Pożegnanie z językiem
fot. ActuaLitté, CC BY-SA 2.0

26 minut czytania

/ Literatura

Pożegnanie z językiem

Piotr Sadzik

Houellebecq próbował niegdyś budzić nas z kolektywnej drzemki, ale teraz, kiedy śnione wówczas zbiorowe sny zupełnie już się rozwiały, sam ucieka w przestrzeń jałowej fantasmagorii

Jeszcze 7 minut czytania

Michel Houellebecq porównał kiedyś swoje pisanie do kolarskiego zjazdu. Dynamikę tekstu podminowuje tu stałe napięcie, jakie towarzyszy manewrowaniu rozpędzonym rowerem, który ociera się o przepaść, a jednak w nią nie wpada. Gdyby trzymać się tej metafory, „Unicestwianie” przypominałoby leniwą przejażdżkę, w której zamiast uczestniczyć w wyścigu, możemy rozglądać się dookoła, kontemplując wypłaszczony krajobraz. Znikło poczucie zagrożenia. Jak gdyby Francis Bacon wyszedł z rzeźni malować poczciwe pastelowe landszafty.

W wywiadzie udzielonym „Le Monde” Houellebecq stwierdza wprost: „Odwrotnie do tego, co głosi sławna formuła, […] myślę, że to z dobrych uczuć robimy dobrą literaturę. […] Nie ma potrzeby celebrować zła, żeby być dobrym pisarzem! W moich książkach, niczym w baśniach Andersena, od razu wiemy, kto jest zły, a kto dobry”. Trzeba przyznać, że kiedy Houellebecq pisał uczuciami gorszymi, dawało to zdecydowanie lepsze literacko efekty. I jeśli w ostatnich dniach wysunął się u bukmacherów na prowadzenie w rankingach noblowskich (w czym mu kibicuję!), to nie za ostatnią książkę. A jednak w tej porażce trudno mi nie dostrzec pewnego przejmującego gestu.

Unicestwianie”, powieść ostatnia, jeśli wierzyć deklaracjom autora, jest przede wszystkim elegią. Dekoracji dostarcza tu choroba ojca, nestora rodziny, tożsama z umieraniem dawnej Francji, a także z żegnaniem się z literaturą samego Houellebecqa. Charakterystyczne, że tym ostatkom nie towarzyszy jednak kondensacja tego, co uchodzi za sznyt rozpoznawczy houellebecqizmu. Jakby Houellebecq zdał sobie sprawę, że jego dotychczasowe pisarskie gesty zbyt szczelnie przesłaniały ich sedno, które teraz zostaje podane w postaci krystalicznego destylatu. Tę przemianę zapowiada już sposób, w jaki w „Unicestwianiu” zawiązuje się intrygę. Pierwsze zdania zapoznają nas z niejakim Bastienem Doutremontem, materiałem na klasycznego houellebecqowskiego bohatera, który jałowiznę życia próbuje zabić wykonywaniem jakichkolwiek wypełniających je czynności. Robi więc zdjęcia graffiti w paryskim metrze, układając je potem w foldery według podziału na stacje i linie. Prawdopodobną kondycję seksualną Bastiena można chyba wyczytać z użytego w oryginale słowa célibataire, które faktycznie oznacza „singla”, ale wydaje się, że polski przekład nieco łagodzi obraz sytuacji. Houellebecq jednak od razu porzuca tę postać, by przez kolejnych kilkaset stron wracać do niej tylko sporadycznie. Jakby rozstawał się z najbardziej charakterystycznym typem bohatera swojej prozy. Zamiast tego szkicuje utrzymany w łagodnych tonacjach portret rodzinny z politycznymi wstrząsami w tle.

Michel Houellebecq, Unicestwianie. Przeł. Beata Geppert, W.A.B., 624 strony, w księgarniach od października 2022Michel Houellebecq, „Unicestwianie”. Przeł. Beata Geppert, W.A.B., 624 strony, w księgarniach od października 2022Zgodnie z typowym dla Houellebecqa wybiegiem w nieodległą przyszłość jesteśmy we Francji roku 2027. Trwa kampania prezydencka, a rządzący przez dwie kadencje macronopodobny prezydent wpada na pomysł wykonania gambitu Putin-Miedwiediew, to znaczy wyznaczenia jako swojego następcy figuranta, którego prezydentura wyzeruje jego licznik, pozwalając jemu samemu zająć stanowisko po następnych wyborach. Do tego mnożą się zagadkowe akty terroru, które układają się w najbardziej kuriozalny wątek książki (zamachy na kontenery ze spermą?! sataniści?!). To jednak tylko tło dla tematów bardziej zasadniczych. Houellebecq obdarza tu swoje postaci wszystkim tym, czego zwykle im odmawiał. Ludzie wreszcie o siebie się troszczą, czują się kochani, zawiązują relacje dalekie od toksycznych.

Szwem spajającym całą książkę jest historia Paula Raisona, bliskiego współpracownika ministra gospodarki i finansów, który stopniowo odbudowuje relacje z żoną. Od sporadycznych rozmów, drobnych gestów po płomienny kres dziesięciu lat seksualnej abstynencji. Choroba jego ojca skłania zresztą do redefinicji wszystkich członków rodziny. Wątek ten Houellebecq podlewa swoją antyeutanazyjną obsesją, której dawał ostatnio ujście też w publicystyce. Jeśli w „Unicestwianiu” rodzina zamiast po prostu wypisać sparaliżowanego ojca z ośrodka zdrowia, porywa go z pomocą specjalnej bojówki, to przesada tej akcji służy tylko podkreśleniu interesującego Houellebecqa problemu. A widzi on w eutanazji ostateczną postać zmiany antropologicznej, jakiej sprzyja jakoby Zachód. W jego oczach starzejące się społeczeństwa, ogarnięte zarazem kultem zdziecinnienia, traktują osoby starsze jako zbędne, które trzeba usunąć poza pole widzenia. Sam jednak usuwa poza pole widzenia stare kobiety. W „Unicestwianiu” konanie zawężone zostaje tylko do jednej płci – drugiej przeznacza się jedynie rolę pielęgniarek. Przesunięcie z libidalności do paliatywności, do jakiego dochodzi u Houellebecqa, nie musi jednak wpadać w koleiny wątpliwych narracji. Kiedy Gaspar Noé zastępuje szczytujące w rytm bitów hipersprawne ciała tańczących („Climax”) powykrzywianymi artretyzmem kończynami, które wsysa wir cichej agonii („Vortex”), nie flirtuje z dyskursem o „świętości życia” ani nie grzęźnie w pacykarstwie.

Houellebecq oczywiście nie był nigdy twórcą niebywałych stylistycznie zdań, nadrabiał to jednak zorkiestrowaniem fabuły. Ta w „Unicestwieniu” kuleje, a nie pomaga jej też zamierzona marionetkowość rodem z dydaktycznej alegorii. Imiona i nazwiska bohaterów wskazują na kolejne przymioty: „Raison” – „Rozum”, „Juge” – „Osąd”, „Prudence” – „Rozwaga”. Na dodatek materiału jest tu tylko na rozbudowane opowiadanie. Nie ma potrzeby, by przekonanie, że „rodzina to jest siła”, rozdymać do ponad 600 stron. Wbrew temu, co się czasem pisze, problem z „Unicestwianiem” nie polega więc wcale na tym, że Houellebecq mówi to co zwykle, ale właśnie na tym, że próbuje nadać powieściową formę stanom, które wcześniej robiły wprawdzie dla jego postaci za bezustanny punkt odniesienia, ale występowały jedynie jako niedostępny ideał. Rezygnacja z tej zapośredniczającej dialektyki skazuje „Unicestwianie” na całe strony banałów i naiwności. Pragnienie stabilnego życia emocjonalnego, udanych stosunków rodzinnych czy po prostu etycznych relacji między ludźmi zamiast być, jak dotychczas, ukrytym motorem fabuły, zbyt często wyłożone zostaje wprost, i to w sposób mocno toporny, a rozwleczona historia pełna przegadanych wątków grzęźnie w pastelozie nijakości.

Denis Demonpion, Houellebecq. Przeł. Anastazja Dwulit, Magdalena Kowalska, Agora, 416 stron, w księgarniach od października 2022Denis Demonpion, „Houellebecq”. Przeł. Anastazja Dwulit, Magdalena Kowalska, Agora, 416 stron, w księgarniach od października 2022Dobrze się złożyło, że „Unicestwianie” wychodzi w asyście biografii Houellebecqa. Choć nie jest to dzieło najszczęśliwsze, to jednak całkiem nieźle pozwala odtworzyć zmianę zajmowanej przez pisarza pozycji, której symptomem jest też ostatnia książka. Zmianę tak statusu Houellebecqa na francuskiej mapie literackiej, jak i jego stosunku do społeczeństwa, z którego środka pisze. Odnoszę wrażenie, że mówiąc „Houellebecq”, wciąż mamy na myśli przede wszystkim Houellebecqa, którego wizerunek, nie bez sporych zdolności autokreacyjnych samego autora, został ustalony przez zamierzchłą już czasowo kanoniczną czwórkę: „Poszerzenie pola walki”, „Cząstki elementarne”, „Platforma” i „Możliwość wyspy”. Zza książek wydanych w ciągu dekady obejmującej przełom milleniów (najwcześniejsza pozycja w tym zestawie wyszła w 1994, najpóźniejsza w 2005 r.) wyzierał zbolały abnegat, który zdawał raport z własnego rozczarowania tym, jak zblatowane z rynkiem demoliberalne społeczeństwo nie potrafiło spełnić powszechnej obietnicy jednostkowego szczęścia. To właśnie ten czas obejmowało pierwsze wydanie jego biografii (dociągniętej właśnie do 2005 r.), która istniała też w polskim przekładzie. Jej obecna poszerzona wersja uzupełnia historię Houellebecqa o kolejnych 15 lat, kiedy sporo uległo zmianie.

Dostajemy więc bonus do najbardziej rozpoznawalnych faktów z życiorysu pisarza: opuszczenia przez rodziców, wychowania pod opieką babci, przybrania jej normandzkiego nazwiska, nauki w agrotechniku i szkole filmowej, pracy informatyka w ministerstwie rolnictwa, a wreszcie momentu, kiedy zahukany Michel Thomas ustępuje stopniowo Michelowi Houellebecqowi. Mimo namnożenia biograficznych szczegółów nie umiem jednak znaleźć w książce odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że mało komu znany autor eseju o Lovecrafcie i koszmarnie grafomańskich wierszy przemutował nagle w najbardziej może czujnego diagnostę swojej epoki. Konikiem Denisa Demonpiona jest poszukiwanie tego, ile z tzw. rzeczywistych doświadczeń Houellebecq wsadził w fikcje. A był przy tym oczywiście sugestywny. Po „Cząstkach elementarnych” można by sądzić, że jego własna matka podobnie do matki powieściowej porzuciła go, by oddawać się zbiorowym orgiom w hipisowskiej komunie. Charakterystyczne dla Houellebecqa wprowadzanie do powieści personaliów żyjących osób czy nazw działających instytucji zaprowadziło go zresztą nawet na salę sądową (przypadek kempingu z „Cząstek”, przedstawionego jako schronienie newage’owych sekciarzy). I choć Demonpion słyszał coś o tym, że literacki użytek robiony z życiowej materii może być całkowicie swobodny (mówią o tym niektórzy jego rozmówcy), to zamiast analizami technik pisarskiej kreacji raczy nas tonacją prokuratorskich dociekań wymieszanych z paszkwilem. „Houellebecq wciąż kręci”, „okazał się wielkim mistyfikatorem”, a do tego „prowadzi swoją grę dość bezczelnie”. Ulubionym tematem Demonpiona są „różne małe i duże machlojki, jakie [Houellebecq] robi ze swoim życiem w ogóle, a danymi osobowymi w szczególności”. Wśród tych ostatnich eksponowane miejsce zajmuje kwestia nieprawdziwej daty urodzin, jaką podaje zwykle Houellebecq, dopuszczając się jakoby „małego oszustwa”, choć „tak żałosnego”.

Pierwsza wersja książki nie uzyskała autoryzacji ze strony pisarza. Houellebecq odmówił spotkania z Demonpionem, domagając się jednocześnie wglądu w maszynopis jego pracy, a w razie potrzeby – ingerencji w treść. Oczywiście biograf na to nie przystał. O tym, jak ciepłymi uczuciami obdarzył go Houellebecq, świadczą wypowiedzi z czasu, kiedy książka (ta „nędzna i głupia biografia”) już się ukazała. Demonpion to dla niego „ten padalec”, który „pozuje na eksperta w mojej własnej sprawie”. Na myśl o nim w Houellebecqu „pojawia się odruch wymiotny”, „mam mdłości i nie mogę tego powstrzymać”. Nie mając możliwości prawnego zablokowania publikacji, pisarz żałuje, że nie zastosował wobec Demonpiona „odrobiny fizycznego zastraszenia”. Kiedy biograf promuje książkę matki Houellebecqa, ten stwierdza: „Można mieć pewność, że to rzeczywiście wyjątkowe gówno”.

Symptomatyczna jest dlatego zmiana tonu, jaka towarzyszy uaktualnionej wersji biografii. W ostatnim mailu do Demonpiona znika typowa dla Houellebecqa jadowita złośliwość, którą zawsze stosował z najwyższą gracją. Zapewnia, że tym razem niczemu już nie będzie zaprzeczał. Odpuszczenie? Znużenie? A może po prostu przywilej obecnej pozycji. Bo książka Demonpiona sprawdza się najlepiej w dostarczaniu dowodów na całkowitą zmianę statusu Houellebecqa. Poniżenie trzymającego się na uboczu nadwrażliwca, który brał zemstę na społeczeństwie, zastąpiła wygoda pisarskiej sławy. Co się zmieniło od poprzedniego wydania biografii? Niemało. Houellebecq dawno już zatracił rys literackiego rebelianta. Przede wszystkim dostał wreszcie Goncourtów, na których zamachem była „Mapa i terytorium” (ten Borges w tytule…). Z pozycji „wroga publicznego”, którą chełpił się przy okazji rozmów z Bernardem Henri-Lévym, przeszedł w rolę udekorowanego Legią Honorową sytego poety laureatusa, zapraszanego przez najwyższe francuskie władze bywalca Pałacu Elizejskiego. Kiedyś zamiast głosowania na francuskiego prezydenta zalecał „odlanie się w kabinie wyborczej” (to o Chiracu), obecnie gości go na swoim ślubie (Sarkozy) albo ucina sobie poufałe pogawędki (Macron).

Szczególnie koślawo wypadają w „Unicestwianiu” panegiryki na cześć Bruno Juge’a, przełożonego Paula. Ten „zapewne największy minister gospodarki od czasu Colberta” odpowiada za to, że „sytuacja gospodarcza jest dobra. […] A nawet nigdy nie była lepsza”, „Francja powróciła na piąte miejsce w gospodarce światowej”, pierwsze zaś „wśród krajów wystrzeliwujących satelity”. Dług maleje, płace rosną, my zaś zastanawiamy się, czemu Houellebecq wzorem dawnych dworskich poetów czapkuje swoim protektorom, a książka nabiera subtelności rodem z produkcyjniaka. Prototypu dla Bruno Juge’a dostarczył Bruno Le Maire, obecny francuski minister gospodarki i finansów, który pomógł niegdyś Houellebecqowi w organizowanym na koszt państwa przewiezieniu samolotem zwłok jego ukochanego psa. Houellebecq, który wcześniej mówił, że Francji „trudno znosić takich ludzi jak ja”, i który rozpoznawał swoje pisarskie powołanie w wyłamywaniu się ze stadnych odruchów narodowego kolektywu („postać wybitna staje się nią tylko i wyłącznie na przekór wszystkim swoim rodakom, więc powinna rozwinąć w sobie moc agresji równą, albo też większą, siłom obronnym zebranym przez wszystkich rodaków złączonych przymierzem”), po 13 latach pobytu w Irlandii postanowił wrócić do kraju, by znowu słyszeć wokół siebie francuski. O ile kiedyś podważał doksę społeczeństwa, którego dominujące wzorce skazywały jego postaci na kolaps, o tyle teraz raczej cieszy się plażowaniem i grą w scrabble, z czego instagramowe relacje zdaje jego żona.

Zmianie uległ jednak przede wszystkim kontekst, w jakim pisze. Jego najważniejsze książki powstały w minionej już dobie niczym nienaruszonej globalnej hegemonii demolibu, której pęknięcia sygnalizowały. Houellebecq jakby więc sam zastawił na siebie pułapkę. Bazując na jego dawnej reputacji, oczekuje się, że dalej będzie, jak to się topornie mówi, precyzyjnym diagnostą teraźniejszości. Że powie coś ważnego o naszym „dzisiaj”. Tymczasem od książek, które zapewniły mu międzynarodową widzialność, oddziela nas bariera co najmniej kilku przewrotów, które zmieniły dookoła wszystkie współrzędne.

Cyfrowa rewolucja technologiczna zdmuchnęła dotychczasowe słowniki, za których pomocą opisywaliśmy polityczność. Houellebecq informatyk, którego bohaterom zdarzało się współdzielić z nim ten zawód, choć dalej sili się na profecje, zaskakująco w znikomym stopniu zdaje sprawę ze skali społecznej, afektywnej i percepcyjnej przemiany, jaką rewolucja ta za sobą pociągnęła. W „Unicestwianiu” internet pojawia się wprawdzie jako medium rozpowszechniania obrazów terroru (wspomaganych deep fake’em), ale jego wpływ na strukturę społeczną jest żaden. Bruno Juge to heros czasu analogowej polityki, która trwa u Houellebecqa jak gdyby nigdy nic.

Świat nie tylko jednak Houellebecqowi uciekł, ale też zanadto się do niego przybliżył. Tym samym paradoksalnie pisarz wytracił ostrość widzenia. Jego diagnozy zaś, które siłę perswazji czerpały również z naruszania dominujących społecznie narracji, zatraciły swoją nośność, kiedy stały się jednym z wielu w powodzi głosów budujących nowy mainstream. Zmierzchanie dotychczasowych modeli męskości – jeden z tematów jego pisania – zaowocowało obecnie gwałtownymi wyładowaniami samczej frustracji, choćby w postaci terroryzmu inceli. Antykobiece postawy części bohaterów Houellebecqa, które gnieździły się wówczas na marginesach politycznej agory, wlały się w sam jej środek. To już nie czekająca u bram kontrrewolucja. Jej językiem coraz częściej i w coraz większej liczbie miejsc przemawia władza.

Impet pisarstwa Houellebecqa w ogóle polegał na tym, że dawało ono upust przekonaniom i doświadczeniom, na które nie było miejsca w sankcjonowanym i względnie regulowanym obiegu ówczesnej debaty publicznej. Jego książki wdzierały się zgrzytem w usypiające unisono opowieści o powszechnym szczęściu zaznawanym pod sztandarem „końca historii”. Dlatego szczególnie symptomatyczny wydaje mi się fakt, że „Unicestwianie” sztukuje fabułę zapisami snów.

Oczywiście, sny pojawiały się u Houellebecqa już wcześniej, ale teraz to właśnie one stają się podstawowym markerem przemiany, jaka dokonała się w jego pisaniu. Houellebecq, który próbował niegdyś budzić nas z kolektywnej drzemki, teraz, kiedy śnione wówczas zbiorowe sny zupełnie już się rozwiały, sam ucieka w przestrzeń jałowej fantasmagorii. Może więc byłoby tak, że wprawdzie zapowiedział postawy powszechne dla czasu wybudzenia ze snu, do którego kołysały nas slogany o światowym triumfie demokracji liberalnej, ale sprawdzał się wyłącznie jako wewnętrzny krytyk ładu zrodzonego w społeczeństwach zachodnich po 1968 roku? Jak gdyby był tak uzależniony od obiektu swoich polemik, że w momencie krachu tego ostatniego podzielił jego los. Jeśli, by użyć całkowicie wyświechtanego już hasła, Houellebecq działał niczym sprawny „sejsmograf” – pisarz miałby w tym modelu zawczasu rejestrować tąpnięcia fundujących społeczeństwo płyt tektonicznych – to „Unicestwianie” trzeba uznać za efekt zepsutej aparatury pomiarowej. Zamiast czujnie wychwytywać ślady nadchodzących katastrof, dostarcza raczej porad na niepogodę, którą poleca spędzić w rodzinnym gronie.

Patronite

A przecież nie zniknęły podstawowe problemy, na które kiedyś odpowiadały jego książki. Uległy nawet wyostrzeniu. Drenujący od lat liberalną demokrację rynkowy fundamentalizm zdążył jedynie znaleźć innych, bardziej dla siebie odpowiednich, bo autorytarnych sojuszników. Wcześniej pożerając liberalną demokrację, która naiwnie zapewniła mu niegdyś platformę działania. Swoją zasłużoną pozycję książki Houellebecqa zawdzięczały wychwytywaniu skutków ubocznych, jakie powszechne urynkowienie wszystkich sfer życia przyniosło naszym zdolnościom percepcyjnym i libidinalnym, ingerując w to, jak czujemy, kochamy, a nawet śnimy.

To nie ideowe abstrakcje, ale popędowość (choćby wygaszona) jest budulcem przestrzeni społecznej i podstawową materią, z której rodzą się tu nasze działania. Houellebecqa trzeba dlatego zaliczyć do wielkiej konstelacji diagnostów kapitalizmu jako zjawiska kognitywno-afektywnego. Konstelacji złożonej z nazwisk Kay Dick, de Lillo, Wallace’a, Ballarda czy Beigbedera, których analizy wyprzedziły odnoszące się do tego problemu teksty filozofów. Houellebecq odrzuca absolutyzację ściśle ekonomicznej analizy społecznej, czy raczej odrzuca rozumienie ekonomii zawężone do wymiaru świadczeń materialnych. Jeśli pisze o ekonomii, to raczej z perspektywy gospodarki libidinalnej niż tej związanej z obiegiem pieniądza, przyglądając się kapitalizmowi jako złożonemu urządzeniu służącemu sterowaniu afektami uwikłanych w niego ludzi czy, mówiąc bardziej wprost, przejmowaniu kontroli nad ich libido. Jeśli interesował go proletariusz, to proletariusz seksualny, cierpiący z powodu „poszerzenia pola walki”, to znaczy rozciągnięcia najbardziej darwinowskich praw rynku na sferę pragnienia. Teoria skapywania zawodziła tu nie na gruncie niedoborów materialnych, ale świata, w którym, jak u Antonioniego, „Eros jest chory”. Sugestywność tekstów Houellebecqa wynikała zaś z tego, że przemawiał jako sygnalista, bezlitosny diagnosta i ofiara systemu, z którego wnętrza pisał.

Często wzdychał przy tym za „Trente Glorieuses”, okresem „baby boomu”, przemysłowego rozwoju, pełnego zatrudnienia i pozbawionej analogii gospodarczej prosperity między końcem wojny a kryzysem naftowym w 1973 roku. To właśnie budowę nowego „Wspaniałego Trzydziestolecia” powierza w „Unicestwianiu” Juge’owi. I to tamten ład zmierzcha wraz z konaniem ojca Paula. Można to czytać jako bajanie spod znaku „kiedyś to było”, a można też widzieć tu tęsknotę za względnie stabilnym światem sprzed mutacji, jaką przeszedł kapitalizm. W jego wariancie postfordowskim to już nie fabryka jest miejscem produkcji i akumulacji kapitału, podstawowym terenem drapieżnej eksploatacji stają się nasze, coraz bardziej doprowadzone do ruiny, zasoby psychiczne i afektywne. Jeśli Wallace (druga gwiazda literackiej jesieni w Polsce) przygląda się wyjaławiającemu zdolności poznawcze i wpędzającemu w letarg rozproszeniu uwagi, bombardowanej nadmiarem medialnych bodźców, Houellebecq to pisarz hipermarketowego przesytu, w którym potencjalny bezkres przyjemności zamienia się w afektywny paraliż. W „Unicestwianiu” dociera do pojedynczych wysp, które nie podlegają tym zdiagnozowanym wcześniej jako powszechne prawom.

Pozostaje jednak tym, kim zawsze tak naprawdę był. Pod maską zatwardziałego mizantropa ukrywa się tu targany współczuciem wobec pojedynczych istnień – jak sam mówi – kolega Schopenhauera, przerażony, że ich miłości, zachwyty, pasje zmierzają nieodwracalnie w wielkie „nic”. Pod najbardziej włażącymi pod skórę obrazami rozpaczy i osamotnienia skrywało się u niego zawsze proste pragnienie, by ludzie krzywdzili się wreszcie może choć trochę mniej. Ktoś mógłby zapytać zdziwiony: w jaki sposób radykalne współczucie wyrastające z przerażenia wizją świata jako jatki Houellebecq godzi z wygłaszaniem reakcyjnych i sankcjonujących przemoc dyrdymałów? Dowodów na taką postawę dostarcza jednak spora literacka tradycja, od Malapartego po Rymkiewicza, w którą, swoimi antyunijnymi pohukiwaniami i peanami na cześć Trumpa, Houellebecq się wpisuje. Niemniej źródeł jego pisarskiej perspektywy trzeba szukać nie w żadnej prawicowej dziarskości, ale w bezmiernie posępnej wizji życia. Nie warto wzruszać nad nią ramionami, przydając mu wyłącznie gębę politycznego oszołoma.

Choć więc Houellebecq dzielnie pracuje na etykietkę „reakcjonisty”, to sam podkreśla podstawową różnicę między „reakcją” a „entropią”: „Reakcjonista to ktoś, kto woli wcześniejszy stan organizacji społecznej, kto uważa, że możliwe jest do niego wrócić, i o to walczy” (ten i następne cytaty w akapicie pochodzą z książki M. Houellebecq, B. Henri-Lévy, „Wrogowie publiczni”, przeł. M.J. Mosakowski). „Entropista” podziela jego konserwatywne przekonanie, że społeczne zmiany oznaczają zwykle upadek, uważa jednak zarazem, że nic z tym nie można zrobić. Podstawową obsesją, która rządzi książkami Houellebecqa, jest więc „absolutna nieodwracalność każdego procesu degradacji”, nie ma tu już żadnego powrotu do tego, co było: „Wszystko, co zostało utracone, zostało utracone już na zawsze. To bardziej niż organiczne, to jak powszechne prawo […]. Mówiąc dosłownie, jest to entropia”. Ten rys nieuchronności, podobnie jak inne książki, przenika też „Unicestwienie”. A jednak siła Houellebecqa bierze się z rozpaczliwego minimum nadziei, że „łańcuch cierpienia i zła można rozerwać”, że mimo naszej absolutnej ontologicznej samotności „wierzy się w miłość, albo przynajmniej zachowuje się tak, jakby się w nią wierzyło”.

Uniwersum Houellebecqa to domena świata skończonego, zamkniętego na cztery spusty przed interwencją jakichkolwiek boskich poręk sensu. Wiara pojawia się jako stan dla głównych bohaterów całkowicie niedostępny, o którym myśli się z mieszaniną zadziwienia i sympatii („Unicestwianie”), religia – jako instrumentalnie stosowane narzędzie towarzyszące całkowitemu odczarowaniu („Uległość”). Pesymistycznej antropologii nie może ukoić jednak nie tylko teodycea, lecz także jej świeckie warianty. Narracje progresywne wydają mu się naiwnym w swoim samozadowoleniu zasłanianiem oczu na niewymazywalnie tragiczny aspekt istnienia. A jednak, choć Houellebecq zdaje sobie sprawę, że skazani jesteśmy wyłącznie na materialny wymiar życia, ciągle mocuje się z dyktatem biologicznej konieczności. Skoro w naszym świecie, sprowadzonym do umierających ciał, nie ma szans na żadną naprawczą interwencję z zewnątrz, jedyne rozsadzenia tego naturalnego horyzontu dokonują się od środka, w aktach etycznych: we współczuciu, miłości, bezinteresownej trosce o innego. Choć darwinizm wydaje mu się najbardziej trafnym opisem społecznych stosunków jako świata znaturalizowanej przemocy, to zarazem właśnie przeciwko jego mrocznemu status quo formułuje bezustanny protest. I to ten skrajny antynaturalizm Houellebecqa, wiedzącego jednocześnie, że jest skazany na biologię, skłania go do pozerkiwania z pewną sympatią na formacje myślowe, w których (inna sprawa, czy trafnie) dostrzega podobny sprzeciw. To z tego, a nie z potrzeby dewocji wynika popatrywanie na chrześcijaństwo, od którego jest zarazem odcięty za sprawą swojej nieusuwalnej nieumiejętności wiary.

I ma rację Marek Bieńczyk, pisząc, że rozwój fabuły „Unicestwiania” to obtłukiwanie kolejnych społecznych tematów tego pisarstwa (Francji, terroryzmu, sytuacji chrześcijaństwa na zlaicyzowanym Zachodzie). Wszystkie one stopniowo odpadają, żeby na końcu postawić nas w obliczu tematu od zawsze dla Houellebecqa najważniejszego – śmierci. Dlatego najbardziej udane strony „Unicestwiania” to te, kiedy Houellebecq daje dojść do głosu tej przyrządzanej przez siebie zwykle z maestrią mieszance skrajnego odczarowania i radykalnego współczucia. Żegnający się z literaturą pisarz przydaje Paulowi nieprzypadkowej choroby. To rak jamy ustnej, którego leczenie domaga się usunięcia języka. Postępującemu umieraniu towarzyszą chwile czułości z żoną, ostatnie spacery, wyrywający z agonii i dający kilka chwil prawdziwego szczęścia seks. Jak trafnie sugeruje Bieńczyk, końcowe strony „Unicestwiania” to próba zamachu na powieściowe grande finale w rodzaju zakończenia „Szkoły uczuć” – może najbardziej arcydzielnego, bo roztrzaskującego zapisu żyć już dokonanych, w których nieodwracalności minionego nie odkręci żadne saving lie. „Nie sądzę, by było w naszej mocy cokolwiek zmienić. […] – Nie, najdroższy. – Patrzyła mu prosto w oczy, lekko uśmiechnięta, ale na jej twarzy lśniły łzy. – Potrzebowalibyśmy naprawdę cudownych kłamstw”. Wykonać kilka czułych gestów w obliczu nieuchronnego rozkładu – to chyba najważniejsza lekcja, jaką głosiła powieściowa twórczość Houellebecqa.