Queerowy splash
„Rafalala Shoe”, Teatr Polonia w Warszawie

Queerowy splash

Grzegorz Stępniak

Można się śmiać z Rafalali czy czepiać się konstruowanej przez nią kobiecości. Ostatnie afery obnażają jednak przede wszystkim ignorancję naszych mediów

Jeszcze 4 minuty czytania

To, co dzieje się w Polsce w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy w związku z nagonką na przejawy seksualnej i płciowej odmienności, osiągnęło karykaturalny wręcz wymiar. Nie dość, że co rusz w większości prawicowi i konserwatywni politycy odczuwają palącą potrzebę wypowiedzenia się na temat tak zwanej „ideologii gender”, ukutego sztucznie przez nich samych tworu, który łączą z najgorszymi perwersjami, zboczeniami i breweriami, to jeszcze w sukurs przyszedł im, rzecz jasna, Kościół katolicki, jak zawsze gotowy, żeby potępiać Inność jako taką. Z kolei druga strona sporu, lewicująca i o bardziej demokratycznych sympatiach, jak się okazuje, niewiele sama ma do objawienia światu. W rezultacie wzajemne obrzucanie się kolejnymi inwektywami nie tylko jakoś nie prowadzi do wypracowania porozumienia, ale przestaje już nawet być dobrym materiałem na bekę. O czym świadczy fakt, że żarty z profesor Krystyny Pawłowicz, która lansuje święte wartości rodzinne, a homoseksualizmowi mówi głośne i zdecydowane NIE, też się wyczerpują i jakoś więzną w gardle.

Wystarczy popatrzeć na sposób ogrania tej persony przez duet teatralny Monika Strzępka/Paweł Demirski z ich spektaklu „Klątwa”, żeby przekonać się na własne oczy, że sparodiowana i doprowadzona do granic groteski Pawłowicz, grana tu przez Annę Kłos-Kleszczewską, poza chwilowymi wybuchami śmiechu publiczności, nie przynosi już bynajmniej oczyszczenia afektów. W końcu, jak zauważa sama nestorka gender studies, Judith Butler, subwersywne i prześmiewcze reprezentacje kulturowe w pewnej chwili tracą swój wywrotowy potencjał. Najdziwniejszy w tym wszystkim jest fakt, że każda ze stron genderowej afery rości sobie pretensje do posługiwania się przeźroczystym, ostatecznym dyskursem, którego zasadności nikt nie powinien podważać. W związku z tym – uciekając się do terminu wypracowanego przez jedną z czołowych amerykańskich teoretyczek feministycznych, Donnę Haraway, mianowicie „wiedzy pozycjonowanej” („situated knowledge”), który zakłada, że każda teoria niesie za sobą ryzyko doktrynalizacji – chciałem na wstępie zaznaczyć, że moja sympatia leży całkowicie po stronie wszelkiej maści genderowych i seksualnych wykolejeńców, wyrzutków i freaków. Co nie oznacza, że nie jestem w stanie spojrzeć na głośny ostatnio skandal wokół znanej warszawskiej transseksualistki, Rafalali w sposób, który pozwoli obnażyć jego ideologiczne implikacje.

Zanim jednak przejdę do Rafalali i jej dywersyjnych akcji wymierzonych w samo jądro nie tyle nawet heteronormatywnego, co bardziej przaśnego i karczemnie opresyjnego systemu, gardzącego tym, co nieznane, warto wspomnieć o kompletnym braku logiki wypowiadających się środowisk prawicowych. Otóż z lubością powołują się one na „różnice światopoglądowe”, zapominając, że odmawianie innym możliwości wiązania się, z kim chcą, i wolności genderowej ekspresji podchodzi raczej pod kategorię pogwałcenia podstawowych i gwarantowanych konstytucyjnie praw człowieka. Wypada też powiedzieć, gwoli ścisłości i rozróżnienia, że tak znienawidzony przez większość gender zdaje się niewinny niczym przedszkolne zabawy w lekarza, kiedy porówna się go z queerem, o którym jeszcze, na szczęście, polski sejm się nie wypowiada. O ile bowiem teorie spod znaku gender studies wychodzą jednak od dość klarownego podziału na to, co męskie i to, co kobiece, ukazując procesy odpowiedzialne za konstrukcję płci kulturowej, o tyle ekspertów queer studies interesują „szare strefy” i te tożsamościowe oraz identyfikacyjne procesy, jakie nie mieszczą się w sztywnych ramach i definicjach. Nie miejsce tu, by rozwodzić się nad konkretnymi teoriami, wypracowanymi na polu tej dyscypliny.

Dość powiedzieć, że kwestie takie jak queerowe dzieciństwo i zanegowanie mitu erotycznej naiwności dzieci, alternatywne modele życia, związane z celebracją porażki, niewiedzy, zapominania czy odstawania od tradycyjnej trajektorii rozwoju, wyznaczanej przez cykl narodzin, reprodukcji i śmierci oraz społecznych i obyczajowych norm, jakie nakazują nam się ustatkować, zrobić karierę zawodową i wstąpić w związek małżeński, wyznaczają obecnie horyzonty myślowe i aktualne trendy w myśli queer. Jak łatwo zresztą z tego pobieżnego opisu zauważyć, queer niekoniecznie już wiąże się z modelami (homo)seksualności i analizą tychże, ale zagrania coraz to nowe obszary, wywracając na nice utarte schematy myślenia i postrzegania tego, co rzekomo ma uchodzić za „normalne” i znaturalizowane.

Wspominam o tych tendencjach, zdając sobie w pełni sprawę z faktu, że w polskim kontekście kulturowym brzmią one jak wzięte z powieści science fiction. Nie jest zresztą tak, że USA, gdzie w pierwszej mierze kiełkują nowe teorie z tego nurtu, jest krainą szczęśliwości i wolności seksualnej ekspresji, a środowisko LGBTQ zgodnie podziela wszystkie idee. Wręcz przeciwnie, obecnie głównym postulatem mainstreamowych organizacji gejowsko-lesbijskich jest walka o prawo do zawierania małżeństw jednopłciowych, zresztą legalnych w coraz większej liczbie stanów. Ten stan rzeczy z kolei spotyka się z ostrą krytyką teoretyków queer i członków bardziej transgresyjnych społeczności, którzy słusznie zwracają uwagę na fakt, że te neoliberalne dążenia jedynie umacniają interesy i pozycję najbardziej uprzywilejowanych rasowo, klasowo i genderowo jednostek, pomijając osoby transgenderowe czy przedstawicieli homoseksualnych mniejszości rasowych i etnicznych.

Ostatnio głośnym echem odbił się krótki tekst jednego z czołowych przedstawicieli queer studies, Judith „Jacka” Halberstam, w którym nawołuje do porzucenia straumatyzowanych narracji osobistych, większego dystansu do samych siebie i docenienia ironii oraz poczucia humoru w walce o kulturową naprawę świata. Pretekstu dostarczył tutaj spór społeczności queerowych o termin „tranny”, który można by na polski przełożyć jako „transka”, z którym identyfikuje się część samych zainteresowanych, traktując go jako subwersywnie przewartościowany, początkowo obraźliwy, a obecnie jak najbardziej pozytywny, wyznacznik tożsamościowy. Inni trwają przy stanowisku, że to określenie deprecjonujące i opresyjne. Głos w całej sprawie zabrała bodaj najsłynniejsza drag queen na świecie, RuPaul, gospodyni kultowego już reality show „RuPaul’s Drag Race”, w którym kilkanaście drag queens walczy ze sobą o spore pieniądze i sławę, przy okazji naśmiewając się z konwencji właściwych programom typu „Top Model”, broniąc prawa do używania wspomnianego słowa.

Skoro o terminologii mowa – i przechodząc już bardziej bezpośrednio do Rafalali i tego, co wypisują na jej temat portale plotkarskie, które nazywają ją mylnie drag queen czy transwestytą, podczas kiedy sama identyfikuje się jako transseksualistka – koniecznie trzeba doprecyzować i wyjaśnić, na czym polega specyfika jej tożsamości. Jak powszechnie bowiem wiadomo, choć brzmi to jak ostatni truizm, ignorancja i niewiedza rodzą nienawiść i wrogość, czego jesteśmy zresztą świadkami, patrząc na wydarzenia z Rafalalą w roli głównej z ostatniego tygodnia. Tak więc: transwestyta to dość przestarzały i mocno już obraźliwy termin na nazwanie najczęściej biologicznego mężczyzny, który dla erotycznej przyjemności i w celach fetyszystycznych przebiera się w damskie stroje (obecnie bardziej politycznie poprawne jest określenie cross-dresser). Z kolei drag queen to facet parodiujący rzekomo typowo kobiece stroje i zachowania, w celach rozrywkowych i na potrzeby sceny, a całe zjawisko ma z reguły, poza kupą śmiechu i dobrej zabawy, uświadomić widzom, że płeć to jedynie kulturowy konstrukt. Natomiast transseksualista to jednostka, która żyje na co dzień z gender innym niż płeć przypisana jej/jemu podczas narodzin. Część z tych osób czuje potrzebę przejścia zabiegu korekty płci i poddaje się pełnej terapii hormonalnej, część zupełnie nie. W ostatnich latach jednak, przynajmniej w zachodnim świecie, rodzajem terminu-parasola na określenie rozmaitych alternatywnych tożsamości genderowych, stało się słowo transgender. Jak zaznacza Julia Serano, jedna z bardziej wpływowych transaktywistek i teorytyczek: „transgender dotyczy osób transseksualnych (tych, którzy żyją z płcią inną niż ta, jaka została im przypisana przy urodzeniu), interseksualnych (urodzonych z reprodukcyjną albo płciową anatomią, która nie wpisuje się w typowe definicje kobiecości i męskości), genderqueerowych (których tożsamość znajduje się poza binarnym podziałem męskie/kobiece), jak również tych jednostek, których genderowa ekspresja różni się od ich anatomicznej albo postrzeganej płciowości (włączając w to crossdresserów, drag queens i drag kingów, męskie kobiety, kobiecych mężczyzn, itd.)”. Jakkolwiek by jednak na to spojrzeć, najważniejszą kwestią w przypadku tożsamościowych określeń jest osobista identyfikacja samych zainteresowanych. W przypadku Rafalali jest ona dość kategoryczna i jasna i odsyła do zjawisk spod znaku transseksualizmu, czego zdają się nie szanować i nie dostrzegać polskie media, co samo w sobie jest już dość obraźliwe i nie fair.

Cały skandal wokół Rafalali zaczął się od tego, że do internetu trafiło krótkie wideo przedstawiające kobietę upokarzającą mężczyznę i atakującą go torebką po tym, jak ten odniósł się do niej per „to coś”. W dodatku rzeczony delikwent miał pokazać Rafalali mieszkanie, które oferował do wynajęcia, ale na jej widok nagle zmienił zdanie i zdecydowanie odmówił, zapewne z powodu wspomnianych tu wcześniej „różnic światopoglądowych”. Można przy tej okazji potępiać nowo upieczoną bohaterkę brukowej prasy i zastanawiać się, czy faktycznie przemoc fizyczna jest najlepszym wyjściem w takiej sytuacji. Warto jednak przypomnieć tutaj wydarzenia z 1969 roku wokół baru Stonewall Inn (obecnie już symboliczny moment dojścia do głosu i zaistnienia w amerykańskim życiu publicznym mniejszości seksualnych), gdzie nie kto inny jak nowojorskie drag queens i transseksualiści walczyli na barykadach oraz gwałtownie sprzeciwili się najeżdżającej knajpę policji. W tym świetle rękoczyny Rafalali odczytywać można, w szerszym kontekście społeczno-filozoficznym, jako być może zapowiedź przewrotu kulturowego nad Wisłą.

To nie koniec jednak dramatycznych wydarzeń, bo kilka dni później Rafalalę, na fali nowo zdobytej sławy i sporu o nic innego jak kwestie genderowe, zaproszono do studia programu stacji TVN24, o jakże wymownej nazwie „Tak jest”, gdzie wzięła udział w dyskusji z posłem PO, Jackiem Żalkiem. Mimo że polityk i prowadzący zwracali się początkowo do niej w miarę kulturalnie, używając zwrotu „proszę pani”, to w pewnym momencie Żalek zadał idiotyczne i okropnie brzmiące pytanie o to, jaką płeć Rafalala ma wpisaną w dowodzie osobistym. Przekreślił tym samym jakąkolwiek możliwość konstruktywnej rozmowy, jeszcze raz udowadniając, że o tożsamości niepodzielnie musi świadczyć świstek papieru, a gender genderem i queer queerem, ale i tak najważniejsze jest to, co ktoś ma między nogami. To jednak dziecinada przy popisie, który dał w Polsat News konserwatywny i jakżeby inaczej, wąsaty polityk, Artur Zawisza z Ruchu Narodowego. Mężczyzna obrzucił Rafalalę inwektywami, na czele z „męską dziwką”, zaznaczając, że nie będzie siedział obok „tego czegoś”, choć, jak elokwentnie zauważyła prowadząca program, doskonale wiedział o tym, kto będzie drugim gościem, kiedy przyjmował zaproszenie do udziału w dyskusji. W tym momencie wybuchowa i zdecydowanie temperamentna, jak się okazało w ciągu ostatnich kilku dni, Rafalala oblała go szklanką wody, niczym w piosence zespołu Bajm, w zgodzie z najnowszą tradycją splasha. Nikogo jednak nie nominowała ani ona, ani rzeczony Zawisza, do kolejnego splasha, choć potencjalnych kandydatur znalazłoby się całkiem sporo. Obawiam się jednak, że należałoby tutaj użyć raczej wiadra z pomyjami, być może wówczas zacni prawicowi, choć nie tylko, politycy poszliby wreszcie choć trochę po przysłowiowy rozum do głowy.

Żarty żartami, ale uważam, że incydenty z Rafalalą, mimo że na pierwszy rzut oka mogą być odczytywane jako śmieszne, zwłaszcza przez grono intelektualistów-hipsterów, wcale tak zabawne nie są. I o ile mam spore wątpliwości co do dość wulgarnych metod, jakimi posługuje się sama zainteresowana celem udowodnienia własnych racji, podsycając nienawiść do samej siebie ze strony wrogich z definicji środowisk katolickich, prawicowych i prorodzinnych, to przyznać jej należy, że wykazuje się sporą odwagą cywilną. I przemawia przez nią chyba coś więcej, niż tylko chęć pokazania się na wizji i parcie na szkło. Być może potrzeba edukacji ludzi i wyjaśnienia, na czym polega genderowa odmienność? Być może chęć kulturowej transformacji polskiego społeczeństwa? Być może, zwyczajnie i całkiem po prostu, robi to dla zabawy? Tego jednak raczej się nie dowiemy, bo za każdym razem zamiast dialogu i wymiany zdań, stajemy się świadkami kolejnego wstydliwego, transfobicznego skandalu. Winę też ponoszą organizatorzy tych spotkań i polskie media jako takie, które nie do końca zdają sobie sprawę z prostego chyba faktu, że jakakolwiek merytoryczna i konstruktywna rozmowa z przedstawicielami tak odmiennych światów – gdyby były wątpliwości – tego „normalnego” (tutaj oczywiście Zawisza) i tego „wynaturzonego” (tu Rafalala) jest obecnie, ale i chyba generalnie zwyczajnie niemożliwa. Nie chcę tu bynajmniej wystawiać queerowego pomnika Rafalali. Wspomnieć też wypada, że jest ona idealnym materiałem „na bekę” i jedynie kwestią czasu jest, kiedy jej wypowiedzi w rodzaju: „Klęknij i pocałuj w rękę” (to do mężczyzny-agenta nieruchomości, który ją obraził) czy „Nie otrzymałam dostatecznej satysfakcji”, brzmiące jak żywcem wyjęte z powieści Masłowskiej, będą funkcjonować jako internetowe memy.

Można również po chamsku przyczepić się do konstruowanej przez Rafalalę kobiecości, sytuującej się gdzieś pomiędzy stylem typowej Teresy zza lady w warzywniaku a podpitej ciotki Grażyny, świętującej imieniny wujka Zdziśka. Ale po pierwsze, różne są rodzaje tożsamościowych wzorców i niech każdy dowolnie wybiera, co uzna za stosowne. Po drugie, Rafalali trzeba uczciwie przyznać, że imponuje bohaterstwem nie tylko kategorycznie sprzeciwiając się opresji, ale i przyjmując zaproszenia do wątpliwej jakości programów telewizyjnych, gdzie czeka ją wysłuchiwanie transfobicznych wyzwisk. I choć miałem nie podawać nieszczęsnej Ameryki jako wzorca, bo i tam dzieje się nie najlepiej pod względem kulturowej i genderowej otwartości, to trochę z tęsknotą spoglądam na tamtejszych transaktywistów. Jak pokazuje bowiem przypadek transgenderowej aktorki, Laverne Cox, gwiazdy bijącego rekordy popularności serialu internetowej platformy Netflix, która jako pierwsza transkobieta trafiła kilka miesięcy temu na okładkę „Time’a”, można połączyć przystępnie podaną edukację dotyczącą genderowej inności i queerowych z gruntu postulatów z widzialnością medialną i polityczną, nie uciekając się do normalizujących taktyk stosowanych przez czołowe organizacje gejowsko-lesbijskie. A w dodatku zrobić to z klasą i wyczuciem jak wówczas, kiedy odpowiedziała rozsądnie i kulturalnie na opresyjne dociekania dziennikarki Katie Couric à propos stanu jej narządów płciowych. Ale Cox, w przeciwieństwie do Rafalali, została przynajmniej dopuszczona do głosu i nikt jej nie ubliżał. Co kraj to obyczaj, jak głosi dobrze znane porzekadło. U nas tymczasem pozostaje wyczekiwać w napięciu następnego queerowego splasha.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.