Przerabiać świat na książki

19 minut czytania

/ Literatura

Przerabiać świat na książki

Rozmowa z Małgorzatą Szczurek

Małe wydawnictwo przypomina laboratorium albo centrum kosmiczne – można sobie pozwolić na poszukiwanie rzadkich pierwiastków, eksperymenty, loty na orbitę – mówi redaktorka naczelna wydawnictwa Karakter

Jeszcze 5 minut czytania

ADAM PLUSZKA: Kiedy się dowiedziałaś, że istnieje ktoś taki jak redaktor? Taki ktoś, kto poprawia czyjeś teksty.
MAŁGORZATA SZCZUREK: Hmm, trudno powiedzieć. Ale pamiętam pierwsze spotkanie z redaktorem. To było na początku liceum – całą klasą poszliśmy do jasielskiej biblioteki na spotkanie z Wacławem Sadkowskim, ówczesnym redaktorem naczelnym „Literatury na Świecie”. Wyglądał jak bosman, ale nie opowiadał o dalekich podróżach, tylko o tym, jak tworzy się takie pismo, i o swoich autorach.

A później?
Kiedy skończyłam studia, Znak ogłosił konkurs na redaktora. Jednym z wymogów była znajomość francuskiego lub niemieckiego. Moja siostra namówiła mnie, żebym spróbowała. Popukałam się w czoło, ale postanowiłam wystartować. Drugi etap polegał na wypełnieniu szczegółowej ankiety dotyczącej oferty wydawnictwa, napisaniu notki na tył okładki itp. Siedzieliśmy w kilka osób w holu na pierwszym piętrze i próbowaliśmy coś naskrobać. Obok mnie byli tylko panowie w okularach i z brodą: O, to są prawdziwi redaktorzy – myślałam. No cóż, takie miałam wyobrażenie. Trzeci etap konkursu był jeszcze bardziej ekscytujący. W Mrocznym Gabinecie przy Bardzo Długim Stole siedziało kilka Bardzo Ważnych Osób. Niektóre z nich, jak Jerzego Illga, znałam z radiowych audycji o książkach. Maglowali mnie przez godzinę, pytali, czy chciałabym wydać to, czy tamto, co myślę o takiej czy innej książce. Zapytali, czy mam jakiś pomysł na serię wydawniczą. Odpowiedziałam, że tak, chciałabym stworzyć serię literatury peryferyjnej. Ale – powiedziałam – państwo właściwie już zaczęli to robić, bo przecież wydali „Duklę” Stasiuka, ha, ha. Wyszłam stamtąd w poczuciu, że może nie dostanę tej pracy, ale że to jest to.

Ale dostałaś. Zdziwił cię telefon od nich?
No pewnie! Nie mogłam uwierzyć, że wygrałam. 

Małgorzata Szczurek

Redaktorka, tłumaczka, współtwórczyni i redaktorka naczelna wydawnictwa Karakter. Ukończyła romanistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. W latach 1999–2008 pracowała w wydawnictwie Znak, gdzie m.in. kierowała działem literackim i pełniła funkcję zastępczyni redaktora naczelnego. Jako tłumaczka pracowała m.in. w Gujanie Francuskiej przy budowie wieży wyrzutni rakietowej Ariane 5 oraz w Rwandzie, gdzie towarzyszyła Wojciechowi Tochmanowi podczas zbierania materiału do książki „Jutro narysujemy śmierć”. Zredagowała ponad dwieście książek. Publikowała m.in. w miesięczniku „Znak” i „Tygodniku Powszechnym”. W 2009 roku otrzymała nagrodę „Literatury na Świecie” w kategorii Nowy Głos za przekład powieści Tahara Ben Jellouna „To oślepiające, nieobecne światło”. W 2015 roku przyznano jej francuskie odznaczenie Kawalera Orderu Literatury i Sztuki za propagowanie literatury frankofońskiej. Współpracuje z Muzeum Etnograficznym w Krakowie.

Pamiętasz pierwszy dzień w pracy?
Przeglądałam jakieś recenzje i katalogi, przy okazji zepsułam segregator. Po kilku dniach jak każdy początkujący pracownik redakcji zostałam wysłana na trzy miesiące do działu językowego. To była prawdziwa szkoła: Barbara Poźniak i Anna Szulczyńska, wytrawne redaktorki, znały odpowiedź na niemal każde pytanie albo przynajmniej wiedziały, gdzie jej szukać, no i miały Doroszewskiego w małym palcu. Basia Poźniak mówiła z pamięci wiersze i opowiadała anegdoty z czasów pracy u boku Jacka Woźniakowskiego. Ania Szulczyńska rzuciła kiedyś zdanie, o którego prawdziwości przekonuję się co krok: „Redaktor językowy to najbardziej niewdzięczny zawód świata. Widać tylko to, czego nie zrobił”.

Często redagowałaś teksty? Lubiłaś to?
Było to fascynujące. Od razu niestety naraziłam się kilku osobom, bo trafiłam na bardzo nieudane tłumaczenie z włoskiego i próbowałam je jakoś poprawić. Na szczęście redaktor książki przyznał mi rację. Redakcja językowa przypomina trochę rozwiązywanie łamigłówek – bywa zabawnym ćwiczeniem umysłowym, o ile oczywiście książka nie jest napisana czy przetłumaczona tragicznie i przy okazji nie ma tysiąca stron. Ciekawa jest też praca z przekładami wybitnych tłumaczy. Wiele mówi się o tym, że tłumacze sporo zawdzięczają redaktorom, i to na pewno prawda. Ale zapomina się, że redagowanie przekładów dobrych tłumaczy może być także niezwykle rozwijające dla redaktorów. Do dziś lubię na przykład przeglądać korektę autorską – w niej najlepiej widać kunszt tłumaczki czy tłumacza – kiedy paroma muśnięciami dopina tekst. Nie są to poprawki, które mógłby – a w każdym razie powinien – wprowadzać redaktor, bo w tych mikrozmianach odciska się właśnie autorski rys.

Nieraz też myślę o tym, że rozmaite formy analizy czy krytyki tekstu zazwyczaj w ogóle nie biorą pod uwagę tego, że tekst rzadko jest sprawą wyłącznie jednej osoby. Świadomość ta budzi we mnie rozmaite obiekcje: czy rzeczywiście należy sugerować autorowi lub autorce taką lub inną zmianę? Może dzięki tej zmianie tekst będzie bardziej zjadliwy, ale czy na pewno lepszy? Powiedzmy – w oczach przyszłych pokoleń. Niektórzy mawiają, że każdy tekst da się skrócić i że zawsze wyjdzie mu to na dobre. Nie lubię tego rodzaju redaktorskich bon motów, bardziej ufam Susan Sontag, która twierdziła, że większość interesujących zjawisk sztuki naszych czasów po prostu jest nudna. Za przykład podawała Becketta. Może całe szczęście, że nie trafił na ambitnego redaktora, wielbiciela kryminałów.

Zdarzyło ci się przeżyć wstrząs, że takie nazwisko, taki tuz, a niechluj i nie umie po polsku?
No pewnie, ale czy musimy o tym rozmawiać? To, co jest dla mnie najciekawsze w byciu redaktorką, to odkrywanie i wymyślanie. Autorów, tematów, książek.

W Znaku byłaś redaktorką inicjującą, a redakcją językową, jak rozumiem, zajmowałaś się od czasu do czasu. Na czym polegała praca redaktorki inicjującej?
Pracowałam w redakcji nabywania tytułów, czyli szukałam książek do wydania, wymyślałam je też wspólnie z koleżankami i kolegami, a potem zajmowałam się prowadzeniem niektórych z nich. Przez kilka lat kierowałam działem literackim. Nie chcę zdradzać szczegółów, odpowiem bardziej ogólnie, zwłaszcza że miałam okazję obserwować pracę we francuskim wydawnictwie Verticales, znam realia wielu polskich oficyn, nie mówiąc już o Karakterze. Rola redaktora inicjującego różni się w detalach w zależności od wydawnictwa. Jest on odpowiedzialny za dobór i jakość merytoryczną prowadzonych przez siebie książek, a niekiedy też za ich rentowność i wyniki sprzedaży.

Jak to wygląda na co dzień?
Najczęściej tak, że przeczesuje się katalogi agencji literackich, pisma branżowe, prasę zagraniczną, listy bestsellerów i próbuje wyłowić interesujące książki lub ciekawych autorów. Zamawia się wybrane tytuły, dziś są to najczęściej PDF-y, i czyta się je samemu lub daje do recenzji wewnętrznej. Kiedy trafi się na coś ciekawego, książkę wraz z kalkulacją prezentuje się na zebraniu redakcyjnym. Wtedy trzeba już mniej więcej umieć określić wszystkie najważniejsze parametry publikacji, czyli objętość książki, jej format, koszty przygotowania, a przede wszystkim – szacunkowy nakład: 3 tysiące, 30 tysięcy czy może 100 tysięcy egzemplarzy? – diabeł siedzi właśnie w tych liczbach. Są rzeczy, które stosunkowo łatwo przewidzieć, np. sprzedaż nowej książki autora, którego już się wydawało, ale to wyjątki, bo światowy bestseller nie zawsze musi się sprawdzić w polskich warunkach i odwrotnie, znane są przypadki zagranicznych autorów popularnych tylko w Polsce. Poza tym redaktorzy są poddawani nieustannej presji – z jednej strony agentów i zagranicznych wydawców, którzy prawie każdą książkę starają się sprzedać jako potencjalny hit lub przynajmniej arcydzieło dekady, a z drugiej – działów sprzedaży i marketingu własnych wydawnictw, które także oczekują od nich hitów, rzadziej niestety arcydzieł.

Zetknęłaś się ze skautami?
Tak, choć częściej współpracują z nimi redaktorzy dużych komercyjnych wydawnictw. Skauci informują z wyprzedzeniem o potencjalnych zagranicznych hitach, książkach, które często nawet się jeszcze nie ukazały, ale już się o nich mówi jako o gorących tytułach. Wiąże się to z koniecznością kupowania praw na podstawie kilku stron lub wręcz paru zdań opisu książki. Szczerze nie znoszę tej formy pracy, tak jak nie znoszę pogoni za bestsellerami. W moim poczuciu wydawca to ktoś, kto dokonuje wyboru i proponuje czytelnikom rzecz, do której jest przekonany. Trudno być przekonanym do czegoś, o czym się nie ma większego pojęcia.

O czym trzeba pamiętać, kiedy szuka się tytułu?
Trzeba wyobrazić sobie nie tylko książkę, ale także jej potencjalnego odbiorcę oraz sposób jej promocji i sprzedaży, bo wszystkie te elementy są z sobą związane i na siebie wpływają. Ostateczna forma wydania, promocji i sprzedaży książki jest wynikiem współpracy wielu działów wydawnictwa. Łatwo tu popełnić błąd. Można ambitną powieść wydać tak, że przypomina tandetne czytadło, albo – odwrotnie – popularne wprowadzenie do danej dziedziny w taki sposób, że wygląda jak rzecz dla koneserów. W obu wypadkach wydawca trafia kulą w płot.

Zdarza się, że książkę źle sklasyfikuje księgarz. Na przykład przewodnik po sektach religijnych trafia na dział turystyczny. Jak twoim zdaniem ważna jest okładka?
Jest to w tej chwili główny nośnik informacji o książce. Marketingowcy fetyszyzują komercyjny aspekt okładki, uważają, że to ona „sprzedaje” tytuł. Ale przecież wiele książek staje się bestsellerami, mimo że ma fatalne okładki. Okładka odwołuje się nie tylko do naszego zmysłu estetycznego i emocji, ale też do rozmaitych konwencji, które czytelnicy nie zawsze sobie uświadamiają. Łatwo na przykład wyobrazić sobie projekt, który wywoła u odbiorcy swego rodzaju dysonans poznawczy – na okładce książki, która w zamierzeniu miała rozmontowywać stereotypy kulturowe, znajdzie się ilustracja czy zdjęcie, które je tylko potwierdzi.

Małgorzata Szczurek / fot. Marcin JędrysiakMałgorzata Szczurek / fot. Marcin JędrysiakZauważ, że od pewnego czasu okładki są coraz częściej komentowane w recenzjach książek. Na razie jednak te komentarze sprowadzają się do hasła „ładna” lub „brzydka”, znacznie rzadziej pojawia się próba jakiejś analizy czy interpretacji. Wydawcy często dążą do tego, by sformatować nie tylko książkę, ale i sposób jej odbioru. Mam wrażenie, że coraz częściej im się to udaje. W zeszłym roku prowadziłam zajęcia ze studentami i zaskoczyło mnie, jak łatwo niektórzy z nich ulegają sugestiom wydawców, hasłom reklamowym, notom o książce, jak bardzo czytają książki przez pryzmat tego, co o nich mówią okładki. Wiesz, lubię francuskie księgarnie. Niewiele książek chce cię tam już od progu zszokować czy uwieść; chodzisz sobie między półkami, gdzie większość okładek to czyste płaszczyzny z nazwiskiem autorki czy autora i tytułem. Otwierasz, podczytujesz i dopiero po jakimś czasie decydujesz, czy masz ochotę na tę przygodę, czy raczej nie. Mam wrażenie, że u nas w coraz mniejszym stopniu czyta się po prostu same teksty i próbuje je samodzielnie przeżywać, po swojemu interpretować. Najważniejsze chyba jest to, by traktować czytelników poważnie. Może jestem naiwna, ale uważam, że cynizm na dłuższą metę nie popłaca.

Redaktor w dużych wydawnictwach jest brand menadżerem?
Kiedy redaktor ma pomysł na książkę albo chce coś zamówić, kształt książki powstaje w trakcie rozmów z autorką lub autorem. W dużych wydawnictwach coraz większy wpływ na ofertę mają działy promocji i sprzedaży; to nie zawsze jest przyjemne dla redaktorów, którzy z twórców planu wydawniczego zamieniają się w wykonawców komercyjnych zleceń. Tymczasem redaktor to ktoś, kto patrzy na świat jak na rzecz do opisania, a w każdej spotkanej osobie widzi potencjalnego autora czy autorkę lub przynajmniej bohatera, bohaterkę książki. I nie traci nadziei, że otwierając setny załącznik w tygodniu, odkryje tekst, który go olśni. Ma swoje obsesje i pasje, którymi chce zarażać innych. To po prostu taki organizm do przerabiania świata na książki.

Co jeszcze robi w pracy redaktor?
Negocjuje warunki z tłumaczami i autorami, szuka odpowiedniego tłumacza lub tłumaczki. Współpracuje z nimi podczas powstawania książki, w trakcie może sugerować rozmaite zmiany, wreszcie może tekst przyjąć lub go odrzucić. Trzeba pamiętać, że autorzy i tłumacze to najczęściej wrażliwi ludzie; redaktor czy redaktorka powinni stworzyć im optymalne warunki pracy, dodać otuchy, zmotywować, a czasami też ochronić przed drapieżnością innych działów lub mediów. Przydają się miękkie kompetencje i odrobina psychologii.

Czym się różni bycie redaktorem w dużym i małym wydawnictwie?
To dwie zupełnie inne role. W dużym praca przypomina trochę obstawianie koni na wyścigach: który tytuł ma większą szansę stać się bestsellerem? Który autor bardziej rokuje? W małym wydawnictwie to jak praca w laboratorium albo centrum kosmicznym – można sobie pozwolić na poszukiwanie rzadkich pierwiastków, eksperymenty, loty na orbitę. Zawsze jednak trzeba mieć wizję tego, co i dla kogo chce się wydawać.

Co i dla kogo chcesz zatem wydawać?
Naszymi czytelnikami są ludzie, którzy są ciekawi świata, chcą się rozwijać, zadają sobie pytania. Bardzo zależy mi na tym, żeby wprowadzać w obieg polskiej kultury autorów i tematy spoza głównego nurtu. Świadomie używam określenia „obieg kultury”, a nie „rynek książki”, bo to drugie określenie jest moim zdaniem zbyt doraźne i nie oddaje istoty pracy wydawcy. Interesuje mnie różnorodność – ciekawa jestem innych wrażliwości, innych poetyk, innych wizji rzeczywistości, niekoniecznie takich, które są najłatwiejsze do przyswojenia i zrozumienia. Dlaczego nie czerpać z bogactwa świata i nie wydawać autorów haitańskich, angolskich, kongijskich czy libańskich, jeśli świetnie piszą? Pamiętam protekcjonalne uwagi na temat Alaina Mabanckou czy Iljasa Churiego – najwięcej mówią one właśnie o tych, którzy je wypowiadają.

Dlaczego postanowiłaś w 2008 roku z Magdą Hajduk-Dębowską i Przemkiem Dębowskim założyć własne wydawnictwo?
Znasz redaktora, który by nie marzył o własnym wydawnictwie? To zresztą globalny trend: duże wydawnictwa rozrastają się w koncerny, a pojedynczy redaktorzy odchodzą i zakładają małe autorskie oficyny. Bardzo wiele nauczyłam się w Znaku. Jerzy Illg pokazał mi, że zawód redaktora i wydawcy może być frajdą, życiową pasją. Maria Makuch, dziś przede wszystkim świetna tłumaczka, przybliżyła pracę z ludźmi i z przekładami. Ma niesamowity dystans do rzeczywistości i do siebie samej, zazdroszczę jej tego. No i Henryk Woźniakowski – kilka rozmów z nim zapamiętam na zawsze. Dzielili się z nami – wszystkimi młodymi – wiedzą, doświadczeniem i dylematami związanymi z tym zawodem. W końcu, po dziewięciu latach, przyszedł czas na zmianę. Kiedy Magda z Przemkiem zaproponowali mi założenie Karakteru, prawie nikt nie wróżył nam sukcesu. Ale udało się, istniejemy dziesięć lat, tworzymy dziś już ośmioosobowy zespół. Spełniamy nasze marzenie i cieszę się, że wciąż jest to możliwe.

Książki wydawnictwa KarakterKsiążki wydawnictwa Karakter

Jak dziś wybierasz tytuły?
Na pozór wszystko wygląda podobnie – przeglądam prasę, czytam propozycje agentów, odbieram maile od autorów, tłumaczy i czytelników, którzy dzielą się swoimi sugestiami. Czytam książki, na które trafiłam poprzez inne książki. Zastanawiam się nad tym, jakich autorów czy głosów brakuje. Magda i Przemek także proponują tytuły do wydania, decyzje podejmujemy wspólnie. Najważniejsze jest dla mnie kryterium istotności – czy ta książka jest potrzebna, zmienia coś w naszym rozumieniu, odpowiada na jakieś ważne pytania, otwiera na coś nowego? Zależy mi na tym, by książki komentowały rzeczywistość, by odnosiły się w jakiś sposób do tego, co dzieje się wokół nas, by poszerzały horyzont. A gdy mowa o esejach i powieściach – by były napisane ciekawym językiem, podejmowały ryzyko, by wywoływały jakieś drżenie.

Siła małych wydawnictw tkwi w ich nieszablonowości? Tym wygraliście wyścig o Susan Sontag?
To niesamowita historia. Chcieliśmy wznowić „O fotografii” i właśnie wtedy w Stanach Zjednoczonych ukazał się pierwszy tom dzienników Sontag. Jak się domyślasz, wywołał on w Polsce spore zainteresowanie wydawców. Agent zaproponował, by każdy z chętnych przedstawił swoją najlepszą ofertę, nie wiedząc, z kim konkuruje ani jakie kwoty wchodzą w grę. Susan Sontag była wówczas popularna w Polsce jako autorka powieści i „O fotografii”, ale nie wydano ani jednego tomu jej esejów, kilka ukazało się w „Literaturze na Świecie”, dwa czy trzy w innych pismach. W naszej ofercie napisaliśmy, że chcemy pokazać Sontag jako intelektualistkę i eseistkę, a nie autorkę sensacyjnego dziennika. Myślę, że właśnie tym przekonaliśmy agenta. Dotrzymaliśmy słowa – wydaliśmy trzy książki eseistyczne i dopiero potem pierwszy tom dziennika; w materiałach promocyjnych nie eksponowaliśmy wątków obyczajowych. Wydaje mi się, że oddaliśmy sprawiedliwość autorce, a to przyciągnęło nowych czytelników i czytelniczki, którzy wyczekują kolejnych jej książek.

Kiedy tłumaczysz książki, zwłaszcza dla siebie, dla Karakteru, powstaje w tobie wewnętrzny konflikt na linii tłumaczka–redaktorka–wydawczyni?
No tak. Przede wszystkim mam świadomość, że ktoś inny mógłby to zrobić lepiej. Czasami jednak trafiam na książki, którym po prostu nie mogę się oprzeć. Na poziomie bardziej technicznym – tłumaczka jest bliżej tekstu, a redaktorka myśli także o odbiorze i sprzedaży książki. Miałam sporo tego rodzaju dylematów związanych z powieścią Kamela Daouda. Francuski tytuł „Meursault, contre-enquête” akcentuje nazwisko Camusowskiego bohatera i zawiera w sobie pewną polemiczność. Z tego punktu widzenia wydawało mi się, że najlepszym tytułem byłby „Meursault, rewizja”. Tu jednak włączała mi się redaktorka i wydawczyni: no ale jak sobie wyobrażasz tę książkę na półce w polskiej księgarni? Po pierwsze, prawie nikt tego nie umie wymówić, po drugie większość osób i tak nie pamięta, że to bohater „Obcego”. Tytuł musi się zaczynać od polskiego słowa! W końcu zdecydowałam się na „Sprawę Meursaulta”, która mimo że nawiązuje do różnych już istniejących tytułów, jak np. „Sprawa Dantona”, „Wybór Zofii”, nie za bardzo mi się podoba.

Książki wydawnictwa KarakterKsiążki wydawnictwa Karakter

Czujesz dziś większą odpowiedzialność za rentowność każdej książki?
Odpowiedzialność jest dokładnie taka sama. To nie jest tak, że kiedy pracuje się „u kogoś”, to się szasta pieniędzmi, a kiedy „u siebie”, to ma się jakiś straszny przykurcz. Wiele osób się ze mną nie zgodzi, ale uważam, że plan wydawniczy powinien się bilansować w całości. Gdyby głównym kryterium publikacji miała być rentowność pojedynczych książek, większość wybitnych dzieł w ogóle nie mogłaby się ukazać. Na stażu w Verticales poznałam charyzmatycznego twórcę tego wydawnictwa, Bernarda Walleta. Po latach pracy w różnych dużych oficynach miał wiele gorzkich przemyśleń. Zapytał mnie kiedyś: „Wiesz, o czym marzą duzi wydawcy? Żeby wydawać rocznie jeden tytuł w nakładzie miliona egzemplarzy. Reszta książek nie ma dla nich znaczenia, tylko im psuje rentowność”. Podobnie jak on uważam, że pułapką jest raczej pogoń za bestsellerami i sztuczne pompowanie nakładów. Wchodzisz potem do dużej sieciowej księgarni i na tych słynnych stołach nie znajdujesz prawie niczego, co byłoby warte przeczytania. Jaki to ma sens?

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” oraz festiwalu Europejski Poeta Wolności.






Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).