BIOGRAFIE:  Jazz rodzi się w bólu
fot. Tomek Broszkiewicz

BIOGRAFIE:
Jazz rodzi się w bólu

Tomasz Handzlik

Dobiega siedemdziesiątki, a wciąż jest jednym z najbardziej kreatywnych jazzmanów, który zajmuje czołowe miejsca w światowych rankingach najlepszych trębaczy. Tomasz Stańko właśnie wydał nową płytę

Jeszcze 2 minuty czytania

Tomasz Handzlik i Tomasz Cyz o „Dark Eyes” – najnowszej płycie Tomasza Stańki


Zaczynał w latach sześćdziesiątych, u boku Komedy, Makowicza, Muniaka i Seiferta. A swoją przygodę z trąbką zaczął dość niekonwencjonalnie: na obozie harcerskim okazało się, że jest jedynym dzieckiem, które ma jakieś pojęcie o muzyce. Drużynowy rozkazał więc, by nauczył się grać na trąbce i odgrywał codziennie sygnał do pobudki. Spodobało mu się. Po wakacjach oznajmił rodzicom, że nie chce już grać na skrzypcach i fortepianie. Muszą mu kupić trąbkę.

Wino, papierosy i garnitur

Ale tak naprawdę miłość do trąbki wzięła się z fascynacji jazzem, bo już w szkole Stańko podsłuchiwał transmisji amerykańskich audycji radiowych. W krakowski światek jazzowy wciągnął go kolega z liceum, pianista Wacław Kisielewski (później członek słynnego duetu pianistycznego Marek i Wacek). Z nim uczył się standardów jazzowych i pierwszy raz wystąpił przed publicznością.

– To było na szkolnej zabawie tanecznej. Trąbkę pożyczył mi koleżka o pseudonimie „Wąż”. Grałem z Romkiem Kowalem i Wackiem Kisielewskim. Wtedy też wypaliłem pierwszą paczkę papierosów. Całą. I wypiłem pierwszą butelkę wina. Też całą. To był mój początek jazzu, bardzo typowy dla tej muzyki. Ciągnąłem to potem długo i niesłychanie intensywnie, korzystając z wszelkiego rodzaju specyfików, jakie gatunek ludzki wymyślił – wspomina Stańko.

Przecież bycie muzykiem to także pewien styl kreowania wizerunku.

– Kiedy jeszcze nie grałem jazzu, spotkałem kiedyś w Krakowie Wojtka Karolaka. Był nienagannie ubrany. Nikt się wtedy tak nie ubierał. Tylko jazzmani. Całą ulicę za nim szedłem i się przyglądałem. Potem zresztą odkupiłem od niego parę marynarek – opowiada artysta.

W latach siedemdziesiątych nosił się jak hippis, potem przerzucił się na czarny kapelusz i skórzany płaszcz – znak artystycznej bohemy. Zawsze był trochę ekstrawagancki, choć na pewno nie przebił amerykańskiego pianisty Paula Motiana, który grywał koncerty… w stroju alpinisty.

Pierwszy free jazz Europy

Ojciec Wacka Kisielewskiego, szanowany już wówczas w środowisku publicysta, krytyk i kompozytor Stefan Kisielewski, załatwił chłopakom przepustkę do krakowskiego Jazz-Klubu Helicon. I tam zaczęło się na dobre. W Helikonie bywała artystyczna śmietanka Krakowa, a grywali sami najlepsi. W klubie pojawiał się również początkujący wówczas pianista Adam Makowicz.

Stańko cenił jego nowatorski styl i pracowitość (Makowicz ćwiczył w klubie po 12 godzin dziennie, aż wreszcie zamieszkał w nim na stałe). W 1962 roku stworzyli swój pierwszy, profesjonalny zespół Jazz Darings, do którego zaprosili basistę Jacka Ostaszewskiego i grającego na perkusji Wiktora Pelermutera. Inspirowali się głównie nagraniami Ornette’a Colemana, Milesa Davisa i Johna Coltrane’a. I – choć może trudno uwierzyć – byli w tym „swoim” stylu dość oryginalni.


259

Sukces przyszedł więc bardzo szybko, bo jeszcze w tym samym roku młodzi jazzmani zdobyli dwie główne nagrody na Konkursie Amatorskich Zespołów Jazzowych Polski Południowej – zespołową oraz indywidualną dla Stańki. Wkrótce okazało się, że to właśnie ten występ stał się momentem zwrotnym w karierze trębacza. W jury zasiadał bowiem sam Krzysztof Komeda. Zachwycony grą Stańki, zaprosił go do swego kwintetu.

Zainaugurowana podczas festiwalu Jazz Jamboree w 1963 roku współpraca z Komedą trwała cztery lata. W tym czasie Stańko objechał najważniejsze sceny i festiwale Europy. Nagrał również pamiętne płyty (fenomenalny album „Astigmatic”) i muzykę do spektakli teatralnych oraz filmów („Matnia”, „Śniadanie u Tiffany’ego”).

Już tu słychać jego oryginalny styl. Mieszającą się z odrobiną melancholii drapieżność fraz, lekko przydymiony dźwięk, a do tego buntownicze granie „po czarnych”, a więc wbrew tradycyjnie przyjętym regułom. Sam Stańko przyznał zresztą po latach, że praca z Komedą była dla niego rodzajem magicznego dotknięcia. Bo choć miał już swoje zespoły, to dopiero przy nim poczuł, że w pełni się realizuje. Komeda dał też pewien impuls, bo dopiero po jego tragicznej śmierci Stańko zdobył się wreszcie na odwagę i zaczął pisać autorskie kompozycje.

W 1967 roku stworzył swój słynny kwartet (z Januszem Muniakiem, Bronisławem Suchankiem i Januszem Stefańskim), do którego rok później dołączył genialny, również przedwcześnie zmarły skrzypek Zbigniew Seifert. W repertuarze znalazły się głównie kompozycje lidera. Choć słowo kompozycje może być lekką przesadą. Nie ma tu bowiem mowy o klasycznych schematach, gdzie po temacie następuje szereg solowych wariacji.
Stańko i jego muzycy poszukiwali nowej drogi, nowych sposobów organizacji formy. Nadrzędną ideą była – jest – kolektywna improwizacja, którą tylko w punktach węzłowych przerywają notowane riffy. Nagrania „Music for K” czy „Purple Sun” to szczytowe osiągnięcia kwintetu. Uchodzący za jazzową wyrocznię krytyk Joachim Ernst Berendt napisał zresztą o nim w „Encyklopedii jazzu”, że był pierwszym europejskim combo grającym free jazz.

Zapal fajkę, wciągnij kokę

Po sześciu latach Stańko rozwiązał stały zespół i rozpoczął współpracę z zagranicznymi gwiazdami – m.in. Edwardem Vesalą, fińskim perkusistą z zespołu Jana Garbarka, oraz brytyjskim kontrabasistą Davem Hollandem. To właśnie z nimi nagrał kultową do dziś „Balladynę” – swą pierwszą płytę wydaną w renomowanej monachijskiej oficynie ECM Records. Obsesyjna motoryka, drapieżne trąbkowe frazy, szeroko zakrojony ambitus tematów i improwizacji – to już typowy dla naszego trębacza styl.

Ale choć „Balladyna” zdawała się być otwarciem nowego rozdziału, właściwie zamknęła pewien okres twórczości. Akustyczny jazz, jak też przygody ze stylem free, stały się bowiem dla Stańki ciężarem. Pragnął poszukiwać nowych brzmień i inspiracji. W tym celu wybrał się do indyjskiej świątyni Tadż Mahal, gdzie zamierzał zrealizować przełomowe – jak zapowiadał – solowe nagranie. Sukces sesji stanął jednak pod znakiem zapytania, bo odpowiedzialny za nagranie technik przesadził z LSD. Mimo to album „Music from the Taj Mahal” ukazał się w 1980 roku. Większość materiału została dograna w indyjskim kompleksie Karla Caves, kiedy akustyk doszedł już do siebie.

Muzyczna przygoda w Indiach faktycznie była przełomem, ale artysta potrzebował zespołu, by móc dalej realizować swoje pomysły. Poszukiwania twórcze skierował więc na jazz elektryczny. I tak powstała jedna z jego najciekawszych formacji Freelectronic oraz legendarne nagranie „Witkacy – Pejotl”. Nowatorskie połączenie free jazzu, jazz rocka i muzyki elektronicznej z poetyckimi tekstami Witkacego. Coś na granicy jazzowego misterium i rozgrywającej się niczym w narkotycznej malignie muzycznej orgii.

– Jak się zapali fajkę albo wciągnie kokę, to – jak powiedział kiedyś Witkacy – nawet plamka na obrusie staje się dziełem sztuki. Trzeba jednak pamiętać, że to tylko plamka na obrusie. Nie dzieło sztuki. Jak zapalę fajkę, to nie znaczy, że jestem geniusz. To znaczy, że zapaliłem fajkę. Narkotyki to tylko środek medyczny, który uśmierza ból. Także ból istnienia. Ale nie można być zamroczonym i komponować. To sprzeczne z kulturą i naturą kompozycji. Ja sam od piętnastu lat jestem czysty. I mogę powiedzieć, że na trzeźwo napisałem znacznie lepsze kompozycje. One są dopiero hajowe – podkreśla Stańko.

Tomasz Stańko QuintetNa emeryturę nie idę

Po kilkunastu latach eksperymentów i doświadczeń powrócił więc do jazzu akustycznego i na dobre rozkręcił współpracę z wytwórnią ECM. W 1997 roku nagrał poświęcony Komedzie album „Litania”, którym zachwycił fanów jazzu z Europy i świata. „Stańko potrafi przekazać jednocześnie piękno i niezwykłą złożoność muzyki Komedy. Jest w niej pasja, melancholia, cichy liryzm i perfekcja” – pisał recenzent amerykańskiego magazynu „All About Jazz”.

Nic dziwnego, bo to właśnie Stańko – jak nikt inny – najlepiej umie oddać ducha muzyki Komedy. Jej mroczny i nostalgiczny charakter jest zarazem stylem jego gry. Improwizowane frazy buduje z chłodnych, powolnych pochodów przeradzających się co rusz w szalone odloty.

– Jazz rodzi się w bólu i dlatego jest piękny. A ja jestem specjalistą od melancholii, bo ona jest częścią mojego życia – tłumaczy Stańko.

Z poszukiwania brzmienia i stylu przerzuca się na poszukiwanie nowej krwi. I tak ostatnie dziesięć lat jego kariery to przede wszystkim współpraca z zespołem Simple Acoustic Trio. Stańko dostał wiadomość od jednego z przyjaciół, że na jazzowej scenie pojawił się młodziutki, ale niezwykle obiecujący zespół. Postanowił to sprawdzić. Zaprosił trzech muzyków na jeden koncert, potem następny i następny… A w końcu objechał z nimi najważniejsze sceny jazzowe wszystkich kontynentów. Razem nagrali też trzy, znakomicie przyjęte albumy („Soul of Things”, „Suspended Night”, „Lontano”). Styl? Liryczna subtelność i drapieżny pazur jednocześnie. A więc cały Stańko… z odrobiną Komedy oczywiście.

Kolejnym jego protegowanym był młody saksofonista Maciej Obara. Scenariusz współpracy był podobny – najpierw sygnał od znajomego, potem zaproszenie do wspólnego projektu, aż po kilku koncertach Stańko ogłosił: „uważajcie, bo to bardzo poważny zawodnik”. I znów miał nosa. Obara rozpoczyna właśnie trasę koncertową z jazzowymi gwiazdami Nowego Jorku, a w styczniu ma z nimi nagrać płytę. Autorską!

– Niektórzy twierdzą, że jestem jak wampir, że spijam krew z młodych muzyków. Ale przecież nie o to chodzi. Oni mają świeże spojrzenie na jazz, bo z ich perspektywy historia tej muzyki jest zupełnie inna. I to właśnie oni mogą zagrać bardzo kreatywnie – twierdzi artysta.

Parę lat temu został dyrektorem artystycznym nowego festiwalu jazzowego w Bielsku Białej, na który ściąga najważniejsze postaci świata jazzu. Złośliwi mówili, że Stańko idzie na emeryturę. „Emerytura? Chyba bym zwariował. Chcę być czynny i aktywny do samego końca. A kiedy już nie będę miał sił – umrzeć” – ripostował trębacz. Swą najnowszą płytą udowodnił, że inwencja jeszcze się nie wyczerpała.


Nagranie utworu „Dirge for Europe” pochodzi z koncertu „Komeda” zorganizowanego przez Polskie Wydawnictwo Audiowizualne (obecnie Narodowy Instytut Audiowizualny) 28 lutego 2006 w warszawskiej Sali Kongresowej z udziałem m.in. Tomasz Stańko Quartet, Adama Pierończyka oraz Orkiestrty Aukso pod dyrekcją Marka Mosia.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.