Nowe częstotliwości
Pure Lines CC BY-NC-SA 2.0

17 minut czytania

/ Literatura

Nowe częstotliwości

Julia Fiedorczuk

Chciałabym użyć pojęcia ekopoetyki do przyglądania się najnowszej polskiej poezji i światom powoływanym w niej do istnienia za pomocą eksperymentu – dziś o poezji Krupskiej i Topolskiego

Jeszcze 4 minuty czytania

Interesują mnie sposoby budowania świata w wierszach. Co to znaczy? Wiersz, jak mawiał William Carlos Williams, jest „maszynką zrobioną ze słów”, ale ta maszynka powołuje do życia pewną sytuację komunikacyjną. W skrócie: ktoś mówi, do kogoś, o czymś, w jakiś sposób; wybijając na pierwszy plan to lub tamto, wychodząc naprzeciw (oczekiwaniom, potrzebom), albo wręcz przeciwnie – bawiąc się nimi. Ponieważ poezja nie musi stawiać na skuteczność komunikacji, niczego nie sprzedaje ani nie głosi, stanowi – potencjalnie – bardzo szczególną przestrzeń: przestrzeń wolności, w obrębie której dozwolone są eksperymenty na języku, na samej sobie, na czytelniku – i na świecie. W którejś ze swoich książek Marjorie Perloff, niestrudzona komentatorka wszystkiego, co „trudne”, we współczesnej poezji amerykańskiej, zauważyła, że eksperyment ma to do siebie, że może się udać lub nie, i wbrew pozorom nie jest to stwierdzenie oczywiste. Chodzi o to, że poezja (jak każda sztuka) ma prawo błądzić, a nawet musi błądzić, szukając nowych rozwiązań – nowych sposobów na układanie się ze światem.

Interesuje mnie zwłaszcza praca na styku materii i znaczenia. Europejska tradycja filozoficzna uważa materię za bierną, pozbawioną znaczenia masę, której dopiero duch, czyli ludzki (męski) intelekt, nadaje sensowną formę. Poezja ze swojej natury kwestionuje ten dualizm, bo jej sensy ściśle się wiążą z tym, co w języku najbardziej materialne i cielesne: z oddechem, rytmem, brzmieniem, powtórzeniem.

Kontestowanie tego pęknięcia należy do samej esencji poezji. Istnieją jednak poetyki wykonujące szczególnie ciekawy rodzaj pracy w tej przestrzeni. Spośród wielu nazwisk, które mogłabym przytoczyć, wymienię dwa zapewne dobrze czytelnikom znane: Joannę Mueller, wijącą poetyckie gniazda z fraz, które w jej wykonaniu ujawniają genialną elastyczność i wynalazczość języka, i Inger Christensen, autorkę znakomitego „Alfabetu” (przełożonego na polski przez Bogusławę Sochańską), książki zbudowanej na formalnym ograniczeniu wywiedzionym z kolejności liter w tytułowym alfabecie, mistrzowsko operującej powtórzeniem („Alfabet” ukazał się w Danii w 1981 roku, ale w polszczyźnie mamy go od 2018 roku). U obu autorek mamy do czynienia z budowaniem nowego rodzaju relacji pomiędzy podstawowymi elementami świata, do którego jako istoty ludzkie mamy dostęp głównie poprzez język i jego struktury. Z kolei u Radosława Kobierskiego, zwłaszcza w ostatnim tomiku („Coming out”, 2017), odbywa się pogłębiona fenomenologiczna medytacja nad relacją pomiędzy wnętrzem (podmiotu, domu, tożsamości) a zewnętrzem, nad „skórą” świata, stanowiącą naszą jakże prowizoryczną granicę. W każdym przypadku dochodzi do zakwestionowania ja rozumianego jako samotna wyspa na morzu zjawisk, którym człowiek może się ze swojej uprzywilejowanej pozycji przyglądać.

Budowanie to pewien rodzaj tworzenia, możliwy do powiązania z greckim źródłosłowem poezji, czyli pojęciem poiesis. Świat, jak próbuję go tu rozumieć, to sytuacja składająca się z wzajemnie z sobą powiązanych elementów, do których należą wiersz i piszące ciało, a także ich środowisko. Trochę tylko metaforyzując, możemy tę sytuację określić mianem domu – oikosu. Oikospoiesis – te dwa słowa składają się na ekopoetykę. Ekopoetyka to pewien wymiar eksperymentującego tekstu, a nie, jak często słyszę, jakiś podgatunek poezji. To po prostu poetyka, czyli sztuka kompozycji, w takim wymiarze, w jakim dotyczy ona układania się ze światem.

Chciałabym użyć pojęcia ekopoetyki i zasobów refleksji, które już wokół niego narosły, do przyglądania się najnowszej polskiej poezji pod kątem światów powoływanych w niej do istnienia za pomocą językowego eksperymentu. Jest w czym buszować, ostatnie lata obfitowały w ciekawe tomiki, bogactwo nowych poetyckich głosów jest wręcz ogromne. Traktując poezję jako swoiste laboratorium metafory – szkółkę wyobraźni – porzucam podział na poezję zaangażowaną i niezaangażowaną. Wyobraźniowy eksperyment zawsze stanowi formę polityczności, a najbardziej udany jest wtedy, kiedy zmienia znaczenie samej polityki. Czy nowe postacie świata mogłyby wyłonić się akurat z poezji? A czemu nie? Napisałam „szkółka”, a nie „szkoła”, bo bardziej interesuje mnie miejsce, gdzie produkuje się sadzonki drzew, niż to, w którym formatuje się umysły. Wiersze jako sadzonki? Przecież każda realna zmiana musi najpierw wykiełkować, trzeba ją sobie wyobrazić. Na przykład trudno naprawdę i szczerze przejąć się zwierzętami tracącymi w tej chwili swoje domy, dopóki myślimy i czujemy w kategoriach sztywnych dychotomii: ja – inni, człowiek – zwierzę. Mamy jednak całą masę wierszy podejmujących próbę opisania świata, w którym wszystkie te kategorie przenikają się i wzajemnie warunkują, poszukujących języka dla wyrażenia fundamentalnej intuicji, że nasze oddzielenie od świata, choć boleśnie i realnie przez nas odczuwane, jest także pewnym rodzajem fikcji.

„Mapa zalesienia” Eweliny Krupskiej ukazała się w 2016 roku, nie jest więc nowością, chcę jednak zwrócić na nią uwagę – czytelnicy mogli o niej do tej pory nie słyszeć. W wierszach Krupskiej ja przynależy do ziemi bardziej niż do samego siebie – jest przerośnięte jej zmysłowością, ściśle związane z jej rytmami. Pojęcie „natury” na szczęście w ogóle nie ma tu zastosowania, co zresztą wnioskujemy już na podstawie tytułu książki: „zalesienie” to termin techniczny raczej niż wyjęty z sielankowego opisu, a mapa to (dość już niestety zużyta) metafora języka. W otwierającym książkę fragmencie prozy poetyckiej pt. „Zwiastun” nowa pora roku doświadczana jest poprzez smak krwi na palcu, od popękanych skórek: „Pękają lody szorstkiej jak drewno pozimowej skóry. Rzeki będą przez jakiś czas nie do zatrzymania”. Ja przeżywa czas poprzez smak – najprymitywniejszy ze zmysłów. Wszystko łączy się tu ze sobą, pękająca skóra nie tyle przypomina drewno, ile pełni taką samą jak ono funkcję, a pękający lód uwalnia energię życia mówiącej tu istoty. Pogoda nie jest czymś od niej oddzielnym, bo ona sama jest pogodą – tą właśnie nadchodzącą nową porą roku (i kolejnymi, bo tomik podąża za porami roku). Lektura książki w tramwaju także przynależy do procesu, który się tu rozgrywa (tylko czemu pretensjonalne „karty” książki zamiast zwykłych kartek?). To ciekawe: kiedy czytamy (piszemy, myślimy), zawsze jest jakaś pogoda, a my sami – gdzieś się znajdujemy, przybieramy określoną pozę. Jest nam zimno lub ciepło, w tle słychać jakieś dźwięki, czuć zapachy. Na przykład czytając Krupską, siedzę przy kuchennym stole, za oknem mam październikową noc (pierwsze przymrozki) i uśpione miasto. Moja lektura byłaby inna, gdyby nie te okoliczności.

Ewelina Krupska, Mapa zalesienia. Convivo 2016, 114 stronEwelina Krupska, „Mapa zalesienia”. Convivo 2016, 114 stronW kolejnych utworach – które nie są wolne od błędów (pojawiają się irytujące, podbijające rejestr archaizmy albo niczym nie uzasadnione komplikowanie składni) – natrafiamy na kolejne wyraziste obrazy wszechprzenikania: „cienka warstwa brudu z gołębi, powietrza i ulicy” („Odwilż”). Nieokiełznana wyobraźnia każe szyć „patchwork z pól na martwe ciało” („Duszność”) i łapać lato do słoika: „Wszystkie niesłoneczne dni lata przechowywane są w rejestrze dni przeczekanych” („Słoik z latem”). Chwilami ocieramy się o surrealizm albo realizm magiczny, przywodzący na myśl Schulza – sprawczość została tu rozłożona na wszystkie elementy przedstawionego świata. Ja nie kontroluje swojego środowiska, jest raczej wypadkową zachodzących w nim procesów, właśnie to udaje się Krupskiej zapisać, momentami osiągając znaczny stopień poetyckiej kondensacji, jak w końcówce udanego wiersza „Poza bańką”:

Ja, to przepołowiona nierówno czereśnia, skrzecząca pod nożem chropowatą pestką. Ja, to wypatroszone ciałko chudej, błyszczącej ryby, wciąż jeszcze przepełnione drgawkami ogona, który pamięta nurt. Ja, to zgarbiony ptak nielot o długiej szyi, wpatrzony w przesuwającą się po niebie nieosiągalną zdobycz.

Wierszom towarzyszą wykonane przez autorkę tomiku czarno-białe fotografie, czasem chyba zbyt dosłownie ilustracyjne, ale ładne – czułe i uważne, podobnie jak wiersze. Język Krupskiej wydaje się obiecywać naprawdę dużo – jest soczysty, esencjonalny. Nie występuje u niej dość powszechny w młodej poezji syndrom, który określam jako „przerost projektu” (za dużo planowania w stosunku do realizacji, udziwnianie rzeczy na siłę zamiast udoskonalania techniki, pisanie pod kątem jakiegoś modnego tematu, np. ekologii, lekko tylko zamaskowane zabieganie o uwagę), pojawia się natomiast jakiś szczery, żywy impuls, który odbieram z zaciekawieniem – życząc tej twórczości jak najlepszej dalszej drogi.

Maciej Topolski, „Luxus”. Dom Literatury w Łodzi, xxx stron, w księgarniach od xxx 2019Maciej Topolski, „Luxus”. Dom Literatury w Łodzi, 38 stron, w księgarniach od sierpnia 2019Drugim tomikiem, który dziś czytam, jest „Luxus” Macieja Topolskiego, składający się z poematu „Połać” otoczonego przez kilka krótszych wierszy. Pierwszy, bez tytułu, nakreśla mapę pojęciową całego zbioru. Mamy więc „światło” (pierwsze i ostatnie słowo w książce), mamy „trawy” i „zwierzę” (ludzkie/nieludzkie to jeden z tematów), i mamy strach („teraz jest tak że mamy strach/ niech już zostanie na zawsze” – to końcówka „Tachymetrii” Andrzeja Sosnowskiego, bez wątpienia patrona „Luxusu”). Jednocześnie dostrzegam podobieństwo z poetyką Kobierskiego, bo tu także obsesyjnie wraca się do badania porowatej granicy ja – litanijnie gadatliwego, jakby zaklinającego własne istnienie – i tej budzącej strach reszty:

na razie uczę się patrzeć, zaczynam i trudno mi jeszcze
bo wszystko głębiej wchodzi we mnie, nie zatrzymuje się w tym miejscu

gdzie się dawniej zawsze kończyło, posiadam wnętrze
i wszystko tam teraz wchodzi, także psy (…)
(„re.malte”)

Wiersze Topolskiego są formalnie poszukujące, samoświadome (może właśnie do przesady?), wizyjne. Tajemnicze słowotwory towarzyszą metarefleksjom o relacji między językiem a materią:

wprost nieobjęta jest mnogość

               ciał pośród języka

choćbyśmy mieli za sklepienie tysiąc oczu
                              jakim potężnym no jakim
                              jakim bezradnym 

               język pozostaje

                              narzędziem naczyniem
                               („Połać”)

Zestawienie ciał i języka brzmi cokolwiek ewangelicznie, ale to nie słowo staje się ciałem, tylko ciała – ich „nieobjęta mnogość” – nawiedza język. Nie da się wszystkich upchnąć w słowa. Byłoby to stwierdzenie cokolwiek banalne („brak słów”, etc.), gdyby nie fakt, że nadmiarowa materia stanowi właściwe źródło energii tych wierszy i właśnie to mnie do nich przyciąga:

patrz
               warstwa piachu
               warstwa kości
                                            kościół
                              warstwa liści przed kościołem
                                            warstwa dzieci na placu
                                                           warstwa tych co śpią
                                                                          warstwa pościeli i cegieł 

teraz wykrój ludzkie
                                            z tych linii
                                                                                         w tym takcie
                                                                                         („Połać”)

„Ludzkie” pojawia się i znika, jest jak refleks na ekranie (tytułowej „połaci?”). Odzwierciedleniem tej zmienności są nieokiełznane, „luksusowe” wersy, rozlewające się daleko poza punkty graniczne określające nasz zwykły, oficjalny dyskurs. Piętrzą się obrazy i nawiązania intertekstualne, wybijając rytm jakiegoś tajemniczego, sobie tylko znanego obrządku. Nie zawsze wchodzi się w ten rytuał z jednakowym entuzjazmem, echo Sosnowskiego (chyba zwłaszcza z „Konwoju”) bywa zbyt natrętne, ale trafiają się miejsca skutecznie uwodzicielskie:

oko ześlizguje się z pasm światła
oko wchodzi na przedmioty i upada
oko plecie obraz do blasku pruje blask
(„Połać”)

Topolski wprowadza do wierszy ciszę, stosując – nomen omen – światło pomiędzy wersami. To, co pojawia się na tle tego światła, wyraźnie się od niego odcina, dlatego czytamy uważnie na przykład taki fragment:

 (…) aż

przebudziłem się                

i przebudzałem

                              tak
                                            z siebie

na połaci

               ptaki się gubią
                („Połać”)

Coś ciekawego dzieje się na poziomie brzmienia, słyszymy, rzecz jasna, aliterację; trzeba by się jednak zastanowić, czy rozgrywające się w tych wersach obrazy zasługują na aż tak radykalne uwypuklenie. W przytoczonym fragmencie gubią się ptaki, zaraz potem poemat gubi czytelniczkę, w moim przypadku dzieje się to tu:

więcej a więcej

               na przetrawienie na przeżycie na unicestwienie

                                            żuj żryj chodź żyj i przetrawiaj widok
                                            po widoku

Rozumiem, że przetrawianie widoku odnosi się do wzrokocentryzmu (jeśli słusznie założyliśmy, że „Połać” to rodzaj ekranu, horyzont widzialnego), ale zestawienie „żyj” i „żryj” to jednak tani efekt, rodem z nieudanej kampanii reklamowej przeciw otyłości.

Krupska i Topolski eksperymentują, sprawdzają nowe terytoria, ryzykują, wciągają nas w przygody z językiem i światem. Ani „Mapa zalesienia”, ani „Luxus” nie należą do gatunku poezji, który dałoby się łatwo i pasywnie skonsumować – to dwa różne światy, w których można poprzebywać, pomyśleć, doświadczyć samej siebie w nowej częstotliwości.

KBFTekst powstał we współpracy z Krakowskim Biurem Festiwalowym, operatorem programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).