z chorobą, którą artystka przeszła w kwietniu ubiegłego roku. W jednym z wywiadów przyznaje, że koronawirus prawie ją zabił. Pozostały po nim natomiast długotrwałe powikłania, które niemal pozbawiły ją głosu i przekreśliły szanse na dokończenie albumu, nad którym prace rozpoczęły się jeszcze przed pandemią. By powrócić do studia nagrań, Faithfull – wokalistka z 56-letnim dorobkiem – musiała na nowo odnaleźć swój głos. I nie ma w tym zdaniu metafory. Ślady tego kryzysu słychać chwilami w rwanym oddechu, jakby artykulacja dłuższych zdań była fizycznym problemem (na przykład w utworze „Ozymandias”, który został nagrany w trakcie lub po rekonwalescencji).

Zdaje się jednak, że koncepcja albumu mówionego powstała przed chorobą, a graniczne przeżycia artystki z ostatniego roku, choć kładą się cieniem na okolicznościach powstania albumu, nie powinny zamykać nas na inne style słuchania. Prawdopodobnie decyzja, by nie śpiewać, była podyktowana też doborem materiału lirycznego. „She Walks in Beauty” jest bowiem albumem-antologią, na którym Marianne Faithfull zamiast własnych tekstów odczytuje jedenaście wierszy innych autorów.

Marianne Faithfull with Warren Ellis „She Walks in Beauty”, BMG 2021Marianne Faithfull, Warren Ellis, „She Walks in Beauty”,
BMG 2021
Ta deklamacja podkreśla literacki charakter albumu, który bardziej niż płytą muzyczną staje się hybrydą, powiedzmy – audialnym tomikiem poetyckim. W minimalizmie wokalu Faithfull skrywa się chyba szacunek i czułość do zaadaptowanych wierszy, „cierpliwe wsłuchiwanie się w mowę dzieła” – jak pisał przed laty z lekką ironią Janusz Sławiński. I może jeszcze obawa artystki, że śpiewając te skondensowane strofy, scalając je z obcą melodią, zatraciłaby ich integralność, zawłaszczyła coś z surowego brzmienia i rytmu słów, a wreszcie narzuciła im jakąś mocną, emocjonalną interpretację. Podczas gdy stonowany, a momentami może monotonny wokal Faithfull pozostawia wiele miejsca na uzupełnienia.

Również muzyka nie próbuje narzucać rytmu ani melodii wierszom, raczej im towarzyszy, swobodnie je ilustruje. Oprócz Warrena Ellisa usłyszymy na albumie Briana Eno (sample w „La Belle Dame sans Merci” i „The Bridge of Sighs”), Vincenta Ségala (wiolonczela w „To the Moon” i „So We’ll Go No More A-Roving”) i Nicka Cave’a, który dogrywa fragmenty na fortepianie w kilku utworach (już na poprzednim albumie Faithfull, „Negative Capability”, Cave pojawił się w balladach „Witches Song” i „The Gypsy Faerie Queen”, gdzie w nietypowej dla siebie roli śpiewa jako drugi głos w refrenie).


Jednak architektem muzycznych pejzaży na „She Walks in Beauty” jest przede wszystkim stały współpracownik Nicka Cave’a, Warren Ellis. To jego wrażliwość i wyobraźnia muzyczna odciskają się tu najmocniej, i to już od pierwszych dźwięków. Uważne ucho rozpozna tu pewne echa jego poprzednich projektów. Na przykład tytułowy utwór bardzo (chyba za bardzo) korzysta z rozwiązań zastosowanych na płycie Bad Seeds „Ghosteen”. Powtarzanie tej niezwykłej konwencji, dzięki której w „Ghosteen” Ellis stworzył mistyczno-kampowy nastrój upojenia, w „She Walks in Beauty” rzadko, ale jednak chwilami, przypomina hollywoodzkie soundtracki, przesycone silnymi, choć łatwo przyswajalnymi emocjami.

Marianne Faithfull i Warren Ellis, fot. Marianne Faithfull i Warren Ellis,
fot. Rosie Matheson
Są to jednak tylko momenty. W większości pozostałych utworów Ellis pozwala sobie na przekraczanie własnych horyzontów. Eksperymentuje, zamiast melodii szuka jakiejś gęstej jakości pejzażu dźwiękowego, a czasem nawet jednego dźwięku, zapętlonego w całą kompozycję jakby do anatomicznego studiowania (hipnotyczna „Lady of Shallot”). W momentach, gdy tak ryzykuje albo bawi się dźwiękiem, Ellis jest najciekawszy. Przeczuwam w tych kompozycjach coś innego, kto wie, czy nie zapowiedź zwrotu ku muzyce eksperymentalnej? Nie byłoby to raczej możliwe, gdyby Faithfull postanowiła wiersze zaśpiewać.

Jak w przypadku każdej antologii (nawet jeśli składa się tylko z jedenastu elementów), dobrze zadać tu pytanie o zasady, jakimi kierowali się autorzy, dokonując selekcji. Innymi słowy, czy jest jakiś klucz, który uzasadnia dobór wierszy na „She Walks in Beauty” i sprawia, że w takim akurat zestawieniu stają się zbiorowym komunikatem? Pierwsza odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Wszystkie te wiersze należą do ścisłego kanonu angielskiego romantyzmu. Ich autorami są: George Byron, Thomas Hood, John Keats, William Wordsworth, Percy Bysshe Shelley i Alfred Tennyson. Nie jest to jednak zbiór choćby udający obiektywizm. Nie próbuje reprezentować ani twórczości przywołanych poetów, ani angielskiego romantyzmu w ogóle (znaczące, że brakuje tu na przykład tekstów poetek).

Faithfull twierdzi, że to jedna z jej najintymniejszych płyt, że pomysł zaaranżowania dokładnie tych wierszy towarzyszył jej od dawna (ja jej ufam – tytuł ostatniego albumu zaczerpnęła także z Keatsa). Są to wiersze, które czytała całe swoje dorosłe życie, w których rozpoznaje coś najistotniejszego z siebie, czego dotąd nie miała odwagi lub nie potrafiła nazwać swoimi słowami. Co takiego?


Odpowiedź na to pytanie jest znacznie bardziej złożona i ryzykowna niż osadzenie tekstów na literackiej mapie Europy. Nie zamierzam jej zresztą udzielać. To, co w albumie Faithfull i Ellisa jest najciekawsze, to właśnie samotne konfrontacje z tymi mrocznymi, gęstymi wierszami, które domagają się od nas – zupełnie jak zjawy, o których opowiadają – przyzwolenia, by z dalekich światów, których już nie ma, choć na moment zaistnieć w naszej wyobraźni. Zarówno muzycznie, jak i tekstowo jest to album introwertyczny, skupiony w sobie, nierozrywkowy. I samotny. Nie brzmi dobrze, gdy słucha się go w towarzystwie.

W „She Walks in Beauty” jesteśmy zanurzeni w świecie „czarnego romantyzmu”, jak bywa nazywany ten szczególny nurt poezji. Pierwszoplanowa jest tutaj elegijna świadomość końca, który jest nieuchronny i obecny w każdym ciele od początku – bo nawet najpiękniejsze chwile muszą przeminąć, a potem zostać zapomniane (jak głosi nagrobek króla „Ozymandiasa”). Jest tutaj także iście romantyczna estetyzacja i erotyzacja śmierci jako Pięknej Srogiej Pani („La Belle Dame sans Merci” Keatsa). Nie ma jednak steatralizowanych gestów miotania się w starzejącym się ciele (w starzejących się ciałach Ellisa i Faithfull) jak w celi śmierci.

W ich albumie melancholia jest nasycona baśniowością, pełnym czułości przywiązaniem, zachwytem nad ulotnym światem materii. Ale też marzeniem o porzuceniu świadomości siebie, o powrocie do jakiegoś pożywnego macicznego snu, który nie jest jeszcze śmiercią. Marzeniem niemożliwym, którego nie osiągnie się nawet z pomocą alkoholu, opium, haszyszu („Ode to a Nightingale”) czy – jak w dawniejszych płytach Faithfull – „siostry morfiny”.

Chętnie bym widział ten album obok „You Want It Darker” Leonarda Cohena, „Blackstar” Davida Bowiego czy „Ghosteen” Bad Seedsów. Wszystkie na swój sposób przetwarzają żałobę na język muzyki. Przy tym bardzo się od siebie różnią. Płyty Cohena i Bowiego to autoelegie, płyty-pożegnania, artystyczne testamenty, zwieńczenia pięknych i twórczych biografii. „Ghosteen” opisuje świat po katastrofie, dokumentuje proces „umierania śmiercią innego”, jak z czułością nazywał proces żałoby Louis-Vincent Thomas.

Marianne Faithfull w „She Walks in Beauty” robi to jeszcze inaczej – recytując wiersze tych, których już nie ma. A jednak czuje się, że mówi swoim głosem.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).