Permakultura w sieci
lagaleriade arcotangente CC BY-NC-ND 2.0

20 minut czytania

/ Ziemia

Permakultura w sieci

Krzysztof Marciniak

Projektowanie permakulturowe jawi się w ujęciu Rosemary Morrow nie jako recepta na dobrostan jednostki i przywrócenie harmonii z „naturą”, ale jako element strategii przetrwania całych społeczności w rozgrzanych betonowych miastach i spalonych słońcem obozach dla uchodźców

Jeszcze 5 minut czytania

„Nie mamy czasu” – powtarza kilkukrotnie przez Zooma Australijka Rosemary Morrow w swojej prezentacji na, zorganizowanym w maju przez Biennale Warszawa i Fundację Agro-Perma-Lab, Międzynarodowym Forum Edukatorek i Edukatorów Permakultury. Australijka spokojnym, stanowczym tonem tłumaczy, że edukacja permakulturowa musi dopasować się w nadchodzących latach do warunków narastającego kryzysu klimatycznego i migracyjnego, towarzyszących im konfliktów zbrojnych, podwyższeniem się poziomu oceanów i kolejnych wyzwań na miarę pandemii COVID-19. Za słowami Morrow stoją doświadczenia czterdziestu lat pracy z uchodźcami i rolnikami w regionach dotkniętych wojną i zmianami klimatu. Australijka na monitorze mojego komputera argumentuje, że permakultura musi wyjść poza bańkę posługującej się językiem angielskim zachodniej klasy średniej, musi porzucić myślenie indywidualistyczne i skupić się na projektowaniu permakulturowym w odniesieniu do większych wspólnot – mieszkańców bloków, ulic, dzielnic, osad, obozów, faweli.

Zdefiniowanie, czym jest permakultura (permanent culture/permanent agriculture) [1, 2, 3], nie jest proste. Za Wojciechem Górnym, jednym z jej czołowych propagatorów w Polsce, mógłbym powtórzyć, że jest przede wszystkim zbiorem zasad etycznych oraz reguł projektowania systemów – relacji między rozmaitymi ludzkimi i nieludzkimi aktorami środowiska tak, by przywrócić i stymulować ich różnorodność, stabilność oraz zdolność do regeneracji. Współczesny ruch permakulturowy zapoczątkowali na fali ekologicznego przebudzenia lat 70. ubiegłego stulecia Australijczycy Bill Mollison oraz David Holmgren. Wbrew obiegowemu rozumieniu nie jest to zatem recepta na projektowanie designerskich ekoogrodów, lecz dążenie do przywrócenia szeroko rozumianej harmonii między człowiekiem a środowiskiem naturalnym. Brzmi pięknie. Pytanie, jak sprawić, by podobne koncepcje dla miliardów ludzi, których życia kryzys klimatyczny wywraca do góry nogami, nie brzmiały jak ekologiczne „niech jedzą ciastka”.

Najbardziej zapadł mi w pamięć slajd z prezentacji Rosemary Morrow składający się z dwóch prostych rysunków: obrazek na górze przedstawiał ubogą wioskę otoczoną małymi poletkami, ze studnią i skromnymi domami stojącymi w cieniu palm. Na horyzoncie podobna wioska płonie, zbliżają się do niej czołgi. Obrazek na dole to stłoczone namioty, otoczone murem z monstrualną bramą i drutem kolczastym, szalety, osoby z kanistrami czekają w kolejce po wodę, dzieci grają w piłkę. Ton wystąpienia Morrow radykalnie odbiegł od zrównoważonej atmosfery warszawskiego permakulturowego Forum, które wbrew pierwotnym założeniom zamiast w realu znów musiało się odbyć w przestrzeni wirtualnej. „Nie mamy czasu”, ponieważ to wszystko, czego pół wieku temu bali się pionierzy współczesnej myśli ekologicznej, właśnie się dzieje i jako ludzkość jesteśmy na to kompletnie nieprzygotowani. Australijka spokojnie acz stanowczo krytykuje nie do końca uświadomiony elitaryzm i indywidualizm głównego nurtu ruchu permakulturowego. Projektowanie permakulturowe jawi się w jej ujęciu nie jako recepta na dobrostan jednostki i przywrócenie harmonii z „naturą”, ale jako element strategii przetrwania całych społeczności w rozgrzanych betonowych miastach i spalonych słońcem obozach dla uchodźców.

Międzynarodowe Forum Edukatorek i Edukatorów Permakultury odbyło się 15 i 16 maja 2021 w Biennale Warszawa.Międzynarodowe Forum Edukatorek i Edukatorów Permakultury. Biennale WarszawaStaje mi zaraz przed oczami wspomnienie szwajcarskiego anarchisty, u którego jakiś czas temu przepracowałem parę miesięcy. W klimacie podzwrotnikowym udało mu się stworzyć ogromny ogród agroleśny praktycznie na gołej glinie. Poprzedni właściciel chciał zrobić w tym miejscu pole golfowe, wykarczował więc porastające teren krzewy przy pomocy buldożera – usuwając przy okazji całą wierzchnią warstwę żyznej gleby. Potem się rozmyślił. Nowy gospodarz był raczej daleki od idei leniwego ogrodnictwa. Zwiózł na działkę dziesiątki ton materii organicznej, zrębkował, kompostował, ściółkował, sadził, zacieniał, podlewał… efekt zapierał dech w piersiach, a plony wędrowały do spragnionych świeżych warzyw, posługujących się językiem angielskim, nielicznych reprezentantów klasy średniej z okolicznego miasteczka. Wieczorami Szwajcar klął straszliwie, zarówno opowiadając o swoich klientach, jak o dawnych kompanach, którzy, zamiast regenerować gleby w newralgicznych częściach świata, przekuli swą wiedzę o agroleśnictwie w biznes i latają samolotami w tę i we w tę, zarabiając krocie na odczytach, warsztatach i kursach. Mój gospodarz akurat poważnie rozważał przyjęcie zaproszenia do Rożawy, którą dawni koledzy z reguły omijali szerokim łukiem.

Sam od spotkań takich jak majowe Forum oczekiwałbym na równi wystąpień poszerzających moje horyzonty ekologiczne jak również tego, by spełniały one realnie funkcję sieciującą. Wbrew tytułowi Forum wiele spośród osób z Polski, które wzięły w nim udział, nie uważało się za edukatorów permakultury, a raczej – podobnie jak ja – szukało inspiracji i networkingu. Ten aspekt sieciujący zdaje się w Polsce niedomagać. Gdyby ktoś zapytał mnie w Urugwaju, dokąd pojechać, żeby poznać środowisko aktywnych osób zajmujących się szeroko pojętą agroekologią, odparłbym bez namysłu, żeby ruszał na któryś z licznych regionalnych lub ogólnokrajowych zjazdów Red Nacional de Semillas Nativas y Criollas – prężnie działającej sieci zajmującej się wymianą nasion i sadzonek lokalnych odmian roślin jadalnych oraz rodzimych gatunków roślin i drzew. W Polsce, mimo ogromnej liczby osób zainteresowanych szeroko pojętą agroekologią, miałbym poważny problem z odpowiedzią na analogiczne pytanie. Na pewno wskazałbym na odbywające się od dwóch dekad wiosenne konferencje „Dobre żniwa” organizowane przez Stowarzyszenie Ziarno i prowadzony przez nie Ekologiczny Uniwersytet Ludowy (nabór otwarty do 20 lipca!), wiele spośród uczestniczek i uczestników majowego Forum brało też udział w treningu z nasiennictwa prowadzonym wiosną tego roku przez Agro-Perma-Lab. Zabierając się do pisania relacji z Forum, zdecydowałem się zatem wypróbować jego sieciujący potencjał i niektóre wątki, które pojawiły się w wystąpieniach, rozwinąć w bezpośrednich spotkaniach z kilkorgiem uczestniczek i uczestników majowego wydarzenia.

*

Jeszcze jeden slajd z Forum: wieże z turbinami wiatrowymi wznoszące się nad warszawskim parkiem Ujazdowskim, mokradła u podnóża Zamku Ujazdowskiego, duży zbiornik retencyjny pod Trasą Łazienkowską, biogazownia, uprawy i młyn w parku Tadeusza Mazowieckiego… Koncepcja „Biopolis. Osiedla biocentrycznego” autorstwa Michała Augustyna i Witolda Dąbrowskiego jest utopijną, futurologiczną wizją stopniowego przeistaczania okolic osiedla domków fińskich na warszawskim Jazdowie w oazę bioróżnorodności i samowystarczalną farmę miejską. Sielankowa wizualizacja koncepcji (nagrodzonej trzecim miejscem w V edycji konkursu Futuwawa) dobrze koresponduje z odważnymi permakulturowymi wizjami rozwoju miast, o których wspominała również Rosemary Morrow.

Projekt osiedla biocentrycznego Michała Augustyna i Witolda DąbrowskiegoProjekt osiedla biocentrycznego Michała Augustyna i Witolda Dąbrowskiego

Z Michałem Augustynem spotykam się w ogrodzie społecznościowym Motyka i Słońce na Jazdowie. Osiedle domków fińskich samo w sobie jest utopijne w swoim trwaniu; kilka spośród otoczonych zielenią drewnianych chatek w samym sercu rządowej dzielnicy Warszawy wciąż pełni funkcje mieszkalne, pozostałymi opiekują się rozmaite organizacje pozarządowe. „To, co tutaj robimy, jest negocjacją między takim miastem, w którym «natura» jest zakorzeniona, tworzy to miasto i jest zintegrowana z tym, co ludzkie, a z drugiej strony z miastem jako całością, w której tego typu idee są wciąż marginalne” – stwierdza Augustyn. Obok tworzenia futurologicznych koncepcji pokroju Biopolis to również stawianie małych realnych kroczków w stronę bioróżnorodności. Świetnym przykładem może być twórczy „konflikt” z mieszkańcami osiedla o… opadłe liście. Miejscy ogrodnicy pragnęli pozostawić – jak w lesie – rozkładające się liście pod drzewami, by w miejscu dotychczasowego wyschniętego klepiska rozkładająca się materia organiczna wytworzyła warstwę żyznej gleby. Mieszkańcy Jazdowa argumentowali z drugiej strony, że nieuprzątnięte liście to zwykły bałagan. Wracając z Jazdowa w stronę placu Na Rozdrożu, mogłem podziwiać efekt końcowy przeprowadzonych negocjacji: pod drzewami wytyczono estetyczne geometryczne kształty odgrodzone od ścieżek niskimi krawężnikami z desek. W miejscach, gdzie jeszcze w zeszłym roku była ubita ziemia, spomiędzy zbutwiałych liści wyzierały już pierwsze rośliny.

Z liśćmi to poważniejsza sprawa. Niebawem w miastach (nie)grabienie liści, jak dziś (nie)koszenie trawników, może stać się istotnym symptomem zwrotu ekologicznego. I tak jak zdziczałe trawniki są żywą lekcją bioróżnorodności, butwiejące liście mogą być lekcją kompostowania i formowania się gleby. „670 foliowych worków z liśćmi do wywiezienia wzdłuż jednej ulicy, która ma kilkaset metrów. Zeszłej jesieni to policzyłam, bo zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie. Niektórych worków nie mogłam unieść, tak były ciężkie od zgrabionej razem z liśćmi ziemi!” – Agnieszkę Chołuj, edukatorkę z Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Warszawskiego, martwi, jak daleko jako społeczeństwo jesteśmy od rzeczywistej zmiany w myśleniu o relacji człowieka ze środowiskiem. Z tarasu na tyłach jej domu w Rembertowie patrzymy na stworzony przez nią ogród: nasłonecznione wysokie grządki pełne rozmaitych warzyw i ziół, krzewy i młode drzewka owocowe, starą jabłoń zacieniającą kompostowniki, hotel dla zapylaczy, raj dla pokrzyw pod orzechem w rogu działki. W ramach tej samej serii wydarzeń, w której skład weszło permakulturowe Forum, Agnieszka Chołuj poprowadziła warsztaty dla dzieci o kompostowaniu pod hasłem „Odkryj bioskarb we własnym śmietniku”. Dzieci zakładały w słoikach miniwermikompostowniki z dżdżownicami pochodzącymi z jej przydomowego ogrodu. Najmłodszym, którzy zabierali słoiki ze sobą do domu, edukatorka tłumaczyła, że oprócz dżdżownic żyją w nich też miliony niewidocznych gołym okiem stworzeń, którymi muszą się odpowiednio zaopiekować lub którym trzeba znaleźć nowy dom w ogrodzie, na działce, w krzakach za domem czy w parku.

Motyka i Słońce, fot. Małgorzata PiechuraMotyka i Słońce, fot. Małgorzata Piechura

Z Agnieszką Chołuj rozmawiamy też o produkowaniu żywności w miejskich ogrodach. Czy zbierane w nich plony mają rzeczywiście takie znaczenie? Jej zdaniem pod względem edukacyjnym zbiory wprowadzają dużo pojęć, które mogą umknąć w dzikich ogrodach czy ogrodach ozdobnych – „na przykład interakcja z innymi konkurentami do plonu, sezonowość, powiązanie z cyklem życiowym roślin, to wszystko łatwiej jest ogarnąć, gdy pojawia się aspekt uprawy żywności”. Natomiast dla Oli Arent, z którą spotykamy się we współtworzonym przez nią Siekierkowskim Ogrodzie Sąsiedzkim, zbiory nie są aż takie ważne. „Podoba mi się traktowanie tego ogrodu również w kategoriach projektu artystycznego, nie tylko produkcji żywności. Kultura powinna zmienić swoje tory działania na bardziej międzygatunkowe, działać na świeżym powietrzu, i powinna być bardziej otwarta na ludzi spoza elity społecznej. Myślę, że ogrody dają taką możliwość” – stwierdza. Wśród porośniętych gęsto nawłocią nieużytków pod Kopcem Powstania Warszawskiego skrzyknięta na Facebooku międzypokoleniowa grupa sąsiedzka wydeptała dużą słoneczną polanę, ziemię przykryli kartonami, na których tworzą grządki, zbierają deszczówkę, sadzą rośliny i próbują nakłonić biedronki, by rozprawiły się z mszycami.

Zaczęli współpracować z Ogrodem Botanicznym PAN w Powsinie, wspiera ich okoliczny Ośrodek Działań Artystycznych Dorożkarnia oraz warszawski Zarząd Zieleni, do którego należy teren i który prowadzi też promujący społeczne ogrodnictwo program Bujna Warszawa. Ogrodniczki z Siekierek starają się, żeby ich przedsięwzięcie nie było tymczasowe. Negocjują z urzędnikami i mają nadzieję, że w przyszłości ogród stanie się częścią projektowanego tu parku. Jedną z najistotniejszych z mojego punktu widzenia permakulturowych idei jest zawarta w samej nazwie trwałość tworzonych w jej duchu przedsięwzięć. Zaledwie kilkaset metrów dalej, po drugiej stronie Kopca Powstania Warszawskiego, w 2015 i 2016 roku działał Kolektyw ROD – najbardziej radykalny warszawski projekt ogrodniczy. Grupa aktywistek i aktywistów związanych z siecią Reclaim the Fields zeskłotowała opuszczone ogródki działkowe przy Bartyckiej i w dwa lata przemieniła je w ekowioskę z prawdziwego zdarzenia. Porzucone altanki ocieplono i zamieniono w chatki mieszkalne, zaopiekowano się krzewami i drzewami owocowymi, obsadzono warzywami małe poletka uprawne, robiono przetwory, organizowano wydarzenia kulturalne, a pośrodku działek stanął duży drewniany budynek z wieżą, na której obracał się skonstruowany przez aktywistów wiatrak produkujący energię elektryczną. Gdyby skłot udało się obronić przed zakusami firmy deweloperskiej, byłby dziś obok Jazdowa jednym z najważniejszych punktów na ekopolitycznej mapie Warszawy. W krytycznych ujęciach ogrodnictwa miejskiego często porusza się więc problem wieloletniego wysiłku społeczności, który może obrócić w niwecz zmiana decyzji urzędnika albo kaprys „właściciela” terenu. W permakulturze ziemi się nie „posiada”, ziemią się opiekuje.

Motyka i Słońce, fot. Witek DąbrowskiMotyka i Słońce, fot. Witek Dąbrowski

Również Marcelina Haremza pewnego dnia wybrała się do współprowadzonego przez nią w Poznaniu permakulturowego ogrodu społecznościowego i zastała go zrównanego z ziemią przez buldożer. Spośród moich rozmówców najsilniej utożsamia się ona z permakulturą rozumianą szeroko jako filozofia życiowa, sposób myślenia pozwalający połączyć w spójną całość różne elementy, od ogrodnictwa, przez budownictwo, po kwestie społeczne. A zaczynała z zupełnie przeciwnej strony – „Zawsze się śmieję, że jak pisałam pracę inżynierską na kierunku ogrodnictwa, to projektując plantację borówki amerykańskiej, wybrałam jako metodę uprawy… ugór herbicydowy, czyli tę, gdzie wali się taką ilość herbicydu, najczęściej Roundupu, że poza borówką nic nie jest w stanie tam wyrosnąć”. Pierwszy impuls do zainteresowania permakulturą dała jej lektura bloga Krystyny Cornuet (teraz sama prowadzi bloga Ogrodowa alternatywa). Małymi kroczkami przestawiła konwencjonalne rodzinne gospodarstwo z uprawą borówki amerykańskiej na metody ekologiczne – z samodzielnie przygotowywanymi kompostami, głębokim ściółkowaniem i nasadzeniami roślin przyciągających drapieżniki zwalczające plagi. „Przemycam tam też wątki permakulturowe, tak że któregoś dnia mój tata obudzi się w gospodarstwie permakulturowym!” – żartuje Haremza. Podkreśla, że upatruje swoją misję właśnie w docieraniu z wiedzą o permakulturze do osób, które jak ona wychowały się w zupełnie innych schematach uprawy ziemi. Również z tego powodu stawia w działalności edukacyjnej na empatyczne metody Porozumienia Bez Przemocy. „Ostatecznie permakultura to tylko nazwa, termin, który pozwala się łatwiej komunikować między ludźmi, a chodzi przede wszystkim o to, żeby robić to po prostu dobrze. Mam wrażenie, że sposób komunikacji jest ogromnym problemem środowiska permakulturowego w Polsce, bardzo nie lubię tej negatywnej narracji, gdzie dobrą permakulturę przeciwstawia się złemu rolnictwu konwencjonalnemu, zamiast straszyć, wolę przekonywać, że te dobre rozwiązania mają głęboki sens”.

Trudno w ekologii kwestionować przewagę dobrych rozwiązań nad teoriami i etykietami. Sam podróżując przez trzy lata, ucząc się i pomagając w najróżniejszych projektach agroekologicznych, akurat nie spotkałem nikogo, kto kategorycznie nazywałby to, co robi, „permakulturą”. Mimo to większość jej prawideł i kojarzonych z nią technik nie stanowi dla mnie novum. Rozmaite agroekologiczne frakcje, od biodynamiki, przez permakulturę, po główny i poboczne nurty rolnictwa ekologicznego, nie wynalazły przecież rolnictwa na nowo, zaczerpnęły swe dobre rozwiązania i idee od tradycyjnych rolniczek i rolników z Tasmanii, Śląska czy z Andów. Daniel Pacek jako jedyny wśród moich rozmówców na stałe mieszka poza miastem i na co dzień grzebie w ziemi. Paradoksalnie to z nim najwięcej czasu poświęcamy rozmowie o słowach i definicjach oraz uściślaniu pojęć. „Takich pokrewnych dyscyplin jak permakultura jest kilka – jest rolnictwo regeneratywne, jest Holistic Management, jest agroekologia. To niesamowite, jak bardzo każdy jest obwarowany w swojej twierdzy i próbuje udowodnić, że to jego dyscyplina jest ogólniejsza i że pozostałe zawierają się w niej, stanowią w jej ramach swego rodzaju narzędzia”.

Projekt osiedla biocentrycznego Michała Augustyna i Witolda DąbrowskiegoProjekt osiedla biocentrycznego Michała Augustyna i Witolda Dąbrowskiego

Sam mam wrażenie, że chcąc naprawdę usieciowić rozproszone i zróżnicowane środowisko rolniczek, edukatorów, ogrodniczek miejskich, artystów czy aktywistek ekologicznych, trzeba by te wszystkie koncepcje spróbować sprowadzić do wspólnego mianownika. To oczywiście mogłaby być idea – jak permakultura – wokół której skupią się zainteresowane nią osoby. Taka wspólnota chyba najsilniej wspiera budowanie wiedzy i umożliwia tworzenie sieci na poziomie międzynarodowym (czego przykładem było majowe Forum). Tylko że w praktyce podobnych nurtów myśli ekologicznej jest wiele, co prowadzi do powstawania baniek społecznych i informacyjnych. Na poziomie lokalnym nieporównanie bardziej masowe i wewnętrznie zróżnicowane ruchy mogą tworzyć się wokół konkretnej sprawy – politycznego sporu o określoną zmianę w prawodawstwie czy protestu przeciwko wybranej inwestycji. Przy czym tego typu sojusze najczęściej słabną, gdy zamierzony cel ostatecznie (nie) zostaje osiągnięty. Najbardziej inkluzywnymi, środowiskotwórczymi i trwałymi sieciami połączeń między rozmaitymi aktorami ekologicznej układanki wydają mi się te, które stawiają sobie za cel wyrwanie się kolektywnym wysiłkiem z określonej koleiny systemowej. Kooperatywy spożywcze budują alternatywne sieci dystrybucji żywności, tworząc bezpośrednie połączenia między konsumentami i wytwórczyniami – a w praktyce networkując osoby, które w różny sposób pragną ograniczyć destrukcyjny wpływ człowieka na środowisko. Oddolne sieci wymiany i domy nasion tworzą z kolei alternatywę dla rynku komercyjnego, który kierując się kryteriami zysku, przyczynia się do ograniczenia różnorodności odmian warzyw i roślin uprawnych – a zorganizowane w ten sposób osoby mogą zacząć prowadzić wymianę na wielu innych poziomach. Podobne funkcje mogą pełnić oddolnie organizowane bazary z żywnością ekologiczną czy wciąż żywe w wielu kulturach praktyki sąsiedzkich „czynów społecznych”, takie jak południowoamerykańska minga. Żeby osiągnąć sprawczą synergię i doprowadzić do zmian choćby w polskiej polityce klimatycznej, potrzebujemy tych wszystkich rzeczy – od anglojęzycznych forów na Zoomie po czyny społeczne – naraz, spotęgowanych i silnie ze sobą powiązanych.

Problem w tym, że im dalej wychylamy nos poza spiralę ziołową we własnym ogródku i zaczynamy myśleć w skali osiedla, regionu, kraju, kontynentu i całego Statku Kosmicznego Ziemia, tym bardziej wszystkie dobre praktyki, o których mowa była w trakcie majowego permakulturowego Forum, jawią się kroplą w morzu ekologicznej destabilizacji. O brzmiącym utopijnie (choćby w kontekście codziennych raportów o rekordach temperatur w Kanadzie) postulacie „równoważenia” relacji człowieka ze środowiskiem wspomniałem też w rozmowie z Danielem Packiem. Jego odpowiedź uświadomiła mi, jak bardzo sam wypieram myśl, że w istocie czas na małe kroczki, przekonywanie, ustanawianie dalekosiężnych celów i próby uregulowania systemu się skończył. „Wydaje mi się – żachnął się Pacek – że pozyskiwanie pożywienia i budowanie schronienia to są dwie podstawowe czynności ludzkie i że sposób, w jaki to robimy, warunkuje, jaki ślad zostawiamy za sobą na tej planecie. Co z tego, że to zrównoważymy? Skoro zrównoważymy coś, co i tak podcina gałąź, na której siedzimy. Co najwyżej spowolnimy w ten sposób proces wyjałowienia tego świata, a my go musimy zacząć regenerować”.