Ta sama wojna
rawpixel.com

24 minuty czytania

/ Obyczaje

Ta sama wojna

Ludwika Włodek

Lwów szykuje się na zimę i przerwy w dostawach prądu, a co za tym idzie, także ogrzewania – kolejny reportaż z zachodniej Ukrainy

Jeszcze 6 minut czytania

– Uważaj, bo tu nasze drewno leży – powiedziała Kasia Łoza, wskazując na worki ze szczapami stojące przy wejściu do klatki. Szłyśmy do niej do mieszkania ze stypy po studencie Charkowskiej Szkoły Architektury, która przeniesiona do Lwowa zyskała siedzibę w położonej blisko Kasi Narodowej Akademii Sztuk. Kasia z mężem Wasylem należą do sponsorów szkoły, dopłacają do nauki trójki tamtejszych studentów, wsparli też remont pomieszczeń Akademii adaptowanych na potrzeby Szkoły.

Łozowie mieszkają w pięknym starym lwowskim mieszkaniu, w przedwojennej kamienicy. Kiedy je kupowali kilka lat temu, było podzielone na dwa odrębne lokale, oba w dość opłakanym stanie. Połączyli je i wyremontowali, zachowując oryginalny charakter wnętrza. Kasia jest Polką, Wasyl Ukraińcem. Od 20 lat mieszkają razem we Lwowie. Ona jest przewodniczką po mieście i autorką bloga Lwow.info, on jest biznesmenem.

Brat Wasyla jest informatykiem. Wiosną dostał powołanie do wojska. W sierpniu został ranny. W nogę i w biodro. Nie wiadomo, czy będzie jeszcze kiedyś normalnie chodził. Na razie leży w szpitalu. Teraz już we Lwowie, wcześniej bliżej linii frontu. Wasyl wiedział, że brat będzie brał udział w jakiejś niebezpiecznej akcji, uprzedził go. Potem przez kilka dni się nie odzywał. Kiedy wieźli go z pola bitwy do szpitala, myślał, że umiera, chciał napisać pożegnalnego SMS-a do rodziny, na szczęście nie zdążył, zemdlał. Kilka dni później zadzwonił: – „Bracie, żyję”, tylko tyle powiedział – wspominał przy kolacji Wasyl. – Poczułem ogromną ulgę.

pierwszej części reportażu ze Lwowa Ludwika Włodek pisała o pożegnaniu Zacharija Jusupowa, studenta Charkowskiej Szkoły Architektury (obecnie znajdującej się w siedzibie Lwowskiej Narodowej Akademii Sztuk), rozmawiała z Dmytro Szerengowskim, prorektorem Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego, oraz Ołesiem Dzyndrą, założycielem Muzeum Idei, aktualnie organizującym pomoc dla żołnierzy. Andrij Sadowy, mer Lwowa, mówił o przygotowaniach do zimy: „Chcemy, żeby w schronach były dobrze działające piece, tak żeby ludzie mogli tam nie tylko ukryć się przed nadlatującymi rakietami, ale też ogrzać. Bo z tym, że tej zimy w większości mieszkań będzie zimno, musimy się niestety liczyć”.

Dziwnie mi się słuchało tej historii, siedząc w mieszkaniu, które równie dobrze mogłoby się znajdować na warszawskiej Ochocie albo Mokotowie, pijąc czerwone (ukraińskie) wino z kryształowych kieliszków. Ciągle się nie przyzwyczaiłam, że ta wojna jest aż tak blisko.

Dlaczego mielibyśmy rozmawiać po rosyjsku

Drewno, które Wasyl kupił i którego nie zdążył jeszcze wnieść na górę, to oczywiście także piętno wojny, znak czasów. Lwów, podobnie jak cała Ukraina, szykuje się na zimę i przerwy w dostawach prądu, a co za tym idzie, także ogrzewania. Rosjanie zniszczyli 40 procent energetycznej infrastruktury Ukrainy. Wszędzie trzeba oszczędzać energię. Już teraz zdarzają się, na razie planowe, wyłączenia energii, a wieczorami, nawet w dużych miastach, jest ciemno że oko wykol. Łozowie planują w razie zimna dogrzewać się kominkiem. Kiedyś całe ich mieszkanie ogrzewane było piecami, dziś jest podłączone do centralnego, ale kto wie, co się będzie działo tej wojennej zimy.

Innym śladem wojny w mieszkaniu Łozów są dwa niebieskie materace, takie jak w salach gimnastycznych, ustawione wzdłuż szafy w przedpokoju. Według badań w starych kamienicach najbardziej odporny na bombardowania jest przedpokój. Dlatego to tam, właśnie na tych materacach spali całą rodziną w czasie nocnych alarmów bombowych.

Przez kilka miesięcy w pokoju, gdzie siedliśmy po kolacji, mieszkali u nich uchodźcy. Najpierw rodzina z Dnipra. On był współpracownikiem firmy Wasyla, ona miała własny sklep z ubrankami dla dzieci, stacjonarny i internetowy. Później wrócili do Dnipra, bo trudno im było odnaleźć się we Lwowie, a ich rodzinne miasto, choć codziennie atakowane rakietami, jednak, mimo bliskości frontu, funkcjonuje w miarę normalnie. Potem sprowadzili się do nich uchodźcy z Mariupola. Tych nie znali wcześniej wcale. Spędzili u nich zaledwie kilka tygodni, potem wynajęli własne mieszkanie.

Kasia Łoza z solą, ktorej zabraklo, gdy Rosjanie zajęli fabrykę / fot. L. WłodekKatarzyna Łoza z opakowaniem soli ze słynnej fabryki Artiom Sol w donbaskim Artiomowsku (obecnie Bachmut). Teraz ta sól to prawdziwy skarb. W kwietniu fabryka ze względu na wojnę przestała działać. Na chwilę w całej Ukrainie zabrakło soli, potem braki uzupełniono importem, między innymi z Polski. To konkretne opakowanie mężowi Kasi, Wasylowi, udało się jeszcze kupić w jakimś sklepie, który miał duże zapasy. To w Ukrainie kultowa sól, od lat miała to samo opakowanie, wszystkim sól właśnie z tym opakowaniem się kojarzyła.  / fot. L. Włodek

– Jak w czasie alarmów proponowaliśmy im spanie w korytarzu, to się z nas śmiali, mówiąc, że nie takie rzeczy przeszli – wspominał Wasyl.
Kasia z kolei podśmiewała się z niego: – Demonstracyjnie nie rozmawiałeś z nimi po rosyjsku.
– No tak, dlaczego mielibyśmy rozmawiać po rosyjsku. On się przynajmniej starał przechodzić na ukraiński, ona w ogóle – odpowiedział żonie Wasyl.

Kasia nie dawała za wygraną, dobrotliwie podkpiwając z językowej pryncypialności męża.
– Rok temu byliśmy na wakacjach w Turcji – opowiadała mi. – Mieliśmy jechać z rosyjskojęzyczną pilotką zwiedzać jakieś dodatkowe atrakcje. Już na początku ją uprzedziłam, że mąż nie chce rozmawiać po rosyjsku. Ona się uprzejmie zgodziła, bez żadnego problemu, całą drogę rozmawialiśmy po angielsku. Choć chwilę po moim oświadczeniu do Wasyla zadzwonił kolega z Białorusi. I on przywitał go gromkim: „Priwiet, Losza!”, a potem dobry kwadrans gadał z nim po rosyjsku.

Pryncypialna niezgoda na używanie języka rosyjskiego w miejscach publicznych jest we Lwowie dość częsta. Na ulicy Kopernika, tuż obok pałacu Potockich, mieści się Etno Halereya Roksolany Szymczuk. To bardzo drogi i ekskluzywny sklep z ubraniami stylizowanymi na ludowe. Na drzwiach wywieszka: „Po rosyjsku nie obsługujemy, śmierdzi krwią”. Pytałam ekspedientki, jak ludzie reagują na ten napis. Twierdziły, że ze zrozumieniem, że nikt się jeszcze nie obraził. Może tacy, którzy mieliby się obrazić, do tego sklepu po prostu nie wchodzą.

Lwów musi przetrwać

Lwowskie nastroje antyrosyjskie mają długą tradycję. Rodowici lwowianie, a także ci, którzy wprowadzili się tu niedawno, ale już zdążyli przesiąknąć atmosferą miasta, o Moskalach, jak tu się nazywa Rosjan, mają jak najgorsze zdanie, oparte nie tylko o ostatnie doświadczenia, lecz także historyczne kontakty.

Lilia Onyszczenko, główna konserwatorka zabytków Lwowa, powiedziała wprost: – W moim środowisku odrzuca się wszystko, co rosyjskie. Gdy ktoś z uchodźców ze wschodu zwraca się do niej na ulicy po rosyjsku, zaraz pyta: „Przepraszam, a pan/pani z Rosji?”. Podobno pomaga. Każdy natychmiast przechodzi na ukraiński.

Po 24 lutego do Lwowa przyjechało wielu zachodnich dziennikarzy. Jak opowiadała mi Onyszczenko, często pytali ją, czy przed wojną współpracowała z Rosjanami. „Nie” – odpowiadała krótko. – Czego niby mieliśmy się od nich nauczyć? Współpracowaliśmy przede wszystkim z Polakami, z Włochami, z Rosjanami nigdy – wyjaśniła mi i dała do zrozumienia, że Rosjan to we Lwowie raczej widywano, jak niszczą zabytki, a nie je odbudowują.

W czasie obecnej wojny Lwów, w porównaniu z miastami na wschodzie Ukrainy, ma szczęście. Jego zabytki nie ucierpiały. Jednak od 24 lutego, kiedy rosyjskie rakiety zaczęły trafiać do celów w całej Ukrainie, głównym zadaniem Lilii Onyszczenko i jej współpracowników stało się zabezpieczenie najcenniejszych budowli i pomników. Wstrzymali wcześniej zaplanowane prace konserwatorskie, stracili większą część budżetu, bo pieniądze szły na wojsko.

Zaczęli od zabezpieczania witraży w cerkwi uspieńskiej, bo mieści się najbliżej ratusza. Wtedy akurat Rosjanie zbombardowali budynek administracji w Charkowie, bali się więc, że to samo może spotkać Lwów. Kupili wełnę mineralną i płyty pilśniowe, na szczęście były kraty w oknach, więc zabezpieczenia dało się łatwo zamontować. Szybko jednak skończyły się materiały, wykupili wszystko, co było w sklepach. Brakowało też pieniędzy, bo przecież tych działań nie było w i tak okrojonym z powodu wojny budżecie. Onyszczenko wystosowała więc apel o pomoc do zaprzyjaźnionych konserwatorów z innych krajów i wtedy Michał Krasucki, warszawski konserwator, ogłosił zbiórkę na całą Polskę. Już w marcu dostali trzy wagony materiałów, nie tylko płyty i watę, także mnóstwo innych potrzebnych rzeczy.

Do prac, oprócz konserwatorów, włączyli się wolontariusze. Zgłosiło się tyle osób, że nawet nie było czym ich zająć. Ogłosili więc, żeby ludzie przychodzili z własnym sprzętem, choćby z wkrętarką, śrubokrętem czy młotkiem. Zabezpieczali już nie tylko witraże, także elewacje i pomniki (te okładali workami z piaskiem, osłaniali je specjalnymi rusztowaniami i siatką).

Z czasem udoskonalali technikę, wpadali na lepsze rozwiązania. Początkowo słynną kaplicę Boimów obudowali blachą opartą na rusztowaniach. Ale okazało się, że zamieszkali tam bezdomni. Spali, gotowali sobie, istniało ryzyko, że zniszczą elewację, więc konserwatorzy musieli zmienić zabezpieczenia.

W konserwacji lwowskich zabytków zaczęły też pomagać zagraniczne fundacje. Na przykład mieszcząca się w Szwajcarii Aliph, nastawiona na ratowanie dziedzictwa kulturowego w strefach konfliktów zbrojnych. To ona sfinansowała skanowanie lwowskich zabytków, tak żeby na wypadek ich zniszczenia wszystko było udokumentowane. Przy pomocy zagranicznych ekspertów, którzy mieli doświadczenie na terenach zniszczonych wojną, opracowali instrukcje dla mieszkańców na temat tego, co mają robić, gdy zabytki w ich okolicy, czasem nawet ich domy, zostaną ostrzelane.

Lilia Onyszczenko wspominała też o pomocy pozostałym ukraińskim miastom. Cały kwiecień nie było kontaktu z kolegami z Czernichowa, gdzie są cenne średniowieczne cerkwie. Okazało się, że miesiąc siedzieli gdzieś na wsi pod miastem, bez łączności. Na ich cerkwie zrzucono sześć pocisków, na szczęście żaden nie wybuchł.

Na terenach, na których były prowadzone działania wojenne, zniszczenia są ogromne, ucierpiał Charków, a w nim między innymi unikatowy tamtejszy modernizm radzieckich lat 30. Na południu, w Nowej Kachowce, okupowanej od miesięcy przez Rosjan, z osiedla z lat 50., gdzie na blokach były niezwykłe mozaiki, nazywane kamiennymi wyszywankami, chyba już niewiele zostało. Z Onyszczenko współpracę nawiązały dwie tamtejsze architektki. Udało się zrobić wystawę o tym osiedlu, pokazywana była w Chorwacji, niedługo powinna przyjechać do Warszawy.

Rosjanie, celowo lub przypadkiem, niszczą zabytki kultury. Jeszcze w lutym doprowadzili do pożaru w podkijowskim muzeum słynnej ukraińskiej prymitywistki Marii Primaczenko, ostrzelali i zniszczyli również wiele cerkwi. To poruszyło światową opinię publiczną. Jak przyznaje Lilia Onyszczenko: – Pomoc międzynarodowa była ogromna. Dzwonili do nas i Amerykanie, i Niemcy, pytali, jak pomóc. Dla nas to była nowość, do tej pory prawie nikt nam nie pomagał oprócz Polaków.

Niemiecka fundacja pomogła wznowić projekt, który z powodu wojny urząd pani Lilii musiał zawiesić. Chodzi o dofinansowanie remontów lub wymiany drzwi i okien w starych kamienicach, tak żeby pasowały do budynku. Nawet ktoś, kto miał w mieszkaniu nowoczesne plastikowe okna, mógł się zgłosić, żeby wymienić je na zbliżone do oryginału, drewniane. Miasto finansowało 70 procent, obywatele 30, teraz te 70 procent opłacają Niemcy.  

Zabezpieczone okno w bibliotece im. Stefanyka / fot. L. WłodekZabezpieczone okno w bibliotece im. Stefanyka / fot. L. Włodek

– UNESCO się opamiętało dopiero w drugim czy trzecim miesiącu – zauważyła moja rozmówczyni. – Przyjechali do nas, byli w Kijowie. Pomocy na razie nie dostarczyli. A Lwów ma przecież całą starówkę wpisaną na Listę światowego dziedzictwa jako założenie urbanistyczne.

Szefem biura Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO jest Rosjanin, Aleksander Kuzniecow. Jeśli Rosja zbombarduje miasto wpisane na Listę światowego dziedzictwa, to będzie kompromitacja i tej instytucji, i tego kierownika. Kuzniecow podkreśla, że żadne zabytki z Listy nie ucierpiały. – Dlatego teraz – zwróciła moją uwagę Onyszczenko – staramy się wpisać na Listę także Odessę, Charków i Czernichów.

– Tu już było tyle wojen i jednak Lwów ocalał. Wydaje mi się, że nie ma takiej siły, która by ten Lwów zniszczyła – powiedziała mi Lilia Onyszczenko.

Pochodzi ze starej lwowskiej rodziny. Jej dziadek jeszcze przed wojną był adwokatem. Ukraińskim adwokatem, jego klientami też byli głównie Ukraińcy. W 1940 roku, po wejściu Sowietów do miasta, został wywieziony na Syberię. Pisał stamtąd do żony, późniejszej babci pani Lilii, Gieni: „Ucz dzieci rzemiosła. Adwokaci są w tym systemie zupełnie niepotrzebni”. Z zesłania już nie wrócił. Gienia, z dwiema córkami, przeniosła się ze Lwowa na wieś. Starszą, wówczas szesnastoletnią, zabrało NKWD. Wsadzili ją do więzienia, z którego już nie wyszła. Młodsza, matka Lilii, przeżyła wojnę. Wkrótce została sierotą, bo jej matka niedługo po wojnie zmarła.

– Moja matka widziała już jedną inwazję rosyjską – opowiadała mi Onyszczenko. – Mówiła o tym wprost. W mojej rodzinie zawsze była prawda. Nikt mi nie kłamał. Najgorsze jest to, że teraz nic się nie zmieniło. Rosjanie zachowują się tak samo jak wtedy. Jak się posłucha tych nagrań, na których rosyjscy żołnierze rozmawiają z rodzinami, to aż skóra cierpnie. „Trzeba zniszczyć tę Chochlandię” [od rosyjskiego pogardliwego określenia Ukraińców – Chochły] – tak o nas mówią. Uważają, że Ukraina zagraża Rosji. To chorzy ludzie.

Jej zdaniem cały czas trwa ten sam konflikt. Dzisiejsi Ukraińcy doświadczają teraz tego samego, czego w czasie II wojny światowej i po niej doświadczyło pokolenie ich rodziców. Obecna wojna jest tylko jego kolejną odsłoną. – To trwa od czasów Chmielnickiego. Cały czas to samo – powiedziała pod koniec rozmowy ze mną lwowska konserwatorka.

Razem wygramy

Podobnie sprawy widzi Wasyl Fersztej, dyrektor Lwowskiej Narodowej Naukowej Biblioteki Ukrainy imienia Stefanyka. Biblioteka była zmuszona zamknąć swoje czytelnie. Działają tylko online, można zwrócić się o zrobienie kopii danej publikacji, która zostanie wysłana mailem.

Kilka pierwszych miesięcy pełnowymiarowej wojny pracownicy biblioteki zajęci byli głównie zabezpieczaniem ogromnych zbiorów. Składa się na nie wiele milionów książek, w tym cenne rękopisy i starodruki. Te najbardziej wartościowe pochowano do pancernych, ognioodpornych sejfów, inne pozabezpieczano na nowoczesnych, również żaroodpornych półkach. Resztę osłonięto niepalnymi matami. Podobnie jak Onyszczenko, Fersztej wspomniał pomoc fundacji Aliph, a także polskich i międzynarodowych instytucji.

Bez niej byłoby trudno. W budżecie biblioteki zostały pieniądze na pensje dla pracowników i niewiele więcej. W czasie intensywnych ostrzałów 10 i 11 października i związanej z tym awarii prądu spłonęła płyta główna bibliotecznego komputera, trzeba ją odkupić. Przed dyrektorem także zakup generatora.

Kilka dni przed naszym spotkaniem, które toczy się w koszmarnie zimnym gabinecie dyrektora, odbył się pogrzeb jednego z pracowników biblioteki, Jurija Kostjuka. Poszedł na ochotnika. Osierocił czwórkę dzieci. Pracownicy zrzucili się na wsparcie dla jego żony. – Państwo też wspiera wdowy i rodziny poległych, ale my chcieliśmy dać coś od siebie. Wpłacaliśmy prywatnie, nie jako pracownicy. Nie zebraliśmy dużej kwoty, ale każdy chciał pomóc, chociaż symbolicznie – powiedział Fersztej.

Zabezpieczone zbiory w bibliotece im. Stefanyka / fot. L. WłodekZabezpieczone zbiory w bibliotece im. Stefanyka / fot. L. Włodek

Dyrektor ma świadomość, że cała praca nad ochroną zbiorów może nie wystarczyć. – Jeśli będą chcieli nas zniszczyć, zrobią to. Bombardowania biblioteka nie przetrwa – stwierdził gorzko. I zaraz opowiedział mi, jakie sobie w głowie rysował scenariusze. Zastanawiał się, co zrobi, jak Rosjanie wejdą do miasta. Nie wyobrażał sobie, że miałby im przekazać klucze do budynku i wprowadzić w tajniki funkcjonowania instytucji. – Owszem, spotkałbym się z nimi tutaj, ale nie byłoby to pokojowe przekazanie władzy.

Po Rosjanach, uważa, można się spodziewać wszystkiego. Na dowód zacytował mi passus z utworu „Ziemia”, patrona biblioteki, żyjącego sto lat temu ukraińskiego poety, Wasyla Stefanyka:

Moskal idzie i zachodzi słońce. Z Chin, z Syberii, ten dziki naród z dalekiego świata; morduje starców, gwałci młode kobiety i obcina im piersi, a małe dzieci zbiera i rozrzuca je po pustych ziemiach odległego carstwa… Okna w wiosce oślepły i dzwony zamilkły.
(przeł. L. Włodek)

[москаль іде і сонце залягає. І Хина, і Сибір, та дикий нарід з цілого світа; старих ріжуть, молоді жінки гвавтують та цицки відрубують, а малі діти ведуть у колію та розкидають по пустих землях у далекім царстві… Та вікна в селі посліпли, а дзвони заніміли.]

Ostatnie minuty naszej rozmowy poświęcił na omawianie polsko-ukraińskiej współpracy, twierdził, że czas, aby przeszłość przestała dzielić oba narody.
– Zawsze tu do nas przychodzili. A to car, a to Sowieci, czyli rosyjskie samodzierżawie pod sztandarem komunizmu. A teraz chcą nam wprowadzić russkij mir – mówił. – Polacy jak nikt znają tego przeciwnika. Dlatego musimy już odpuścić te kłótnie o to, co było sto lat temu. Nie, nie możemy zapomnieć, historycy muszą badać nasze dzieje, ale to nie może przesłaniać naszej współpracy. Wystarczy i ziemi, i słońca dla naszych dwóch narodów, zawsze to powtarzam i naszym, i waszym historykom.

Na koniec spotkania Wasyl Fersztej podarował mi „Utwory wybrane” Stefanyka w ukraińsko-polskim wydaniu opublikowane razem z Zakładem im. Ossolińskich, którego Biblioteka im. Stefanyka jest kontynuatorką we Lwowie. W dedykacji napisał „Razom peromożemo!” (Razem wygramy!). Kiedy już wychodziłam, włożył mi do ręki garść śliwek w czekoladzie – To na drogę – powiedział, bo wcześniej uprzedzałam, że zaraz po wyjściu od niego jadę pociągiem do Iwano-Frankiwska.

Ukrainie przysięgał wierność

Roza Wildanowa jest badaczką z Instytutu Fizyko-Chemii Paliw Kopalnych w ukraińskiej Akademii Nauk. – Nasz instytut teraz pracuje nad nowymi substancjami dla wojska, na przykład nad taką, która pomaga goić rany – wytłumaczyła mi, kiedy zapytałam, czym się zajmuje.

Ona też odwoływała się do głęboko zakorzenionej na galicyjskich wsiach niechęci do Moskali. Jej własny ból, spowodowany niepokojem o brata ciotecznego, który prawie miesiąc był przetrzymywany w rosyjskiej niewoli, nałożył jej się na krzywdy przodków doznane od rosyjskich okupantów.

Do wojska na ochotnika poszło jej dwóch braci ciotecznych, synowie cioci Lidy: 38-letni Andrij i jego starszy brat, Stepan.

Mama chłopaków straciła z Andrijem na kilka dni kontakt. A potem ktoś z ich rodziny, zupełnie przypadkiem, trafił na filmik w internecie. W kadrze widać mężczyznę, leży z zakrwawioną szmatą na głowie, a rosyjscy żołnierze pytają go, skąd jest. On mówi, że ze Lwowa, i podaje nazwisko. Nie ma wątpliwości, że to Andrij.

Miesiąc, kiedy trzymano go w niewoli, był najtrudniejszym miesiącem w życiu Rozy. Codziennie się o niego modliła, nie mogła spać. W pracy nie była w stanie rozmawiać o swoim bólu, ludzie ją pytali, czy ma jakieś nowe wieści, ale co ona miała odpowiadać, kiedy wieści nie było?

Zaczęła śledzić kilkadziesiąt kanałów na Telegramie, w tym te 18+, chorobliwie słuchać wiadomości, nawet w środku nocy. – Wieczorami puchła mi głowa od tego, jakich okropności robionych przez orki [tak Ukraińcy nazywają rosyjskich żołnierzy] naoglądałam się w ciągu dnia. Byłam w takim stanie, że mogłabym ich pozabijać, gołymi rękami, choć na studiach żal mi było zabijać myszy w laboratorium. A ich bym mogła.

Roza Wildanowa / fot. L. WłodekRoza Wildanowa / fot. L. Włodek

Wreszcie w październiku Andrija uwolnili.
– Tak, wymienili go. – Wildanowa uprzedziła moje pytanie. – Na jakieś ruskie ścierwa, niech sobie jadą do tej swojej Rosji.

Jeszcze nie widziała się z bratem. Zanim go złapali, został ranny. Jej ciocia mówiła, że codziennie go bili. Od razu z niewoli trafił do sanatorium dla wojskowych pod Kijowem. – Leczą go tam, ma pomoc psychologiczną... Zresztą – dodała po chwili – po wojnie wszystkim nam się przyda pomoc psychologiczna.

Ojciec pani Rozy jest Tatarem kazańskim. Rozmawiała z nim przez całe życie po rosyjsku, tylko z mamą po ukraińsku. Był wojskowym. Zajmował się w wojsku finansami. Na przykład szacował straty po Czarnobylu. Kiedy rozpadł się ZSRR i Ukraina zyskała niepodległość, wybrał ukraińskie wojsko. I Ukrainie przysięgał wierność. „Tu mieszka moja rodzina, ta ziemia mnie karmi”, miał ponoć mówić. Przepowiadał rodzinie, że Rosja będzie głównym wrogiem Ukrainy. Nie chcieli mu wierzyć.

– Mam rodzinę w Rosji, nie tylko tę od strony taty. Także jedna z sióstr mamy mieszka w Rosji – opowiadała mi Wildanowa. – Przez wiele lat przyjeżdżali tu do nas w odwiedziny, do Lwowa. Zachwycali się miastem, podobały im się nasze sklepy, nasze kamienice. Chodzili z nami do kawiarni, oglądali wystawy. Nawet chcieli mieszkanie tu kupować. A potem, jak z nimi próbowałam rozmawiać, po 24 lutego, wmawiali mi, że u nas panuje faszystowski reżim i trzeba go zniszczyć. Że Ukraina to nie państwo, że nie może samodzielnie istnieć.

To samo Wildanowa słyszała od swoich kolegów, rosyjskich naukowców. Niedługo po inwazji zaczęła pisać do tych, z którymi miała kontakt przez media społecznościowe. Od wszystkich dostawała takie same odpowiedzi: faszystowski reżim, Ukraina zagraża bezpieczeństwu Rosji.

– Mój dziadek, ojciec mamy, zwykł mawiać, że dobry Moskal, to martwy Moskal. W czasie kolektywizacji aresztowała go NKWD. Jak wrócił do domu, to go babcia nie poznała, tak był pobity i wymizerowany. Teraz myślę, że chyba jednak on miał rację z tymi martwymi Moskalami. Albo nie – dodała po chwili milczenia. – Po prostu trzeba ich od nas wygnać. I na granicy zbudować mur. Najlepiej tak wysoki, żeby nawet ptak nie przeleciał. I zaminować. Tylko zwierząt żal. Trzeba tak zaminować, żeby zwierzęta na to nie wchodziły.

Wildanowa mieszka Gródku, kilkanaście kilometrów na zachód od Lwowa. Długo przebywała w Niemczech na stypendium naukowym. Dzieci nie ma, z mężem się rozwiodła, „zachciało mu się młodszej żony” – poinformowała mnie lakonicznie. Kiedy była za granicą, u niej w domu mieszkała mama, zajmowała się jej kotem i psem, którego pani Roza znalazła kiedyś umierającego z głodu, na polu. Po 24 lutego zapragnęła jednak wrócić, chciała być bliżej mamy. Teraz mieszkają razem, we dwie z psem (bo kot umarł ze starości, miał 19 lat). Gródek jest blisko Jaworowa, tam gdzie koszary, które zbombardowali Rosjanie. Jak spadały bomby, pies się bardzo denerwował.

– Jakoś przetrzymamy tę zimę. Ogrzewanie mam na gaz i elektryczne, chcę kupić generator, ale zwlekam, bo kosztuje co najmniej 100 tysięcy hrywien [prawie 13 tysięcy złotych]. Mam też grill, w razie czego na nim sobie jeść z mamą ugotujemy. Prąd często wyłączają, no ale tak trzeba, muszą oszczędzać. Często są alarmy przeciwlotnicze. Możemy nawet całą zimę siedzieć w piwnicy, w zimnie, byleby tę wojnę wygrać. Cóż to jest piwnica, nasi chłopcy siedzą w okopach, tam to dopiero jest strasznie.

*

Tekst powstał w ramach projektu Re: Open Ukraine prowadzonego przez The Institute for Central European Strategy.

Dział ukraiński powstaje dzięki dofinansowaniu European Cultural Foundation, Instytutu Goethego w Warszawie, Krakowskiego Biura Festiwalowego, Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego oraz Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu.

Partnerzy działu ukraińskiego w Dwutygodniku