Ukraina szykuje się do zimy
zakhariiyusubov.com

23 minuty czytania

/ Obyczaje

Ukraina szykuje się do zimy

Ludwika Włodek

Ukraińcy sprowadzają samochody dla armii, kupują drony i generatory prądu, chodzą do kawiarni i organizują wystawy. Nie przestają wierzyć w wygraną i planują przyszłość – reportaż ze Lwowa

Jeszcze 6 minut czytania

Kiedy widoczny na nagraniu zimny ogień dopalał się, pojawiał się napis: Zacharij Jusupow 2001–2022. Kiedy film się skończył, kilku mężczyzn rozsunęło na całą szerokość sceny dotąd niewidoczne, zawieszone pod sufitem folie, na których nadrukowane zostały rozmaite rysunki – wcześniej oglądaliśmy je w filmie. To były szkice Zacharija, fragmenty prac zaliczeniowych, notatki. Przed sceną stał stolik, a na nim walizka. Ta sama, o której była mowa w filmie. Za życia Zacharij trzymał w niej swoje papiery i inne szpargały. Teraz w walizce były białe kartki. Z siedzącej pod sceną publiczności zaczęły wstawać kolejne osoby, brały po jednej czystej kartce i wsuwały ją między folie. W ten sposób nadrukowane na foliach rysunki stawały się widoczne, prace Zacharija jakby ożywały. Kiedy już wszystkie folie były wypełnione kartkami, skończyła się oficjalna część uroczystości.

W taki sposób przeniesiona z powodu wojny do Lwowa Charkowska Szkoła Architektury żegnała jednego ze swoich studentów, Zacharija Jusupowa. Pochodził z Odessy. Do Charkowa na studia przyjechał już po pierwszym roku architektury w swoim rodzinnym mieście. Jak tylko wybuchła wojna, zaciągnął się do obrony terytorialnej. Na przełomie marca i kwietnia zginął, służąc na froncie. Jego ciało odnaleziono dopiero po pewnym czasie, gdy armia ukraińska zaczęła oswabadzać podcharkowskie wsie spod władzy okupantów.

„Był zdolnym studentem. Oryginalnie myślącym perfekcjonistą. Czasem nie mógł oddać pracy na czas, bo wciąż powtarzał, że jeszcze nie jest taka, jakby chciał. Zwróciłam uwagę już na jego portfolio, ciekawa byłam, kto kryje się za tymi rysunkami” – opowiadała Iryna Macewko, prorektorka Charkowskiej Szkoły Architektury, lwowianka. To z jej inicjatywy szkoła z obstrzeliwanego intensywnie Charkowa przeniosła się właśnie do jej rodzinnego miasta.

Stawiamy na odbudowę

Charkowska Szkoła Architektury jest prywatną uczelnią, działa od 2017 roku. Jednym z jej założycieli jest znany ukraiński architekt, w prywatnym życiu partner Iryny, Oleg Drozdow. „Chcieliśmy zmienić myślenie o architekturze i urbanistyce. Przybliżyć je do społeczeństwa i do natury. Ukraińskie państwowe uczelnie mają wiele zajęć teoretycznych, my stawiamy na praktyczne umiejętności. Nasze założenie jest takie, żeby już absolwenci studiów licencjackich mogli od razu zaczynać pracę jako architekci. Program bardziej przypomina programy skandynawskich uczelni. Teraz, w czasie wojny jeszcze go zmodyfikowaliśmy. Stawiamy na powojenną odbudowę. Kładziemy duży nacisk na post war-studies”.

Po 24 lutego przez chwilę był chaos. Charków znajduje się 40 km od rosyjskiej granicy. „Daliśmy studentom wolne na kilka dni. Ja miałam taki instynkt: jechać do Lwowa, do mamy. I pojechaliśmy” – wspomina Iryna. „Później prowadziliśmy zajęcia online, ale architektury nie można na dłuższą metę tak uczyć, a i tak wcześniej mieliśmy zajęcia zdalne przez pandemię”.

Pojawiła się możliwość tymczasowego przeniesienia całej uczelni do Lwowa. Przyjęła ją państwowa Lwowska Narodowa Akademia Sztuk. Charkowska Szkoła Architektury dostała kilka pokoi w akademiku dla własnych studentów, a przede wszystkim dawną stołówkę i kilka pomieszczeń gospodarczych, w sumie prawie całe piętro. Szybko i tanio zaadaptowała je na własne potrzeby. Powstało kilka sal wykładowych, pracownie i sekretariat, który w utrudnionych warunkach jest jednocześnie siedzibą rektoratu. Do urządzenia została tylko biblioteka, ale pracownicy zaraz i z tym się uporają.

Zacharij JusupowZacharij JusupowTo właśnie w dawnej stołówce zaaranżowanej na salę wykładową odbyło się pożegnanie Zacharija. Z Iryną rozmawiałam w nowej siedzibie sekretariatu. Kilka bardzo prostych mebli, ściany pomalowane na biało, bezpośrednio na cegłach, częściowo tylko pokrytych starym tynkiem. W pomieszczeniu jest jedno, za to wielkie okno pod sufitem. Remontem pomieszczeń zajęli się pracownicy szkoły i studenci. Prywatni sponsorzy sfinansowali tylko najdroższe rzeczy potrzebne do remontu. Na przykład lwowski biznesmen Wasyl Łoza zapłacił za wymianę ramy okiennej na energooszczędną, co ułatwi ogrzewanie pomieszczenia zimą. „Przychodziły nawet do nas panie z Akademii, stwierdziły, że zaadoptowanie pomieszczeń nie musi się łączyć z generalnym remontem, ponownym tynkowaniem ścian i innymi absurdalnie wysokimi kosztami” – chwaliła się Iryna. „O, i u nas, w Akademii, tak zrobimy”, mówiły z uznaniem. Nasi studenci już ożywili przestrzeń publiczną uczelni, dziedziniec i boczne podwórka, wcześniej nikt tego nie używał, a dzięki kilku zastosowanym przez nich trikom teraz stało się ulubionym miejscem wszystkich studentów, zarówno naszych, jak i uczelni macierzystej.

Prostota, elastyczność, praktyczne rozwiązania to, jak zdążyłam się zorientować, główne zasady, do których stosuje się Charkowska Szkoła Architektury. Później, w czasie swojego objazdu po zachodniej Ukrainie, jeszcze wiele razy zobaczę, jak podobne metody działania pomagają Ukraińcom z różnych instytucji z powodzeniem przeciwstawiać się rosyjskiej agresji i adaptować do nowej, wojennej sytuacji.

Nie znaczy to oczywiście, że wszystko idzie gładko. Iryna przyznała, że z nerwów zaczęła mieć kłopoty ze snem. Finansów szkole starczy tylko do końca roku. Utrzymanie jednego studenta kosztuje 240 tysięcy hrywien rocznie (około 31 tysięcy złotych), a czesne wynosiło tylko 120 tysięcy, resztę płacili sponsorzy szkoły. Teraz władze obniżyły czesne o połowę, bo dla przeciętnej ukraińskiej rodziny w czasie wojny 60 tysięcy hrywien to i tak jest dużo. Trzeba szukać kolejnych sponsorów, część studentów ma stypendia, ich studia opłacają darczyńcy, wtedy oni sami płacą mniej, ale nikt nie ma szkoły za darmo.

Charkowska Szkoły Architektury Charkowska Szkoła Architektury

Brak pieniędzy to podstawowa bolączka wszystkich ukraińskich instytucji. Wiele wydatków, co zrozumiałe, idzie na wojsko, także na wojsko najłatwiej jest zrobić zbiórki. Mimo to życie publiczne, społeczne i kulturalne w Ukrainie nie zamarło. Efektywność i umiejętność adaptowania się społeczeństwa do nowych warunków to coś, co mnie chyba najbardziej zaskoczyło. Państwo naprawdę działa, a Ukraińcy mają tysiąc pomysłów na to, jak pogodzić prowadzenie wojny z możliwie normalnym funkcjonowaniem cywilnych instytucji.

Bycie we wspólnocie

Z Dmytro Szerengowskim, prorektorem Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego, spotkałam się w kawiarni Centaur przy lwowskim rynku. Opowiedział mi, że scenariusze działania na rozmaite warianty rozwoju sytuacji pracownicy uczelni wypracowywali na uczelni jeszcze pod koniec 2021 roku. „Osobiście nie wierzyłem, że taka pełnowymiarowa inwazja jest możliwa” – przyznał. „Wydawała mi się tak bardzo nieracjonalna, że zakładałem, że Rosja się jednak na nią nie zdecyduje, ale plany działania mieliśmy na każdą okazję. Był nawet scenariusz, co robimy na wypadek, gdy Lwów zostanie zajęty przez wroga”.

24 lutego Dmytro obudził telefon od mamy. Zaraz potem zadzwonił rektor. Wszyscy już wiedzieli, co mają robić, zebrał się dawno wyznaczony sztab. Każdy znał swoją rolę. „Zaczęliśmy wdrażać to, co zaplanowaliśmy”.

Około połowy studentów wyprowadziło się z akademika. Część w ogóle wyjechała z Ukrainy. Za to do uczelni zaczęli się zwracać ci, których rodziny mieszkały na wschodzie, na terenach bezpośrednio zagrożonych działaniami wojennymi. Uniwersytet zgodził się, żeby w pokojach po tych, którzy się wyprowadzili, ulokować takie osoby. Przyjmowali rodziny obecnych i byłych studentów w potrzebie. Na krótkie terminy, tak żeby mieli kilka spokojnych dni na znalezienie sobie lepszego lokum.

„Najważniejsze dla nas było, żeby w tych trudnych wojennych warunkach nie przerywać procesu nauczania. Rozumieliśmy, że wykładać tak jak do tej pory się nie da, ale po dwóch tygodniach wznowiliśmy zajęcia, stawiając na tak zwane community service learning. To miała być nauka połączona ze służbą społeczeństwu. Sposób, żeby zaangażować naszych studentów w działalność dla wspólnego dobra, którą i tak prawie każdy chciał prowadzić, jednocześnie dając im możliwość doskonalenia umiejętności potrzebnych na ich kierunkach studiów” – tłumaczył Szeregowski.

I tak studenci psychologii zostali zaangażowani w pomoc psychologiczną dla uchodźców, prawnicy pomagali ludziom z wyrabianiem nowych dokumentów, informowali o tym, jakie papiery są potrzebne do wyjazdu za granicę. Informatycy do spółki z antropologami kultury i lingwistami założyli portal Post Stop War in UA, który miał pomagać przeciwdziałać rosyjskiej propagandzie na całym świecie. Są tam wersje postów w różnych językach, gotowych do wrzucenia do mediów społecznościowych. Obalają najczęściej dystrybuowane przez Kreml kłamstwa dotyczące Ukrainy i samej wojny. Politolodzy natomiast zgłosili się do ukraińskich parlamentarzystów wszystkich opcji politycznych z propozycją, że pomogą im nawiązać współpracę z podobnymi ideologicznie partiami na całym świecie, która będzie miała na celu wsparcie dla Ukrainy w wojnie z Rosją.

Tak działali przez pierwszy miesiąc od ataku. Pod koniec marca wznowili regularne nauczanie. Online, bo wielu studentów było za granicą, część wróciła do swoich rodzinnych ukraińskich miejscowości, by być bliżej rodziny. Nabór na kolejny rok poszedł dobrze, teraz uczelnia działa stacjonarnie. Osiemdziesięciu studentom, którzy są za granicą, załatwiono nauczanie na uczelniach partnerskich. Podobnie z wykładowcami.

„Zajęcia przerywamy, kiedy są alarmy bombowe. Schodzimy do schronu. Mamy własny generator. Jak nie będzie prądu, pozwoli nam funkcjonować przez trzy dni. Bycie we wspólnocie uważamy za wartość, dlatego przejście na nauczanie online to dla nas ostateczność. Już podjęliśmy decyzję, że zimą, w razie problemów z ogrzewaniem, zrobimy to dopiero, gdy temperatura w salach spadnie poniżej 15 stopni”.

Skąd ta energia

Właśnie taka, może niewiele wyższa, temperatura już teraz panuje w knajpie mieszczącej się w piwnicy klasztoru bernardynów. Mimo to klientów nie brakuje. Właścicielem lokalu jest Ołeś Dzyndra, lwowski człowiek legenda.

„Nie spodziewałem się, że Ukraińcy aż tak dobrze dadzą sobie radę. Nie mam pojęcia, skąd bierze się ta energia, ale jest, i to najważniejsze” – powiedział mi w pierwszych minutach naszego spotkania. Zgodził się porozmawiać, mimo że jeszcze tego samego ranka jechał do Genewy po kolejny samochód dla żołnierzy.

W sprowadzanie samochodów dla armii zaangażowało się mnóstwo prywatnych osób. Od końca lutego przywieziono ich do Ukrainy już ponad 6 tysięcy. To głównie używane terenówki kupowane za pieniądze zebrane od ludzi. Wolontariusze jeżdżą po nie na Zachód i przekazują potem ukraińskim żołnierzom, którzy używają ich do zaopatrzenia czy transportu rannych.

Dzyndra wozi samochody z dwójką swoich kolegów. Nazwali się grupą 202, bo razem właśnie tyle mają lat. Wynajduje im je syn Ołesia, który mieszka w Genewie. A oni zbierają na nie pieniądze, a później je przywożą. Mieli zresztą przez to straszne problemy. Nie tylko oni, także inni wolontariusze. Ponad 50 osób z całego kraju ma sprawę karną. Ołesiowi skonfiskowano telefon jako dowód rzeczowy. W zasadzie cała Ukraina wie, że samochody wojsku są potrzebne i że ci, co je sprowadzają, robią to całkowicie uczciwie, a mimo to sprawa się toczy. Wszystko przez lukę prawną. Samochody na granicy deklarowano jako pomoc humanitarną, żeby nie płacić za nie cła, choć naprawdę taką pomocą humanitarną w świetle ukraińskiego prawa nie są. Nikt ich za darmo nie przekazuje, kupowane są ze składek dobrowolnych darczyńców. Teraz Dzyndry i reszty zaangażowanych w podobne akcje osób bronią najlepsi ukraińscy adwokaci. Wierzą, że ich wybronią, a ukraiński parlament tak zmieni prawo, żeby już więcej odpowiedzialność karna nie groziła osobom rwącym się do pomocy.

Sprowadzanie samochodów to zresztą niejedyna działalność pomocowa związana z wojną, w jaką zaangażował się Dzyndra. Najpierw, już od 25 lutego, w jego knajpie wydawano obiady dla uchodźców. W sumie 16 tysięcy porcji. Później sprowadzano też kamizelki kuloodporne i radiostacje dla wojska. Zbierano je po całym świecie, setki. W pierwszym etapie po agresji bardzo się przydały. Od kiedy Zachód zaczął Ukrainie pomagać na większą skalę, armia ma już bardziej profesjonalny sprzęt, ale w pierwszych tygodniach wojny zapewne niejednemu żołnierzowi sprowadzane z zagranicy przez wolontariuszy radiostacje uratowały życie.

Do pomagania chłopcom na froncie Ołeś wykorzystuje ogromną siatkę kontaktów i przyjaciół za granicą, którą stworzył przez lata działalności artystycznej i społecznej. 30 lat temu założył Muzeum Idei. „Na czym to polega? Nie wiem” – opowiedział mi. „A założyłem, bo mi było tęskno”.

Pożegnanie poległych, Lwów / fot. L. WłodekPożegnanie poległych, Lwów / fot. L. Włodek

W ramach Muzeum Idei zrobił w ciągu tych trzech dekad, nie sam oczywiście, a ze współpracującymi z nim podobnymi entuzjastami, ponad 300 wystaw, zainicjował 12 festiwali artystycznych, w tym cztery międzynarodowe. Mimo wojny Muzeum Idei nadal działa. Udało się skończyć jeden z zaczętych kilka lat temu projektów. Dzyndra nazywa go tołoka, od słowa używanego na określenie pomocy sąsiedzkiej, takiej jak wspólne stawianie nowego domu pogorzelcom. Lwowska bohema zaprzyjaźniona z Ołesiem w ramach takiej tołoki wybudowała kopię dalmackiego kościoła z 891 roku. To najmniejsza na świecie katedra. Jej ukraińska kopia tylko tym się różni od chorwackiego oryginału, że zamiast kamieniami kryta jest gontem. Minikatedra stoi na terenie nad knajpą, którą Dzyndra dzierżawi od miasta. To restauracja zarabia na dzierżawę, kopia dalmackiej katedry nie ma zarabiać, ma cieszyć oko, dawać wytchnienie, pozwolić oderwać się ludziom od smutnych myśli o wojnie. Będą tam organizowane różne projekty audio i wideo. Wystawy są też w samej knajpie. Teraz akurat trwa wystawa fotografii ukraińskiej fotografki Olenki Jankowskiej „Intymnie”.

Patrzeć w oczy dzieci

Życie we Lwowie toczy się mimo wojny. Działają słynne lwowskie kawiarnie, ludzie przechadzają się po rynku i przed operą, jak dawniej, choć może zamiast turystów tłum na ulicach robią uchodźcy ze wschodu, złaknieni tego pięknego miasta, które daje im namiastkę normalności. Ale wojna nieubłaganie naznacza tutejsze życie. Nawet kilka razy dziennie wybrzmiewa sygnał alarmu przeciwlotniczego, napisy v ukrittja (do schronu) rzucają się w oczy ze ścian i murów, zwłaszcza publicznych budynków.

Na Cmentarzu Łyczakowskim już dawno zabrakło miejsca na groby poległych na froncie żołnierzy. Do marca chowano ich na dole, u stóp gigantycznego archanioła Michała z pomnika Ukraińskiej Armii Halickiej, koło ofiar NKWD i żołnierzy poległych na Donbasie od 2014 roku. W kwietniu zabitych zaczęto chować pod murem cmentarza. Miejsce to lwowianie nazwali Polem Marsowym. Doliczyłam się tam ponad stu grobów, najświeższe były sprzed kilku dni.

Każdy poległy żołnierz ma na grobie zdjęcie. Morze ukraińskich flag (niebiesko-żółtych i czarno-czerwonych), jaskrawe kolory chryzantemowych bukietów i te zdjęcia, takie współczesne, niemal jak na Tinderze. Można by wybierać, który najprzystojniejszy, który najsympatyczniejszy. Jeden ze słuchawkami w uszach, inny z psem. Wypatrzyłam nawet jedną dziewczynę. Wszystko to razem robiło koszmarnie smutne wrażenie. Uprzytomniało cały bezsens tej wojny, pokazywało, ile młodych żyć zabiera, ile ludzkich losów łamie, ilu ludzi przeznaczonych do innych celów rozrywa odłamkami i miesza ich ciała z błotem.

Cmentarz Łyczakowski / fot. L. WłodekCmentarz Łyczakowski / fot. L. Włodek

„We Lwowie codziennie odbywają się uroczyste pogrzeby poległych żołnierzy. Uczestniczę w nich. Najtrudniej jest patrzeć w oczy dzieci, które straciły ojców. One pewnie często jeszcze nie rozumieją, co się dokładnie stało, ale czują ból i napięcie. Sam mam pięciu synów, dlatego los tych wojennych sierot odbieram bardzo osobiście” – powiedział mi Andrij Sadowy, mer Lwowa.

Kupujemy generatory i drewno

Spotkaliśmy się w piątkowe popołudnie w końcu października. Poprosił mnie, żebym podjechała do miejskiego szpitala przy ulicy Hetmana Mazepy, brał tam udział w otwarciu Centrum Zdrowia Psychicznego. Takie centra, służące rehabilitacji psychicznej ofiar wojny: okaleczonych na froncie żołnierzy, cywilów rannych w wyniku nieprzyjacielskiego ostrzału, ciężko doświadczonych uchodźców wewnętrznych i osób, które straciły najbliższych, mają powstawać w całej Ukrainie. „U nas ludzie wciąż mają opory przed szukaniem pomocy psychiatrów, a nawet psychologów. Do oddzielnego szpitala psychiatrycznego mało kto by się zgłaszał, a tak pacjenci będą tu trafiać przy okazji, lecząc urazy fizyczne” – tłumaczył mer.

Choć było jeszcze ciepło i słonecznie, dużą część naszej rozmowy pochłonęły przygotowania miasta do zimy. Dla Sadowego teraz to zadanie numer jeden. Rosjanie zniszczyli cztery kluczowe dla lwowskiego systemu energetycznego obiekty. Lwów, podobnie jak inne ukraińskie miasta, musiał zacząć drastycznie oszczędzać energię. Ograniczono do minimum oświetlenie ulic i budynków, zwlekano z rozpoczęciem sezonu grzewczego, co akurat przy wyjątkowo ładnej pogodzie nie stanowi na razie większego problemu. Ale konieczny jest zakup generatorów o dużej mocy, tak żeby na wypadek kolejnych awarii kluczowe dla miasta instytucje nie były zależne od dostaw prądu. „Rozważamy oferty z Niemiec i Turcji. Być może część kosztów pokryją sponsorzy, ale pieniądze nie są tu najważniejsze, ważne, żeby sprowadzić maszyny jak najbardziej wydajne i niezawodne” – opowiadał mi Sadowy. „Kupujemy też drewno, z tym jest prościej, bo dostarczają go lokalni producenci z naszego regionu. Chcemy, żeby w schronach były dobrze działające piece, tak żeby ludzie mogli tam nie tylko ukryć się przed nadlatującymi rakietami, ale też ogrzać. Bo z tym, że tej zimy w większości mieszkań będzie zimno, musimy się niestety liczyć”.

Po 24 lutego Lwów zaczął inaczej funkcjonować. Wstrzymano zaplanowane wcześniej remonty dróg i inwestycje. Ogromna część miejskiego budżetu poszła na wydatki związane z wojną, w tym na pomoc uchodźcom, których w najbardziej krytycznym momencie, na przełomie marca i kwietnia, przebywało we Lwowie ponad 300 tysięcy. Teraz jest ich pewnie o połowę mniej (choć trudno to oszacować, bo wiele osób kursuje pomiędzy Lwowem a swoim dawnym miejscem zamieszkania lub zagranicą). „Bezpieczeństwo i fizyczne przetrwanie mieszkańców i samego miasta to teraz nasze najważniejsze cele” – zapewniał mnie mer.

Rodzi się nowa Ukraina

Dużo mówił o trudnościach, ale wydawał się mocno zdeterminowany: „Nie mamy wyboru, albo wygramy tę wojnę, albo będą ją toczyć kolejne kraje i kolejne pokolenia. Przechodzimy przez coś, co można przyrównać tylko do porodu. To bardzo trudny proces, jest przy tym wiele bólu i krwi, ale rodzi się z tego nowa, silna i zjednoczona Ukraina”.

Pozytywny, przeobrażeniowy aspekt wojny dostrzegł też Igor Balinskij, dziennikarz, współtwórca lwowskiego Media Forum. Jego zdaniem jeszcze w 2014 roku ludzie na zachodzie mniej się przejmowali tym, co dzieje się na wschodzie kraju. „Donbas był daleko, wielu myślało, że toczy się tam konflikt na lokalną skalę. Teraz wszyscy zrozumieli, że całe terytorium Ukrainy jest połączone. To tragiczne, ale te odbywające się codziennie w mieście pogrzeby żołnierzy poległych w walce o Chersoń czy Donbas uświadamiają Ukraińcom ten związek”.

Ponad 40 procent Ukraińców zaangażowanych jest w różne zbiórki i akcje charytatywne związane z pomocą żołnierzom i uchodźcom. To ogromny odsetek. I na razie się utrzymuje, co pokazuje skalę ogólnonarodowej solidarności. „My do końca nawet nie rozumiemy zmian, jakie dokonały się w naszym życiu” – stwierdził Balinskij. „Niby przyzwyczailiśmy się do alarmów bombowych, ale przecież każda taka syrena to cios w naszą psychikę. Z drugiej strony umiejętność adaptowania się do sytuacji jest niesamowita. To zaangażowanie podtrzymuje wiarę, że musimy nie tylko wytrzymać, ale i wygrać tę wojnę. Mamy takie poczucie, że ciągle musimy być czujni, że musimy elastycznie reagować na nowe sytuacje, zmienić siebie i kraj”.

Igor Balinskij nie ma wątpliwości, że Ukraina po wojnie będzie inna niż teraz. Trzeba ją będzie odbudować, ale przy okazji wiele się zmieni. „Infrastruktura, drogi, logistyka, wszystko to zostanie dostosowane do nowej sytuacji geopolitycznej” – tłumaczył. „Ta wojna ostatecznie pogrzebie radziecką Ukrainę. Przecież nikt nie będzie odbudowywał na przykład zakładów azotowych w Siewierodoniecku. To nie będzie miało sensu. Nowa infrastruktura będzie nakierowana na współpracę z Zachodem. Nikt nie zrobił tyle dla zniszczenia radzieckich pozostałości w Ukrainie co Putin. Wojna spowoduje, że wreszcie zerwiemy wszelkie współzależności z Rosją, które odziedziczyliśmy po poprzednim systemie, i całkowicie przeorientujemy nasz kraj na integrację z NATO i Unią Europejską”.

Koniec radzieckiego dziedzictwa

Na uroczystości ku pamięci Zacharija Jusupowa, studenta Charkowskiej Szkoły Architektury, przede mną siedziała kobieta z niemowlęciem. Drobna blondynka, co jakiś czas wstawała z krzesła i przechadzała się z boku sali, żeby uspokoić dziecko. Myślałam, że to studentka. Dopiero potem, od Iryny, dowiedziałam się, że to matka Zacharija. Kiedy zginął, była jeszcze w ciąży.

Teraz ta scena wydaje mi się symboliczna. Zestawiam ją sobie w głowie ze słowami Sadowego o bolesnym i krwawym porodzie, na skutek którego rodzi się nowa Ukraina. Cena za ten nowy kraj jest bardzo wysoka. Władze ukraińskie celowo nie podają, ilu żołnierzy straciła ich własna armia, ale zagraniczni eksperci szacują, że może chodzić nawet o dziesiątki tysięcy zabitych. Świeżych grobów przybywa codziennie w każdym ukraińskim mieście. To prawda, co mówiło wielu moich rozmówców: wojna nie tylko przyczyni się do szkód materialnych, odbije się także na psychice każdego obywatela. Skali zniszczeń nawet nie jesteśmy jeszcze w stanie oszacować. Już teraz jednak wiadomo, że wojna, ale też towarzyszące jej solidarność i mobilizacja, stworzą podwaliny pod nowoczesne społeczeństwo, które ostatecznie uwolni się od swojego poradzieckiego dziedzictwa.

Homo sovieticus, typowy obywatel ukształtowany przez system radziecki, miał być oportunistyczny, bierny, pozbawiony inicjatywy, miał czekać, aż zrobią coś za niego. Patrząc na to, jak Ukraińcy radzą sobie z wojennymi trudnościami, jacy są aktywni i pomysłowi, jak bardzo się angażują, śmiało można stwierdzić, że Ukraina już teraz pozbyła się sowieckiego balastu. Dzisiejszym swoim działaniem Ukraińcy udowadniają, że proeuropejski wybór, jakiego dokonali na Majdanie w czasie Rewolucji Godności w 2014 roku, nie był czczą deklaracją.

Tekst powstał w ramach projektu Re: Open Ukraine prowadzonego przez The Institute for Central European Strategy.

Dział ukraiński powstaje dzięki dofinansowaniu European Cultural Foundation, Instytutu Goethego w Warszawie, Krakowskiego Biura Festiwalowego, Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego oraz Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu.

Partnerzy działu ukraińskiego w Dwutygodniku