Upadek japońskiego Beethovena
Mamoru Samuragochi / Nippon Columbia

Upadek japońskiego Beethovena

Artur Szarecki

Uważany za genialnego kompozytora Mamoru Samuragochi przez lata podpisywał się pod dziełami, których sam nie stworzył. Nie jest to jednak zwykła historia artysty-oszusta. Skandal z jego udziałem ujawnił, że muzyka klasyczna podlega tej samej, opartej na komercjalizacji wizerunku logice, co każda inna

Jeszcze 3 minuty czytania

Mamoru Samuragochi zdołał trzykrotnie dotknąć serc japońskiej publiczności. Wpierw je wzruszył, następnie napełnił nadzieją, a na koniec rozpalił gniewem. Jak na kompozytora muzyki symfonicznej z przełomu XX i XXI wieku, to dość niezwykłe osiągnięcie. Samuragochi jednak kompozytorem nigdy nie był, a przynajmniej nie w pełnym tego słowa znaczeniu. Właściwsze byłoby określenie go mianem zawodowego personifikatora muzycznego geniuszu. Przez lata budował swoją własną legendę, pieczołowicie montując ją z silnie oddziałujących na emocje obrazów i historii, dzięki czemu zyskał upragnioną sławę i podziw. Najbardziej spektakularny okazał się jednak jego upadek.

Po czym rozpoznać geniusza?

Samuragochi zaczął cieszyć się rozpoznawalnością w drugiej połowie lat 90. jako twórca ambitnej muzyki do gier komputerowych z serii „Resident Evil” i „Onimusha”. W nagraniach ścieżki dźwiękowej do tej ostatniej wykorzystał ponaddwustuosobową orkiestrę, w skład której wchodziły m.in. tradycyjne japońskie instrumenty, jak flet shakuhachi czy bębny taiko. Dzięki temu uzyskał potężne, a jednocześnie nieco egzotyczne brzmienie, porównywalne z monumentalną muzyką filmową, które przyniosło mu uznanie w środowisku graczy.

Samuragochiemu musiała jednak marzyć się bardziej tradycyjna kariera, gdyż kolejne jego dzieło było już na wskroś klasyczne. Dedykowana ofiarom bomby atomowej Symfonia nr 1 „Hiroszima” miała premierę w 2008 roku i szybko zyskała w Japonii status utworu ikonicznego. Zawdzięczała go tyle walorom muzycznym, ile legendzie, jaka otaczała jej twórcę. Rodzice kompozytora pochodzili bowiem z okolic Hiroszimy i przebywali w mieście 6 sierpnia 1945 roku. Oboje zostali uznani za hibakusha, czyli osoby poszkodowane w wyniku eksplozji lub napromieniowania. Samuragochi z kolei od dziecka cierpiał z powodu chronicznych bólów głowy oraz narastających szumów usznych. W wieku 35 lat, podczas prac nad muzyką do „Onimushy”, całkowicie utracił zdolność słyszenia, lecz nie zrezygnował z komponowania i w 2003 roku ukończył symfonię będącą artystyczną manifestacją jego osobistej tragedii, a zarazem przypomnieniem jednej z największych katastrof w dziejach Japonii. W momencie premiery za utworem stała więc potężna symbolika, której sedno stanowiła poruszająca historia twórcy.

W 2001 roku amerykański tygodnik „Time” określił Samuragochiego mianem „Beethovena ery cyfrowej”. Porównanie ze słynnym kompozytorem, nawet jeśli nieco na wyrost, w zasadzie narzucało się samo przez się. Cierpieli bowiem na podobną dolegliwość, która ograniczała im dostęp do świata muzyki, i obaj zdołali zapanować nad żywiołem dźwięku, tworząc wzniosłe i poruszające dzieła. W obu przypadkach głuchota stanowi więc par excellence oznakę geniuszu. Po pierwsze jako symptom nadprzyrodzonych możliwości kompozytorów: niezdolność do usłyszenia dźwięków świata codziennego paradoksalnie oznacza tu predyspozycje do poszerzonej percepcji; świadczy o dostępie do sfery dźwięków pozaziemskich, które nie są dane zwykłym śmiertelnikom. Jak inaczej wyjaśnić cuda harmonii, które pojawiają się w ich kompozycjach? Po drugie jako symbol heroicznej walki z własnymi niedomaganiami. Choć głuchota w pewnym sensie stanowi błogosławieństwo, jest też czymś, co trzeba przezwyciężyć, aby tworzyć pełne maestrii kompozycje. Nieustanne zadziwienie tym, jak osoba niesłysząca jest w stanie stworzyć doskonale zaaranżowane dzieło muzyczne, stanowi istotną część doświadczenia mocy geniuszu.

Samuragochi doskonale zdawał sobie sprawę z siły, jaką wciąż posiada legenda Beethovena i choć oficjalnie dystansował się od porównań do wielkiego mistrza, to pełnymi garściami czerpał z jego spuścizny. Nawet pod względem aparycji. Długowłosy, niezmiennie przywdziewający czerń oraz przyciemniane okulary, Samuragochi prezentował się jako udręczony, ale pełen wewnętrznej determinacji artysta, w sposób zbliżony do najbardziej ikonicznego wizerunku Beethovena – z rozwianym włosem i pełną zaciętości twarzą, której wyraz Peter Kivy określał jako „najsłynniejszy grymas w historii sztuki”. W wywiadach wskazywał natomiast na duchowe pokrewieństwo ze swoim alter ego: „Czasem czuję, jakbym urodził się w złym czasie”, mówił, podkreślając zamiłowanie do klasycznej harmonii oraz niechęć wobec atonalności i współczesnych metod kompozytorskich. Niezachwiana wiara w wyższość dorobku Wiedeńczyków miała być zresztą powodem niezrozumienia ze strony środowiska muzycznego. Mimo że komponował od najmłodszych lat, Samuragochi przez długi czas zmuszony był podejmować się prac dorywczych, choćby jako sprzedawca czy sprzątacz, zanim wreszcie zaoferowano mu możliwość rozwinięcia skrzydeł.

Genialne dziecko, nierozpoznany talent, heroiczna walka z chorobą, nadprzyrodzone predyspozycje oraz głęboka wrażliwość na ludzki los, to główne wątki składające się na mit japońskiego Beethovena. Do utrwalenia tego wizerunku szczególnie przyczynił się film dokumentalny zatytułowany „Melodia duszy” („Tamashii no senritsu”), który został wyemitowany przez publiczną staję NHK w marcu 2012 – w pierwszą rocznicę potężnego trzęsienia ziemi i tsunami w regionie Tōhoku. Wkrótce po tragedii kompozytor wraz z towarzyszeniem ekipy filmowej odwiedził obszary dotknięte kataklizmem. Poruszony losem mieszkańców, a szczególnie spotkaniem z Manami – kilkuletnią dziewczynką, która w wyniku katastrofy straciła matkę – zapragnął stworzyć requiem dla uczczenia pamięci ofiar.

W niewielkim, zaciemnionym pokoju, walcząc zarówno z bólem fizycznym, jak i psychicznym, Samuragochi gorączkowo komponował swoje kolejne dzieło. Ogarnięty ferworem twórczym potrafił wybiec w środku nocy tylko po to, by zanurzyć rękę w morzu; zupełnie jakby czerpał inspirację wprost ze zmysłowego kontaktu z żywiołem, który spowodował tyle szkód. Sam proces powstawania utworu w filmie ukazany został metaforycznie w postaci świetlistej pięciolinii i nut, które wyłaniają się z kłębiących się chmur – niebiański porządek, który rodzi się z chaosu dzięki geniuszowi kompozytora. W jednym z wywiadów Samuragochi określił to dość dobitnie: „Kiedy zawierzysz swojemu wewnętrznemu wyczuciu dźwięku, możesz stworzyć coś bardziej prawdziwego. (…) Utrata słuchu była darem od Boga”.

Film umocnił wizerunek kompozytora jako umęczonego geniusza, dręczonego przez chorobę i własną pasję do muzyki, której nigdy nie będzie w stanie usłyszeć. Przyniósł też wzmożone zainteresowanie jego twórczością. Wznowiona płyta z Symfonią nr 1 w wykonaniu Tokijskiej Orkiestry Symfonicznej pod batutą Naoto Ōtomo sprzedała się w liczbie 180 tysięcy egzemplarzy. Utwór stał się symbolem determinacji i odbudowy kraju po kataklizmie z 11 marca 2011 roku; nieoficjalnie zaczęto nazywać go „symfonią nadziei”.

Koniec legendy

Podczas konferencji prasowej 5 lutego 2014 roku rzecznik Samuragochiego zdradził, że ten nie był autorem przypisywanych mu dzieł. Dzień później ujawnił się ich prawdziwy kompozytor; był nim Takashi Niigaki, nauczyciel w jednej z tokijskich szkół muzycznych. Samuragochi zatrudnił go w 1996 roku jako swojego asystenta, wkrótce okazało się jednak, że „kompozytor” nie potrafi nawet pisać nut. Niigaki został więc jego wspólnikiem: „Czuję się współwinny – mówił – gdyż tworzyłem tak, jak tego żądał, choć wiedziałem, że oszukuję ludzi”. Kilka razy miał namawiać Samuragochiego do zaprzestania procederu, ten jednak nigdy nie uległ prośbom, a nawet uciekał się do szantażu, mówiąc, że popełni samobójstwo, jeśli Niigaki nie będzie dalej dla niego komponował.

Jednak w miarę, jak popularność japońskiego Beethovena rosła, stosunki pomiędzy nimi stawały się coraz bardziej napięte. Czarę goryczy przelała wiadomość, że japoński łyżwiarz figurowy, Daisuke Takahashi, wystąpi na Igrzyskach Olimpijskich do muzyki Samuragochiego. Utworem granym podczas jego występu miała być sonatina skomponowana dla Miku Okubo, młodej skrzypaczki grającej z protezą prawej ręki. Świadomość, że w kłamstwo wciągane są kolejne niewinne osoby, stawała się dla Niigakiego nie do wytrzymania i w końcu postanowił przerwać milczenie.

Był to początek końca mitu Samuragochiego. Wszystkie elementy, które składały się na obraz geniusza, zostały kolejno podane w wątpliwość, nawet utrata słuchu. „Odkąd się poznaliśmy, nigdy nie czułem, że jest głuchoniemy. Rozmawiamy normalnie” – wyznał Niigaki, dodając, że Samuragochi aktywnie uczestniczył w procesie komponowania utworów. Podczas wspólnych sesji słuchał wstępnych szkiców i wybierał określone melodie czy motywy, z których powstawały skończone dzieła. W odpowiedzi Samuragochi wystosował odręcznie pisany ośmiostronicowy list, w którym przyznawał, że przed kilku laty częściowo odzyskał zdolność słyszenia dźwięków, choć te nadal brzmią w sposób przytłumiony i zniekształcony. Zobowiązał się jednak do zrzeczenia się przyznanego mu stopnia niepełnosprawności, jeśli tylko badanie lekarskie wykaże, że mu nie przysługuje.

Tym razem jednak to opinia publiczna pozostawała głucha na zapewnienia Samuragochiego. Jego wiarygodność i dobre imię zostały bowiem podważone przez kolejne doniesienia dotyczące całej afery. Na jaw wyszło między innymi, że słynna Symfonia nr 1 początkowo nosiła podtytuł „Współczesna liturgia” („Gendai tenrei”) i w zamyśle nie miała nic wspólnego z ofiarami nuklearnego ataku. Wkrótce władze Hiroszimy odebrały mu nagrodę przyznaną jeszcze w 2008 roku. „Jedyne, co mogę powiedzieć, to że jestem w szoku” – komentowała Mari Takeuchi, przewodnicząca wydziału promocji kulturowej miasta. Nikt nie widział w nim już wrażliwego i pełnego współczucia twórcy; dla większości społeczeństwa Samuragochi stał się hochsztaplerem, cynicznie wykorzystującym ludzkie nieszczęścia do budowania własnego wizerunku.

Spektakl winy i odkupienia

Po wybuchu skandalu wiele osób zastanawiało się, jak to możliwe, że Samuragochi zdołał kontynuować swą maskaradę przez tak długi czas. Tymczasem większość trików, którymi się posłużył, to praktyki powszechnie stosowane w dzisiejszym biznesie muzycznym. Na rynku japońskim to agencje (jimusho) tworzą gwiazdy, starannie dobierając im wygląd, tożsamość i styl, które następnie odgrywane są w medialnym spektaklu. Dla większości idoli osobowość jest ważniejsza niż talent. Widz obserwuje ich zmagania i kibicuje im, dzięki czemu tworzy się afektywna więź, która stanowi podstawę kariery. Skandal z udziałem Samuragochiego po prostu odsłonił reguły gry i ujawnił, że muzyka klasyczna podlega tej samej, opartej na komercjalizacji wizerunku logice, co każda inna.

Rozwój wypadków przypomina zresztą inne głośne afery, gdy pieczołowicie konstruowany wizerunek popularnej i uwielbianej gwiazdy rozpadał się w zetknięciu z rzeczywistością. W Japonii tego typu przypadki są dość powszechne i rozgrywają się według podobnego scenariusza. Początkowym spekulacjom dotyczącym stopnia przewinienia celebryty zwykle towarzyszy reinterpretacja całej drogi jego kariery w świetle najnowszych doniesień. Poprzez analizę kolejnych detali z jego życia, niepewność przekształcana jest w pewność, przy czym każdy aspekt, który wcześniej świadczył na korzyść idola, staje się potwierdzeniem jego winy. Stąd na przykład zmiana nazwy symfonii, by uchodziła za hołd dla ofiar wybuchu nuklearnego, stała się kolejnym niepodważalnym świadectwem diabolicznego wyrachowania Samuragochiego, mimo że podobne zabiegi z reguły nie budzą tak skrajnych reakcji. Najbliższym punktem odniesienia może być np. „Tren Ofiarom Hiroszimy” Krzysztofa Pendereckiego, który zmianie nazwy w dużym stopniu zawdzięczał swój późniejszy rozgłos.

Kulminacją medialnej nagonki są na ogół publiczne przeprosiny, podczas których skompromitowana gwiazda wyraża swe ubolewanie i prosi o przebaczenie. Samuragochi osobiście pojawił się na konferencji prasowej dopiero 7 marca, przeszło miesiąc po wybuchu afery. Już sam jego wygląd interpretowany był jako oznaka skruchy: gładko ogolony, z krótkimi włosami, w niczym nie przypominał niepokornego artysty znanego z wcześniejszych wystąpień publicznych. Zniknęły też atrybuty budzące skojarzenia z doznawanym bólem, jak bandaże na lewym ręku czy nieodłączna laska, przy pomocy której zwykle się poruszał. Posadzony przed rzędem mikrofonów, Samuragochi przez niemal trzy godziny znosił ataki dziennikarzy, żądających m.in. potwierdzenia znajomości języka migowego czy przedstawienia próbek pisma, aby można było porównać je z notatkami na partyturach i ostatecznie rozstrzygnąć stopień jego zaangażowania w powstanie kompozycji. W trakcie tego upokarzającego spektaklu wielokrotnie powtarzał swoje przeprosiny oraz nisko kłaniał się w geście ukorzenia.

Dla wielu skompromitowanych gwiazd w Japonii rytuał publicznego bicia się w piersi i błagania o wybaczenie stanowił zapowiedź oczyszczenia z win i powrotu na ścieżkę kariery. Samuragochi nie za bardzo ma jednak do czego wracać. Trudno bowiem wyobrazić sobie możliwość dalszego odgrywania roli genialnego twórcy w momencie, gdy mit ten obalono. Ciekawe natomiast będą dalsze losy przypisywanej mu muzyki, która nadal budzi w Japonii ogromne, a w następstwie skandalu coraz bardziej spolaryzowane, emocje.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.