Ze świata
fot. Falco Negenman/Unsplash

24 minuty czytania

/ Media

Ze świata

Ludwika Włodek

W tradycyjnych mediach działy zagraniczne konsekwentnie się kurczą. Okazuje się jednak, że czytelnicy i słuchacze wciąż potrzebują sprawdzonych i wyselekcjonowanych informacji ze świata. I są gotowi za nie płacić – reportaż o podcastach o tematyce zagranicznej

Jeszcze 6 minut czytania

Prowadzony przez Macieja Okraszewskiego podcast „Dział zagraniczny” ma w podtytule hasło: „Polskiego czytelnika to nie interesuje”. Okraszewski słyszał taką odpowiedź wielokrotnie od redaktorów najważniejszych polskich gazet i magazynów: „Gazety Wyborczej”, „Polityki”, „Newsweeka”, kiedy proponował tematy z dalekiego świata.

Mam podobne doświadczenia. Od lat staram się pisać do polskich mediów o zagranicy, i to tej, która do niedawna uchodziła za temat wybitnie niszowy: obszarach poradzieckich, w tym o krajach Azji Środkowej, Afganistanie, Iranie. Dziś, w związku z wojną w Ukrainie, protestami w Iranie i przejęciem władzy przez talibów w Afganistanie, wzrosło zainteresowanie tymi obszarami. Jednak dziesięć lat temu większość redaktorów na propozycje tekstu o Tadżykistanie, Mołdawii czy Afganistanie reagowało wzruszeniem ramion, często śmiechem. Jak już tekst zamówili i przyjęli do druku, leżał zazwyczaj wiele tygodni w redakcyjnych folderach, czekając na swoją kolej do publikacji, bo zawsze, zdaniem wydawców, działo się coś ważniejszego.

Polskie media interesowały się wyłącznie Stanami Zjednoczonymi, Rosją i ewentualnie największymi krajami Europy (ale i to nie zawsze). Dodatkowo temat musiał mieć podtekst obyczajowo-lajfstajlowy. Te mówiące o trudnych problemach społecznych czy polityce narażone były na odrzucenie lub leżakowanie aż do całkowitej dezaktualizacji. Na przykład o pakistańskiej polityce udało mi się napisać i opublikować tekst, kiedy jego główną bohaterką uczyniłam ówczesną ministerkę spraw zagranicznych – Hinę Rabbani Khar.

Kiedy w 2006 roku zaczęłam pracować w „Gazecie Wyborczej”, jej dział zagraniczny liczył kilkunastu etatowych pracowników. We wrześniu 2012 roku, po fali zwolnień, zostało tam zaledwie kilka osób. „Gazeta Świąteczna”, gdzie pracowałam, za mojej pamięci pozbyła się specjalnego dodatku „Gazeta Środkowoeuropejska”, a zagraniczną publicystykę i reportaże zaczęły w niej wypierać wywiady z aktorami.

Podobnie działo się w innych gazetach. Powszechnie mówiło się o tym, że czołówka z zagranicy obniża sprzedaż. Autorzy piszący o innych państwach niż Polska przestali dostawać pieniądze na wyjazdy. Żeby gdzieś pojechać, trzeba było kombinować finansowanie z zewnątrz. Ktoś umawiał się z Polską Akcją Humanitarną, że opisze jej projekt budowania studni w Palestynie, ktoś załapał się na wyjazd do Stanów z fundacją z Nowego Jorku. Komuś wydawca opłacił podróż do Francji na wywiad z pisarzem, autor leciał do Francji i przy okazji robił inne tematy. Ja sama byłam w Afganistanie z wojskiem. Zafundowano mi podróż wojskowym samolotem, w zamian miałam opisać, jak funkcjonuje polski program pomocy regionalnej w prowincji Ghazni, za którą Polacy byli wówczas odpowiedzialni. Przy okazji zostałam jeszcze kilkanaście dni w Kabulu, żeby zebrać materiały do tekstów na inne tematy.

Hitem jest Korea

Okraszewski używa swojego hasła przewrotnie, bo sam udowodnił, że jest nieprawdziwe. W serwisie Patronite udało mu się na prowadzenie „Działu Zagranicznego” zebrać już blisko milion złotych, a miesięczne wpłaty wynoszą prawie 40 tysięcy złotych. Każdego odcinka jego podcastu słucha kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Niedawno „Dział Zagraniczny” rozszerzył swoją działalność. To już nie tylko wywiady z ekspertami od różnych krajów czy problemów i krótkie filmiki objaśniające niektóre zjawiska. Na jego stronie można też przeczytać pełnokrwiste reportaże różnych autorów, których łączy jedno: na własne oczy widzieli to, o czym piszą. Okraszewski płaci za te teksty najlepiej na rynku (wiem, bo i mój reportaż niedługo tam się ukaże, a wspominam o tym, żeby nikt nie posądził mnie o to, że ukrywam jakiś konflikt interesów).

Początki „Działu Zagranicznego” były jednak bardzo skromne. „To, że redaktorzy nie mają racji, odpowiadając mi, że polskiego czytelnika to nie interesuje, wiedziałem w zasadzie od zawsze” – przyznaje w rozmowie Okraszewski. „No bo jak nie interesuje, skoro mnie interesuje, moich znajomych interesuje, a to my przecież jesteśmy takimi potencjalnymi czytelnikami? Kiedy na imprezie zaczynałem opowiadać o jakichś wydarzeniach z Chile czy Hiszpanii, ludzie słuchali mnie z rozszerzonymi oczami, dopytywali o szczegóły. Zagranicą interesowała się też moja własna rodzina, choć nie pochodzę z jakiejś specjalnie uprzywilejowanej klasy społecznej. Moi rodzice byli pierwszym pokoleniem z wyższym wykształceniem. Moja babcia przeniosła się do Łodzi ze wsi, skończywszy sześć klas podstawówki. Mimo to co tydzień oglądałem z nią program „7 Dni Świat”. Może nie umiałaby na mapie wskazać wszystkich krajów, o których tam była mowa, ale słuchała z zainteresowaniem”.

Najpierw, w 2011 roku, Okraszewski założył blog. Czytało go kilka tysięcy osób. Wykonywał tę pracę, jak to nazywa, pro publico bono, mając poczucie, że dostarcza czytelnikom treści, których nie znajdą w polskich mediach. „W bańce dziennikarskiej – opowiada – częstym argumentem za tym, że nie warto pisać o zagranicy, było stwierdzenie, że te treści i tak są w »Guardianie« czy w »New York Timesie«. Ale poza naszą bańką nie każdy umie sięgać do tych źródeł informacji, nie każdy zna język na wystarczającym poziomie, by takie teksty czytać. Dlaczego tacy ludzie, a jest ich zdecydowana większość, mieliby być pozbawieni rzetelnej informacji o świecie? Zarabiałem więc na pisaniu tekstów w stylu „Rodzi się royal baby”, a po godzinach, za darmo, prowadziłem blog”.


Taki sposób życia robił się coraz trudniejszy do zniesienia. Wieczne odmowy, przetrzymywanie tekstów, a przede wszystkim brak stałego, pewnego źródła dochodów w pewnym wieku robią się frustrujące. Okraszewski zaczął pytać po redakcjach, czy nie dałyby mu etatu. Kilka powiedziało mu wprost, że tego nie zrobi. Na przykład redakcja tygodnika „Polityka”, której dział zagraniczny ponoć uchodził za przykład tego, jak można tanim kosztem robić gazetę rękami pracowników zewnętrznych.

Okraszewski zaczął więc szukać pracy poza branżą, a zamiast bloga zaczął nagrywać podcast. Pierwsze odcinki nagrał jesienią 2019 roku. „Robiłem to totalnie po amatorsku, we własnej kuchni. Na kanapie leżał pies, który co jakiś czas schodził i zaczepiał moich gości”. Pierwsza rozmowa była z Joanną Gierak-Onoszko o Kanadzie, druga o tajskim boksie. Trzecim jego gościem, i pierwszym, którego nie znał przedtem osobiście, był profesor Marcin Jacoby. Rozmawiali o Korei. Kiedy miał już nagrane trzy odcinki, wyemitował pierwszy. Odsłuchało go kilkadziesiąt osób. W ciągu tygodnia dobił do kilkuset kliknięć. Mniej więcej w tym samym czasie wybuchła pandemia. W ciągu dwóch pierwszych miesięcy zaliczył spadek zainteresowania, ale potem, kiedy ludzie ochłonęli już po pierwszym szoku przymusowej izolacji, słuchalność zaczęła szybko rosnąć. Wtedy też Spotify zaczął promować podcasty.

Od tego czasu Okraszewskiemu przyrasta słuchaczy konsekwentnie, ale powoli. Są mniej i bardziej popularne tematy. Jednym z częściej klikanych podcastów był ten o kobietach we włoskiej mafii. Jest ich coraz więcej, ale nie łączy się to z emancypacją. To raczej efekt uboczny tego, że mafiozi giną lub trafiają do więzień. Żony i córki zastępują ich na stanowiskach, ale gra wciąż toczy się na męskich zasadach. Prawdziwym hitem zawsze jest Korea. Najprawdopodobniej dlatego, że jest to kraj bardzo lubiany przez młodych, zwłaszcza przez dziewczyny, a wśród słuchaczy „Działu Zagranicznego” 70 procent ma pomiędzy 24 i 35 lat, z czego 60 procent to kobiety. Magnesem przyciągającym słuchaczy są też zbrodnie, zamachy i inne tragiczne wydarzenia. To akurat jest typowe dla wszystkich mediów. Od dawna wiadomo, że trup na okładce sprzedaje gazetę. Podcast, jak się okazuje, też.

W „Dziale Zagranicznym” nie sprawdza się jednak inna reguła dotycząca tradycyjnych mediów. Tu tematy o sporcie słuchają się przeciętnie gorzej od innych. „Zdarza się, że słuchacze albo słuchaczki piszą do mnie, że najpierw omijały tematy sportowe, ale zachęcone innymi rozmowami sięgnęły także do tych o sporcie i nie zawiodły się”. Okraszewski zapewnia jednak, że nie dobiera ani tematów, ani rozmówców pod kątem popularności. Robi po prostu to, co go interesuje i wydaje mu się ważne.

Najlepsza praca na świecie

Dokładnie takie samo kryterium stosuje Dariusz Rosiak. „Robię programy o tym, co mi wydaje się ciekawe i ważne” – przyznaje. Jego „Raport o Stanie Świata” przez wiele lat był audycją w radiowej Trójce. Może właśnie dlatego, że traktował o zagranicy, a nie o sprawach polskich, stosunkowo długo udawało mu się utrzymywać niezależność. W końcu jednak i na Rosiaka przyszła kolej. Kiedy wyrzucono go z Trójki, najpierw próbował swój „Raport” przenieść do innego dużego, tradycyjnego medium. Prowadził rozmowy z kilkoma redakcjami, ale wszystkie albo chciały zmienić jego program, albo proponowały niekorzystne warunki.

Z konieczności zaczął więc działać samodzielnie. Wystartował w podobnym czasie co Okraszewski ze swoim „Działem Zagranicznym” – w marcu 2020 roku, na początku pandemii. Do zbierania pieniędzy na Patronite początkowo podchodził z nieufnością, ale szybko przekonał się, że daje mu to idealne warunki pracy. Nie ma tylu słuchaczy, ilu miał w radiu, ale jak na podcastowe audytorium (siłą rzeczy znacznie węższe, bo tu konieczna jest podstawowa znajomość technologii, starsi i wykluczeni cyfrowo słuchacze niestety odpadają) jest prawdziwym gigantem. Już po kilku pierwszych dniach podcast miał 15 tysięcy wejść. Bardzo szybko okazało się, że Rosiaka będzie stać na robienie co najmniej czterech audycji w miesiącu. Dziś każdy „Raport o Stanie Świata” ma około 170 tysięcy odsłon i utrzymuje się na początku pierwszej dziesiątki najlepiej słuchanych podcastów w Polsce.

„Każdy nowy odcinek głównego, sobotniego „Raportu” ląduje na pierwszym miejscu w Spotify. Podobne wyniki ma „Raport na Dziś”, poświęcony zawsze jednemu wydarzeniu, emitowany we środy. Nieco gorzej słucha się „Raport o Książkach”, ale to niestety normalne przy tego typu tematyce” – stwierdza.

Nie bał się zaryzykować. Zwolniony z publicznego radia, nie znalazł się w nowej dla siebie sytuacji. Wcześniej też bywał freelancerem. „Każdy z nas, pracujących w mediach, ma chwile zwątpienia”, przyznaje. „Zastanawiamy się, czy to, co robimy, ma sens i komu to jest w ogóle potrzebne. Ale to, co się stało z »Raportem«, było najlepszym potwierdzeniem, że jestem na dobrej drodze. Mamy ponad sześć i pół tysiąca osób, które z własnej woli, do niczego nie zmuszane, zadeklarowały się wpłacać nam pieniądze, żebyśmy mogli nadal robić nasz program”.

Na Patronite „Raport o Stanie Świata” zebrał ponad milion złotych. Dziś co miesiąc ma prawie 100 tysięcy złotych wpłat. Do tego dochodzą jeszcze sponsorzy, którzy osobiście umawiają się z Rosiakiem. Jest wśród nich na przykład Sebastian Kulczyk, który sfinansował produkcję „Raportu z Przyszłości”, czyli, jak to określa redakcja, „reportersko-publicystycznego słuchowiska o tym, jak zmienia się świat”.


Zaczynał z Agatą Kasprolewicz. Dziś ma pięciu stałych pracowników, wielu współpracowników i wynajmuje profesjonalne studio nagrań. „Uważam, że mam najlepszą pracę na świecie. Jesteśmy całkowicie niezależni” – chwali się Rosiak. „Nikomu nie muszę się tłumaczyć, dlaczego robię audycję o Peru, dlaczego to czy tamto wydarzenie jest ważne. Nie mam działu marketingu, mojego programu nie przerywają reklamy. Nikt mi nie każe mówić jakichś promocyjnych głupot. Na początku bałem się trochę, że będzie jakiś szklany sufit, coś w okolicach 20–30 tysięcy słuchaczy, i że nie uda mi się tego przebić. Ale stało się inaczej. Okazało się, że jeśli oferuje się ludziom program na wysokim poziomie, to nie tylko chcą go słuchać, ale gotowi są za niego płacić. A przecież my nikogo do płacenia nie zmuszamy, można nas słuchać całkowicie za darmo. Mimo to ludzie odczuwają potrzebę, by nas wspierać”.

Rosiak uważa, że w uprawianym przez mainstreamowe media narzekaniu na czytelników i słuchaczy było wiele z polskich kompleksów. „Wmawiano nam, że Polacy niczym się nie interesują, że są zaściankowi, tylko własny grajdół chcieliby śledzić. Tymczasem sukces takich podcastów jak mój czy Maćka Okraszewskiego zadaje kłam tym opiniom”.

Najciekawsze jest to, że w świecie podcastów, jak zapewnia Rosiak, nie toczy się gra o sumie zerowej. Teoretycznie on i Okraszewski mogliby być uznani za konkurencję. Ale tak nie jest. Słuchalność i dobre wyniki jednego podbijają popularność drugiego. „Maciek był u mnie, ja u Maćka. Po każdej takiej wizycie obu nam skoczyła słuchalność. Ludzie nabierają apetytu na ciekawe informacje o świecie” – tłumaczy Rosiak.

Dziesięć razy mniej

Wśród twórców podcastów na tematy zagraniczne dominują mężczyźni. Do popularnych audycji można zaliczyć jeszcze stroniące od bieżącej polityki, ale też poświęcone zagranicy „Brzmienie Świata” Pawła Drozda (prawie 19 tysięcy złotych miesięcznie na Patronite). W tradycyjnych mediach jest sporo kobiet, które piszą lub mówią o polityce zagranicznej. Choćby Agnieszka Lichnerowicz, której świetna audycja „Światopodgląd” w TOK FM w niczym nie ustępuje podcastom Okraszewskiego czy Rosiaka, choć często jej wywiady z ekspertami są krótsze ze względu na format radiowej ramówki.

Natomiast „Drzazgi Świata”, podcast Kamili Kielar, która często zaprasza tych samych gości co Okraszewski czy Rosiak (ostatnio była u niej na przykład Urszula Chylaszek, wcześniej obecna w „Dziale zagranicznym”, autorka książki „Kanska. Miłość na Wyspach Owczych”) i robi z nimi długie rozmowy, ma na Patronite zaledwie 39 wspierających, którzy łącznie płacą jej 870 złotych miesięcznie. A jest tam obecna tak samo długo co obaj panowie, od pandemicznej wiosny 2020 roku. Kobiety są w pierwszej dziesiątce podcastów Spotify, ale z tematami, które można nazwać psychologiczno-obyczajowymi: Joanna Okuniewska ze swoim „Ja i Moje Przyjaciółki Idiotki” czy Marta Niedźwiedzka z „O Zmierzchu”.

Pieniądze na Patronite zbiera też Jagoda Grondecka, która publikuje głównie na Instagramie (nieraz dostaje kilkadziesiąt tysięcy lajków, a kilka tysięcy to u niej norma). Publikuje też trochę w tradycyjnych mediach, głównie w „Krytyce Politycznej” i w „Gazecie Wyborczej”. Jej główny temat to Afganistan, gdzie częściowo mieszka, a czasem inne kraje regionu – teraz głównie Iran. Na Patronite ma 177 patronów, którzy wpłacają ponad 3 tysiące złotych miesięcznie. To niezły wynik, ale ponad dziesięć razy gorszy niż Okraszewskiego i trzydzieści razy niż ten Rosiaka.

Jestem miło zdziwiona

Zupełnie niekomercyjnie prowadzi swój „Atlas Świata” Ana Matusevic. Pierwszy odcinek wyemitowała 1 stycznia 2022 roku. Rozmawiała z mieszkającą w Polsce, a pochodzącą z Rosji dziennikarką Maszą Makarową. Temat: „Inoagenci”, czyli agenci zagraniczni w rosyjskich mediach. Tak kremlowskie władze nazywają większość niezależnych dziennikarzy, portali informacyjnych czy NGO. Podstawą do tego jest ustawa Dumy o zagranicznym finasowaniu, a powodem oczywiście chęć dyskredytacji tych, którzy krytycznie odnoszą się do putinowskiej polityki.

Matusevic pochodzi z litewskiej Polonii. Studiowała stosunki międzynarodowe w Gdańsku i już została w Polsce. „Od dziecka interesowałam się polityką zagraniczną. A moja praca nie jest z nią związana. Pracowałam w trzecim sektorze, teraz w gdańskim Instytucie Kultury Miejskiej. Wciąż czytam i słucham o tym, co dzieje się na świecie. Robiąc rozmowy do mojego podcastu, sama bardzo dużo się dowiaduję” – przyznaje. „Chociaż przygotowuję się gruntownie do rozmów, to czasem moi goście zbaczają z tematu, odkrywają jakieś nowe wątki, wchodzą głębiej”.


Statystyk nie sprawdza obsesyjnie. Ma kilkuset, do tysiąca słuchaczy. Wśród słuchających minimalna jest przewaga mężczyzn. „To pewnie dlatego, że promuję się głównie na Twitterze, to podobno męskie medium” – domyśla się. Przez rok wyemitowała 24 odcinki. Na początku miała tremę. Bała się, że może wybrane przez nią tematy są zbyt oczywiste, ale te obawy zniknęły już po pierwszym odcinku. „Okazało się, że ludzie w Polsce w ogóle nic o tej łatce »agentów zagranicznych« w rosyjskich mediach nie wiedzą”. Miała też wątpliwości, czy słuchaczom spodoba się sposób, w jaki prowadzi swoje rozmowy. „Zastanawiałam się, czy nie będę miała problemu z tym, że się odkrywam. Bo ja to prowadzę bardzo osobiście. Myślałam, czy ludzie nie będą się śmiać, czy nie uznają, że zadaję naiwne pytania” – wspomina.

Zawodowo, za pieniądze, robi dwa inne podcasty: rozmowy o ptakach i ochronie środowiska dla Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków oraz „Słuchaj, Sztuka To Praca”, w którym rozmawia z artystami i osobami z branży kreatywnej. Dlatego czasem, kiedy ma do wyboru wywiązać się ze zlecenia albo zrobić kolejny odcinek „Atlasu Świata”, wybiera to pierwsze i nie zawsze udaje się jej robić dwa odcinki miesięcznie „Atlasu”, jak to zaplanowała. Wśród postanowień noworocznych ma i takie, żeby to zmienić: „Mam stały wzrost obserwujących. To bardzo motywuje” – przyznaje. „Powinnam jakoś to usystematyzować. Kiedy zabierałam się za podcast, bałam się, że może polityka zagraniczna to już jest temat zagospodarowany, ale teraz widzę, że wciąż ma potencjał, ludzie chcą słuchać o tych sprawach”.

Wiemy za mało

Za darmo robi swój podcast „W Szpilkach Dookoła Świata” Karolina Wanda Olszowska, turkolożka zatrudniona na Wydziale Historii UJ. „To taka zabawa” – zastrzega. „Po obronie doktoratu pomyślałam, że zrobię podcast. Może wyjdzie coś ciekawego. Może coś ludziom wytłumaczę”.

Ma poczucie misji, trochę jak Okraszewski, kiedy zakładał bloga. Chce dzielić się swoją wiedzą, bo uważa, że o Turcji wiemy w Polsce za mało. Zaprasza do rozmowy ekspertów i ekspertki i rozmawia o Turcji z różnych perspektyw: jest odcinek o relacjach turecko-kazachskich i o tureckich interesach na Bałkanach.


„Nie mam dużej słuchalności, odcinka odsłuchuje średnio 120–130 osób. I wciąż, jak ktoś do mnie pisze czy mówi, że słuchał i go zaciekawiło, jestem miło zdziwiona. To są głównie mężczyźni, najczęściej tacy, którzy sami zajmują się regionem albo przynajmniej polityką zagraniczną, dziennikarze, eksperci. Słuchają mojego podcastu, żeby się więcej dowiedzieć. To zupełnie inaczej niż z blogiem, który prowadziłam na studiach, czytały go, a potem pisały do mnie, głównie kobiety, było mniej politycznie, bardziej obyczajowo”.

Podobnie jak Matusevic, ponieważ nie zarabia na podcaście, często nie może mu poświęcić tyle czasu, ile by chciała. Wciąż ma poczucie – „typowo kobiece”, jak sama podkreśla – że nie jest wystarczająco dobra i profesjonalna, żeby za to, co robi, brać od ludzi pieniądze. Choć teoretycznie wie, że za wiedzę ekspercką trzeba płacić. „Może kiedyś pomyślę, jak to skomercjalizować” – zastanawia się.

Kwestia budżetu

Z zupełnie innej perspektywy wyszli Anna i Jakub Górniccy, zakładając Outriders, organizację przecierającą szlaki dziennikarstwu multimedialnemu w Polsce. „Nie jestem pewna, czy fakt, że w mediach głównego nurtu było mało tematów zagranicznych, wynikał z poglądów redakcji, że czytelników to nie interesuje” – zastanawia się Anna Górnicka. „To też kwestia pieniędzy. Takie dziennikarstwo jest po prostu bardzo drogie, redakcje nie miały na to budżetu, a wychodziły z założenia, że polska polityka zawsze się lepiej kliknie, bo tak faktycznie jest. My od początku wiedzieliśmy, że chcemy mieć budżet na to, żeby reporter był na miejscu”.

Wystartowali wcześnie, we wrześniu 2017 roku. Przedtem też prowadzili bloga, nazywał się „Podróżniccy”. Trochę na nim zarabiali, ale nie starczało to na życie dla całej rodziny, dlatego oboje pracowali na etacie – Ania w PZU, Kuba w fundacji e-Państwo. Kiedy ruszyli z Outriders, Kuba zrezygnował z pracy. Ania była na urlopie macierzyńskim, dzięki czemu miała czas, by także od samego początku zaangażować się w tworzenie organizacji. „Miałam jedno małe dziecko, drugie w drodze i zafundowaliśmy sobie trzecie, czyli Outriders” – śmieje się. „Moje dochody z PZU, 80 procent normalnej pensji, były istotnym wsparciem w początkach naszej działalności”.

Najpierw zrobili crowdfunding. Dostali 80 tysięcy złotych. „Zaczęliśmy od zbiórki społecznościowej, bo najtrudniej jest zdobyć pierwszy grant” – tłumaczy Ania. „Chcieliśmy pokazać naszym ewentualnym grantodawcom, że ludzie nam ufają, że interesuje ich to, co chcemy robić. Łatwiej jest wpłacić komuś pieniądze, jeśli inni to już zrobili”. Po niecałym roku działalności otrzymali nagrodę Grand Press Digital – 10 tysięcy złotych. To też był istotny zastrzyk finansowy.


Potem główne źródło ich finansowania stanowiły granty przyznawane na różne projekty. Jedne były mniej, inne bardziej związane z tym, co chcieli robić. Przez trzy pierwsze lata uczestniczyli często w projektach, w których dziś już nie wzięliby udziału. Nie chodzi o to, że były złe. Po prostu bardzo pracochłonne. Wymagały delegowania osób do czynności czasem poniżej ich kwalifikacji. W efekcie związani z nimi świetni dziennikarze czy redaktorzy zamiast pracować nad materiałami ze świata, uczyli młodzież z Kalisza pisać reportaże czy tworzyli programy do przyjmowania internetowych wniosków grantowych. „To były wszystko bardzo potrzebne aktywności” – zastrzega Ania. „Ale odciągały nas od głównego celu”. Czasem przerwy między grantami były naprawdę długie. Dwa razy, czekając na kolejny projekt, Górniccy musieli wziąć kredyt pod zastaw własnego mieszkania.

Zawsze płacili za pracę, ale nie stać ich było, żeby zapewnić współpracownikom całkowite utrzymanie. „Mieliśmy pieniądze, by płacić kilku osobom na przykład po tysiąc złotych miesięcznie. I te osoby robiły dla nas tyle, ile wypadało za ten tysiąc” – wyjaśnia Ania. 80 procent działalności finansują z grantów, ale we wrześniu tego roku weszli na Patronite. Na razie dostają niecałe 2 tysiące złotych miesięcznie. Chcieliby zmienić proporcje, więcej dostawać bezpośrednio od ludzi, mniej w postaci grantów na kolejne projekty.

Dziś Górniccy mają osiem osób zatrudnionych na stałe i dziesięcioro współpracowników. Wycofali się z początkowego pomysłu, żeby zrobić wielką redakcję, bo wtedy zarządzaliby tylko nią, a chcieli także mieć czas na własną pracę dziennikarską. Na stronie Outriders można znaleźć cotygodniowy magazyn podsumowujący najważniejsze wydarzenia na świecie, długie reportaże multimedialne poświęcone konkretnym problemom, a także rozmowy na bieżące i bardziej ogólne tematy w formie podcastów. „Działamy dwutorowo” – tłumaczy Górnicka. „Z jednej strony staramy się lepiej tłumaczyć i opisywać wydarzenia, które i tak są na pierwszych stronach gazet. Z drugiej pokazujemy kraje i problemy prawie lub zupełnie w Polsce nieznane. Nasi czytelnicy czy słuchacze często nie wiedzą, że coś może być interesujące, zanim u nas tego nie zobaczą”.

Redakcja współpracuje nie tylko z polskimi autorami. Raz zorganizowała konkurs na cały świat i wyłoniła dziesięć osób. Każda miała przygotować jeden temat. Efektem tego projektu jest między innymi reportaż o pożarach lasów w Amazonii czy materiał o młodocianych żonach z Bangladeszu. Nie wszyscy autorzy wyłonieni do współpracy ukończyli swoje materiały. Mimo że byli to profesjonalni dziennikarze, poddali się przy multimediach. Teksty były w porządku, ale wcale nie tak łatwo dodać do nich sensowne zdjęcia czy filmy.

*

Upadek dziennikarstwa wieszczono już wielokrotnie. Najpierw miało je zabić radio, potem telewizja, wreszcie internet. Ostateczny cios miały mu zadać telefony komórkowe, które każdy ma w kieszeni, może nimi nagrać, co tylko się da, i puścić w obieg. Okazuje się jednak, że czytelnicy i słuchacze wciąż potrzebują sprawdzonych i wyselekcjonowanych informacji ze świata. I są gotowi za nie płacić.