NIENAWIŚĆ: Kosmiczna ściema
Zhenia Oliinyk

30 minut czytania

/ Obyczaje

NIENAWIŚĆ: Kosmiczna ściema

Piotr Fortuna

W lewicowej nienawiści wobec Elona Muska nie chodzi o jego unicestwienie, ale o to, co miliarder sobą reprezentuje, a co przybrało taką właśnie zindywidualizowaną formę

Jeszcze 8 minut czytania

Kiedy w kwietniu 2022 roku Elon Musk ogłosił swoje plany związane z zakupem Twittera, wywołało to w Stanach medialną burzę oraz przewidywalną polaryzację opinii. Republikanin Ted Cruz wróżył Amerykanom „największy od dziesięcioleci postęp w dziedzinie wolności słowa”, a demokratka Alexandria Ocasio-Cortez przestrzegała przed „eksplozją mowy nienawiści”. Musk nie zamierzał się biernie przysłuchiwać dyskusjom i zaćwierkał na cztery strony świata, że „skrajna lewica nienawidzi wszystkich, włącznie z samą sobą”. Jego post został udostępniony przeszło 120 tysięcy razy. Klakierzy bili brawo, niektórzy nawet domagali się, żeby pogromca lewaków nie poprzestawał na Twitterze i dorzucił do kompletu socjalistyczną Kubę (pomysł na taki podwójny haul zakupowy został podsunięty przez „trendujący” hasztag #ElonBuyCuba). Hejterzy jak to hejterzy: czepiali się złotoustego prezesa Tesli i jego śmiałej politycznej wizji.

Jeden z komentujących śmiał się z demonizowania „skrajnej lewicy”, zestawiając ją ze skrajną prawicą. Prawicę określił jako „białych nacjonalistów, transfobki, faszystów, przeciwniczki imigracji”, zaś lewicę jako „powszechną opiekę zdrowotną, nowy zielony ład, demokratyczną reprezentację w miejscu pracy”, ale także, o zgrozo, „nienawiść do miliarderów i korporacyjnej Ameryki”. Poniekąd przyznał więc Muskowi rację – potwierdził, że lewicą kieruje nienawiść. I to nienawiść najgorsza z możliwych, bo wymierzona w miliarderów. A miliarderzy to przecież kwiat rodzaju ludzkiego, wybitne jednostki wyłowione z tłumu przez niewidzialną rękę merytokracji, czego Elon – identyfikujący się jako self-made man – jest najlepszym potwierdzeniem.

Może prawica nienawidzi osób niebiałych, transgenderowych i imigranckich, ale za to progresywna część społeczeństwa nie lubi Elona Muska. „Dlaczego lewica nienawidzi Muska?” – pyta w „New York Post” publicysta, bloger i profesor prawa Glenn H. Reynolds, by zaraz odpowiedzieć bez zbędnego namysłu: „To proste. Ponieważ on nie daje się kontrolować i nie toleruje ściemy”. Dalej robi się trochę dziwnie, bo dokonania prezesa Tesli zostają porównane do czechosłowackich klubów muzycznych, które miały być „kluczowym czynnikiem antykomunistycznej aksamitnej rewolucji”. Trudno odgadnąć, co autor miał na myśli, tj. co wspólnego ma najbogatszy człowiek współczesnego świata z dysydentami z minionej epoki czy w ogóle z jakimikolwiek dysydentami. Musk jest nie tylko przedstawicielem status quo, ale wręcz uosobieniem globalnego neoliberalnego systemu, w którym żyjemy. Rolę analogiczną do dysydentów mogłaby już prędzej odgrywać ta rzekomo „skrajna lewica” (czyli umiarkowana socjaldemokracja spod znaku Berniego Sandersa, z którym Elon lubi wchodzić w dziecinne przepychanki na Twitterze).

Na odsiecz Reynoldsowi przyszedł YouTube, podsuwając mi filmik o znajomo brzmiącym tytule „Dlaczego lewica NIENAWIDZI Elona Muska?”. Dosyć niszowy twórca TheSatiratician, aspirujący satyryk, na początku nagrania diagnozuje rzekomych hejterów: „Mamy tu do czynienia ze skrytymi komunistami, którzy z zazdrości nienawidzą wszystkich bogaczy; którzy nie mogą znieść jakiejkolwiek osoby krytykującej ich politykę czy też ulubionego polityka; którzy po prostu nienawidzą białych […] Nawet ludzie wyczynowo podlizujący się temu kościołowi sprawiedliwości społecznej w końcu padają jego ofiarą. Jednak nienawiść lewicy do Muska jest szczególna…”.

Sto lat po zabójstwie Gabriela Narutowicza w numerze specjalnym „Dwutygodnika” podejmujemy próbę namysłu nad współczesnymi formami i przejawami nienawiści: klasowej, sieciowej, indywidualnej i wspólnotowej. Przyglądamy się najważniejszym wątkom współczesnych hate studies, a także obrazom, wizualnym zapisom hejtu. Wracamy do lat 20. XX wieku, aby lepiej zrozumieć współczesne lata 20. Wreszcie, piórami ukraińskich autorek zadajemy pytania o nienawiść w kontekście ataku Rosji na Ukrainę.

Dom Spotkań z Historią w Warszawie zaprasza w 100. rocznicę zabójstwa Gabriela Narutowicza na cykl wydarzeń pod hasłem „Niezgoda na nienawiść”.

Dalej padają domniemane powody nienawiści. Otóż Musk jest „absolutystą wolności słowa”, a „lewica” boi się, że Twitter wymknie się z jej „morderczego uścisku”. Lewacy zostają też określeni jako wyznawcy teorii spiskowych oraz „absolwenci Uniwersytetu Tumblra”, którzy „mają zdiagnozowane minimum trzy choroby psychiczne”. TheSatiratician zdaje się tutaj nawiązywać do poziomu dyskusji, jakie jego idol Elon prowadzi w internecie. Poziom ten chyba najlepiej podsumował noblista w dziedzinie ekonomii Paul Krugman, pisząc na Twitterze, że wyzywanie ludzi od idiotów to „wyobrażenie Muska o rzeczowej argumentacji”.

Łatwo zauważyć, że tyrady przeciwko „nienawistnej lewicy” same są podszyte nienawiścią. Co więcej, opierają się na prawicowych obsesjach i projekcjach raczej niż na obserwacji, w szczególności żywią się „czerwoną paniką” i wtłaczają dzisiejszą rzeczywistość polityczną w przestarzałe imaginarium zimnej wojny. Przede wszystkim jednak próbują zagłuszyć krytykę o charakterze systemowym, dyskredytując ją jako zaledwie emocję, przywarę czy wręcz zaburzenie psychiczne, problem z poziomu psychologii lub psychopatologii, coś w rodzaju zbiorowej psychozy, z którą nie da się i nie warto dyskutować.

Niemniej lewicowa niechęć, a czasem wręcz nienawiść do Elona Muska nie jest wymysłem politycznych przeciwników. Nie jest ona jednak irracjonalna, nie bierze się z rzekomej ułomności charakteru czy zaburzenia umysłu, z reguły nie jest też po prostu emocją, ale – jak określiłby to filozof Thomas Brudholm – „reaktywną i retrybutywną” postawą moralną, stanowiącą odpowiedź na „niewłaściwe postępowanie lub złą wolę” oraz „poważne naruszenie podstawowych oczekiwań o charakterze normatywnym”. Dlatego pytanie „dlaczego lewica NIENAWIDZI Elona Muska?” warto postawić na poważnie.

Żeby nie wikłać się w spory definicyjne, których nie jestem godzien (kto jest prawdziwym lewakiem, a kto tylko farbowanym?), na potrzeby tego tekstu podstawię za lewicę coś bardziej uchwytnego: progresywne youtube’owe kanały określane mianem BreadTube’a, względnie LeftTube’a.

Pseudofuturyzm Elona Muska

BreadTube to nieformalna grupa progresywnych kanałów, na których „absolwenci Uniwersytetu Tumblra” prowadzą swoje wykłady i konwersatoria (przy czym robią to niestety po angielsku, na ogół też bez polskich napisów). Jeszcze kilka lat temu YouTube był platformą zdominowaną przez treści konserwatywne. W 2018 roku w raporcie Data & Society badaczka Rebecca Lewis opisała tzw. Alternative Influence Network, sieć 81 współpracujących ze sobą prawicowych kanałów, które „charakteryzowała nie tyle jakaś konkretna ideologia, ile pozycja «reakcyjna» – sprzeciw wobec feminizmu, sprawiedliwości społecznej i lewicowej polityki”. BreadTube był odpowiedzią na zagrożenia związane z pogłębianiem się tej „altrightowej króliczej nory”, miał dać odpór toksycznym treściom i zapełnić dotkliwą lukę na największej światowej platformie wideo.

Elon Musk należy do postaci najczęściej krytykowanych przez twórców z BreadTube’a. Dystansuje pod tym względem innych technologicznych guru w rodzaju Marka Zuckerberga, Billa Gatesa czy Jeffa Bezosa. Podejrzewam, że zainteresowanie prezesem Tesli bierze się po części z niejednoznaczności wpisanej w jego publiczną personę. Dla porównania: Jeff Bezos jawi się jako postać jednoznacznie, wprost karykaturalnie złapozbawiona ludzkich odruchów, jest niczym czarny charakter z kreskówki, co zresztą znalazło odzwierciedlenie w memachw kulturze masowej. Wydaje się to całkiem logiczne: trudno wysuwać oskarżenia o „naruszenie moralnych oczekiwań” przeciwko komuś, kto nie dał nam najmniejszych podstaw do takich oczekiwań. Tymczasem Musk obficie posługuje się progresywnym językiem, deklaruje wsparcie dla spraw fundamentalnych z punktu widzenia lewicowej polityki, agituje na rzecz anarchosyndykalizmu, a nawet twierdzi, że jest socjalistą, w przeciwieństwie do Marksa, który jego zdaniem „był kapitalistą i nawet napisał o tym książkę” (w przypadku Elona nie wiadomo, gdzie kończy się ignorancja, a zaczyna shitposting, niewykluczone, że on też nie wyczuwa granicy).

Jednym z najbardziej wpływowych materiałów na temat Muska jest niespełna półgodzinny wideoesej „Fejkowy futuryzm Elona Muska” autorstwa Toma Nicholasa – skrupulatnego, grzecznego i wiecznie uśmiechniętego doktoranta z Uniwersytetu Exeter, który w niczym nie przypomina irracjonalnego, zionącego jadem lewaka z prawicowych bajań. Nie oznacza to, że gdzieś pod spodem nie kryje się nienawiść, która – jak pisze Brudholm – „jest poddawana społecznemu tabu, przez co ma w zwyczaju skrywać się pod maską”. Na wierzchu nie widać jednak nic poza rzeczową lewicową krytyką, a do głębi nie mamy dostępu, nie licząc złości, która może się w nas rodzić.

Nicholas stara się zrozumieć, na czym polega kulturowy fenomen prezesa Tesli. Odpowiedzi nie szuka jednak w rzekomym geniuszu miliardera czy jakimś innym niezwykłym składniku jego osobowości, ale na zewnątrz, w kontekście społecznym, w duchu epoki. Powołując się na Marka Fishera oraz Franco „Bifo” Birardiego, opisuje proces „powolnego kasowania przyszłości”, który rozpoczął się w latach 70. XX wieku. W ciągu kilku dekad ludzkość przeszła od optymistycznego przekonania, że niemal wszystko jest możliwe, do przytłaczającego poczucia, że „nie ma żadnej alternatywy” (There is No Alternative – jak głosiła prekursorka neoliberalizmu w polityce Margaret Thatcher). Niszczące tkankę społeczną neoliberalne reformy na Zachodzie oraz upadek Związku Radzieckiego na Wschodzie doprowadziły do sytuacji, którą w 1992 roku Francis Fukuyama określił mianem „końca historii”, rozumianego jako ostateczny triumf wolnego rynku oraz demokracji liberalnej.


Dziś, po niemal doszczętnym „wykasowaniu przyszłości”, Musk jawi się jako wybawiciel dający nadzieję, że możliwa jest jakaś alternatywa, przyszłość, która będzie się różnić od teraźniejszości czymś więcej niż liczbą kamerek w telefonie czy szybkością łączy. Kreśli przed nami wizje porównywalne rozmachem do wielkich XX-wiecznych projektów, których realizacji mogły się podjąć jedynie instytucje państwowe (przed nastaniem „państwa minimalnego” mającego służyć przede wszystkim potrzebom rynku). Najbardziej wyrazistym przykładem takiego imponującego przedsięwzięcia firmowanego przez Muska jest SpaceX, światowy lider w produkcji rakiet kosmicznych, obecnie główny dostawca sprzętu dla agencji NASA.

Żeby nie było zbyt różowo, Nicholas zadaje pytanie, dla kogo budowana jest ta muskiańska przyszłość. W poszukiwaniu odpowiedzi przygląda się projektowi Vegas Loop – podziemnych tuneli, którymi miały jeździć elektryczne pojazdy („pody”) wielkości minivana. Rozwiązanie na oko efektowne przy bliższym wejrzeniu okazuje się pozbawione sensu. Podczas gdy metro wozi tunelami tysiące ludzi, jeden „pod” z Vegas Loop miał zabierać na pokład zaledwie kilkunastu pasażerów. „Ograniczona liczba miejsc jest w tym przypadku zaletą” – zauważa jednak Nicholas. „To nie ma być masowy system publicznego transportu, ale propozycja stworzenia serii lśniących podziemnych korytarzy, które pozwolą elitom pokroju Muska poruszać się szybciej, bez konieczności mieszania z ludźmi takimi jak my”. Podobnie prototypowy Cybertruck nie jest ekologicznym „samochodem elektrycznym mającym powstrzymać nadejście końca świata, ale wczesnym konceptem pojazdu na czas końca świata”. Z wnętrza tego cyberpunkowego wehikułu Musk zadeklarował złowieszczo: „Chcemy być liderami technologii apokaliptycznej”. W „kapitalizmie kataklizmowym”, o którym pisała Naomi Klein, zagłada ludzkości to tylko kolejne, bardzo obiecujące „źródło biznesu”.

Nie próbujcie tego w domu

Zagadnienie innowacji eksploruje również Adam Something (Adam Kovacs), węgierski youtuber, który kiedyś jako zbuntowany nastolatek dał się omamić altprawicy, a dziś zajmuje się „debunkowaniem” bzdur, zwłaszcza tych dotyczących transportu i urbanistyki. W centrum jego zainteresowań znalazł się Elon Musk oraz zapowiadane przedsięwzięcia Tesli, SpaceX i The Boring Company. Kovacs nie jest jednak tak miły i ostrożny w swoich ocenach jak Nicholas. Projekt po projekcie obśmiewa on założenia rzekomo wielkich konceptów Elona Muska, pokazując, że często są to po prostu „wygenerowane komputerowo krzykliwe remaki pomysłów sprzed stu lat”, dla niepoznaki opatrzone nazwami, które „mają wywoływać bezrozumny zachwyt u niedoinformowanych dziennikarzy newsowych oraz żerować na popkulturowym scjentyzmie, który polega na wielbieniu nauki bez jakiegokolwiek zrozumienia, o co w niej chodzi”.


Odwołując się do liczb, studiów przypadku, badań, newsów i zdrowego rozsądku, Adam Something pokazuje, dlaczego poszczególne rozwiązania proponowane przez Muska są niewykonalne, nieefektywne lub po prostu szkodliwe, a przy okazji naprawdę komiczne. Pewne wyobrażenie na temat tonu tych nagrań dają ich niezbyt czołobitne tytuły: „VEGAS LOOP jest dokładnie tak głupi, jak myślisz”, „HYPERLOOP nigdy nie będzie działać, oto dlaczego”, „Elona Muska Dugout Loop – katastrofa, która prawie się wydarzyła”, „Dlaczego Elona Muska kolonia na Marsie jest niebezpiecznym i głupim pomysłem” oraz „Elona Muska pojazd kosmiczny Ziemia-Ziemia. Osiągnęliśmy szczyt idiotyzmu”. Ostatni z tych filmików opisuje projekt rakiet mających zastąpić samoloty pasażerskie. Skracając czas podróży z Londynu do Nowego Jorku o cztery godziny w porównaniu do zwykłego samolotu (i o 0 godzin w porównaniu do wycofanych dwie dekady temu concorde’ów), zbawca planety Elon Musk zwiększyłby ślad węglowy 937 razy, a ryzyko śmierci pasażerów o jedyne… 54 tysiące razy.

Na tle kilkunastominutowych analiz wyróżnia się króciutki filmowy żart pt. „ON NAPRAWIŁ KORKI”. Na miniaturze widzimy Elona Muska w kolorowej peruce, która nawiązuje do mema „Tutorial makijażowy dla clowna”. Jak podaje strona „Know Your Meme”, szablon ten służy „do przedstawienia osoby, która krok po kroku robi z siebie coraz większego głupka”. Tutaj kolejne kroki to stopniowe przykrawanie imponującego projektu do wymogów rzeczywistości: od futurystycznych pojazdów z wizualizacji, przez telepiący się „samochód na szynach” z reportażu CBS, po finalny produkt, czyli „zwykłą teslę w zwykłym tunelu”, która stoi w korku zupełnie tak samo jak inne pojazdy, ale za to po zaparkowaniu ma większe szanse wylecieć w powietrze (temu elementowi nagrania nie sposób odmówić spektakularności, a jak pisze ekspert ds. bezpieczeństwa David Ottenheimer, pożary tesli zdarzają się wyjątkowo często. Są na ten temat przednie memy, ostatnio np. tweet opublikowany przez zweryfikowane, czyli fejkowe konto Tesli na Twitterze zapowiadający, że firma „przekaże 10 tysięcy pojazdów jako wsparcie dla wojska ukraińskiego”, ponieważ są to „najbardziej zaawansowane ładunki wybuchowe na rynku”).

Ozdobą filmiku jest wystąpienie korespondentki CNBC, która nieudolnie próbuje nakręcić hype wokół niezbyt spektakularnego wydarzenia, jakim jest przejażdżka samochodem. Wymachuje rękami, krzyczy, można odnieść wrażenie, że zaraz zacznie tańczyć. Próbuje nas wkręcić: „Powiecie, eee, to jest jak jazda metrem… ale to bardziej jak autostrada pod ziemią… a ponieważ jesteśmy w Las Vegas, zapowiada się ostra jazda!”. Żenujący popis dziennikarki uzmysławia nam, jak dużą rolę odgrywają media w budowaniu aury niezwykłości wokół projektów Elona Muska – i jak upokarzające może być „dziennikarstwo” podporządkowane interesom biznesu i władzy marketingu.

Niewątpliwie machina medialna współtworząca wizerunek Muska jest potężna i mieli newsy od lat. Dlatego trudno się dziwić, że wiele osób wierzy w bajkę o superbohaterze, który ma różne fajne gadżety, jeździ cybertruckiem i samodzielnie próbuje powstrzymać zagładę klimatyczną, jednocześnie szykując dla świata plan B, czyli ewakuację na Marsa. Mamy zresztą powody, żeby chcieć w tę bajkę wierzyć i utożsamiać się z jej protagonistą, emocjonalnie „inwestować” w jego kolejne misje (istnieje nawet książka „Elon Musk. A Mission to Save the World”, nie żartuję, „Misja ratowania świata”, napisała ją Anna Crowley-Redding w 2019 roku). Tak samo jak mamy powody, by odczuwać złość, nienawiść, gniew, kiedy zorientujemy się, że to tylko bajka – i do czego ta bajka służy.

Hiperwciskacz cyberkitu

Podczas gdy Tom Nicholas przedstawia wyważoną krytykę, a Adam Something mieszankę pogardy i kpiny, Vaush (Ian Kochinski) zupełnie wprost, ostentacyjnie i wielokrotnie deklaruje nienawiść do Elona Muska. Kochinski to Amerykanin o irlandzko-polskich korzeniach, socjolog z wykształcenia, gracz i ostentacyjny nerd, który codziennie publikuje bieżące komentarze polityczne i prowadzi tzw. lajwy, czyli transmisje na żywo, w których wchodzi w dialog ze swoimi fanami. W nagraniu „O mój Boże, on to przyznał” Vaush deklaruje: „Nie chcę, żeby ludzie po prostu nienawidzili Elona Muska, to za mało, chcę, żeby ludzie znienawidzili to, co Musk sobą reprezentuje”.

Ten konkretny rant dotyczy projektu Hyperloop, który przytomnym lewicowym youtuberom od początku wydawał się bezsensowny (patrz: Adam Something i jego film „Hyperloop nigdy nie będzie działać, oto dlaczego”). Z niewyjaśnionych powodów uwierzyły w niego władze Kalifornii. „Środek transportu piątego typu”, który Musk określił również jako „skrzyżowanie concorde’a, działa elektromagnetycznego i stołu do air hockeya” (sic!), miał być jedyną w swoim rodzaju siecią pociągów próżniowych, stanowiącą odpowiedź na niedorozwój transportu publicznego w najbardziej rozwiniętej gospodarczo części Stanów Zjednoczonych. Tak przynajmniej twierdził prezes Tesli w 2013 roku. Jak jednak donosi magazyn „Time”, Musk wyjawił autorce swojej biografii Ashlee Vance, że projekt Hyperloop „służył wyłącznie temu, by skłonić decydentów do anulowania planów stworzenia kolei dużych prędkości w Kalifornii”.


W samej biografii czytamy, że: „Musk tak naprawdę wcale nie zamierzał niczego budować. Chodziło raczej o to, żeby pokazać ludziom, że gdzieś tam istnieją jakieś bardziej kreatywne pomysły na jakieś rzeczy, które naprawdę mogłyby rozwiązać problemy i popchnąć sprawy do przodu”. Z kolei Paris Marx, autor książki „Road to Nowhere: What Silicon Valley Gets Wrong about the Future of Transportation” z 2022 roku, podkreśla, że prezes Tesli chciał odwrócić uwagę opinii publicznej przy użyciu „technologii, która nie będzie osiągalna przez co najmniej kilka dekad”, i w ten sposób „uzależnić ludzi od samochodów osobowych” produkowanych m.in. przez jego firmę. Udało się bez większych przeszkód – minęła prawie dekada, a szybkiej kolei jak nie było, tak nie ma.

Do tego właśnie odnosi się Vaush, który wprost kontynuuje refleksję Nicholasa i Kovacsa, rozciągając ją na kwestie władzy. „To przerażające, że tak potężne polityczne ciało, jakim jest Kalifornia, jedna z największych gospodarek świata […] wywraca do góry nogami swoje plany infrastrukturalne […] z powodu pustych deklaracji megalomańskiego miliardera” – nie dowierza Kochinski. I kontynuuje: „Nawet nie musiał na to wydawać pieniędzy. Dużo się mówi o tym, jaką władzę mają bogacze […] za sprawą lobbingu, umów biznesowych z rządem […] W tym przypadku wszystko, co musiał zrobić Elon Musk, to skłamać na temat przyszłego projektu”.

Najwścieklejszy rant Vausha pochodzi ze szczytowego okresu pandemii, kiedy miliarder z „misją ratowania świata” miesiącami promował dezinformację na temat koronawirusa, a na sugestię dziennikarki, że w wyniku takiej polityki zginęłoby wiele dodatkowych osób, odpowiedział, że „każdy kiedyś umrze”. Nagranie „Elon Musk jest chciwym głupcem i przeciwnikiem nauki” to długa lista przewin oraz rażących niekonsekwencji w działaniach prezesa Tesli. Vaush wytyka prezesowi Tesli m.in. negowanie nauki przy jednoczesnym odwoływaniu się do estetyki naiwnego scjentyzmu, wycieranie sobie gęby lewicowymi ideami przy jednoczesnym łamaniu praw pracowniczych, a także podważanie roli państwa przy jednoczesnym czerpaniu olbrzymich subwencji z publicznych pieniędzy.

Rozwiązanie

Gdybym miał wyliczać wszystkie zachowania Muska zasługujące na potępienie, musiałbym napisać książkę, a nie skromny esej. Wspomniałbym pewnie o rozbijaniu działalności związkowej albo o mieszaniu się w wielką politykę, np. o powielaniu antyukraińskiej propagandy Kremla albo antytajwańskiej propagandy Chin (to drugie, jak sugeruje „Taiwan News”, zrobił prawdopodobnie w zamian za zwolnienia podatkowe). Napisałbym o tym, jak Musk nazwał „pedofilem” nurka, który uratował życie dzieciom uwięzionym w zatopionej jaskini, co dało asumpt do twitterowej nagonki na prawdziwego bohatera. Albo o tym, jak po wspieranym przez Amerykanów zamachu stanu na prezydenta Boliwii Elon przyznał na Twitterze: „Będziemy dokonywać zamachów stanu, na kogo będziemy chcieli. Pogódźcie się z tym!”.

Skoncentrowałem się na materiałach dotyczących transportu, bo to kwestia zajmująca ważne miejsce w lewicowej polityce, a przy tym bliska człowiekowi, znana nam wszystkim z doświadczenia (inaczej niż np. kolonie na Marsie) i w efekcie bardziej odporna na marketingowe manipulacje. Reporterka CNBC mogłaby wychwalać Vegas Loop operowym głosem, tańcząc przy tym electro shuffle w kreacji Iris van Herpen, a i tak nie zdołałaby ukryć faktu, że za jej plecami jedzie „zwykła tesla w zwykłym tunelu”. Na takich infrastrukturalnych przykładach najlepiej widać, jak radykalnie odmienna od lewicowej jest polityka forowana przez Elona Muska pod przykrywką pięknych haseł o „ratowaniu świata” i „oddawaniu władzy ludziom”. W tym punkcie Tom Nicholas, Adam Something i Vaush wydają się zgodni. Zarazem jednak u ostatniego z nich krytyka przeradza się w otwartą nienawiść, taką, która uporczywie przypomina o sobie, powraca w kolejnych nagraniach, objawia się w doborze słów, tonie głosu, w przyspieszonej i rwanej mowie.

Mamy tu do czynienia z innym rodzajem nienawiści niż ta, którą przedstawiciele „skrajnej prawicy” żywią wobec różnego rodzaju „innych”, np. osób queerowych, imigrantek, czarnych. Vaush nie esencjalizuje, nie projektuje na Muska kulturowych stereotypów czy społecznych wyobrażeń na temat jakiejś marginalizowanej grupy. Zresztą projektowanie wyobrażeń nie jest w tym przypadku konieczne, bo media wykonują tę robotę (pracę fantazji) za nas: jeszcze przed zakupem Twittera Musk wyskakiwał nam z lodówki, teraz dodatkowo wycieka z rur i rozchodzi się przez kratki wentylacyjne, czemu ten tekst, przyznaję, również nie stawia tamy. Jako przedmiot uczuć zapośredniczonych przez media Elon jest mocno zindywidualizowany. Sam Vaush jednak mówi wyraźnie: nie chodzi mu o samego Elona, ale także o to, co on sobą „reprezentuje”.

Można by powiedzieć, że nienawiść do Muska jest rewersem miłości, jaką jest on obdarzany przez rzesze fanów. PR-owo wykreowana postać „prawdziwego Tony’ego Starka” nie jest przecież tożsama z Elonem z krwi i kości. W efekcie rozmaitych wizerunkowych operacji prezes Tesli staje się symbolem pewnej wizji postępu (sprywatyzowanego i dostępnego dla wąskiej elity) oraz pewnej wizji dobrego życia (skrajnie indywidualistycznego i skupionego na kreowaniu „marki osobistej”). Ta PR-owa konstrukcja jest czymś, co z założenia mamy kochać – co jednak, w przypadku niespełnienia założeń, możemy znienawidzić.

Wydaje się, że taka nienawiść jest wpisana w koszty, do pewnego stopnia działa też na korzyść znienawidzonej persony: podgrzewa dyskusje na jej temat, stawia ją w centrum uwagi, zwiększa widoczność w mediach społecznościowych itd. Musk długo na tym korzystał, niewykluczone, że świadomie podgrzewał emocje, np. antagonizując „lewicę, która nienawidzi wszystkich”. Ta strategia może jednak obrócić się przeciwko Elonowi. Wartość firmowanych przez niego spółek zależy m.in. od wiary w jego medialną personę. Wizerunek genialnego wizjonera jest obietnicą przyszłych zysków, rynkowych przełomów i ekspansji biznesowej porównywalnej do rozmiarów jego ego. A jak zauważa nie bez satysfakcji Vaush, media społecznościowe to instytucje najbardziej ze wszystkich widzialne, poddane społecznemu oglądowi i ocenie. Pokaz rażącej niekompetencji, jaki towarzyszy przejęciu Twittera, może zostawić poważne rysy na wizerunku nowego właściciela platformy i rykoszetem uderzyć w ewaluację kierowanych przez niego firm.

Być może jednak nienawiść do Elona bierze się z poczucia, że grasuje on na terenie progresywnych wartości i idei, rozpycha się i sieje spustoszenie, z czegoś lewicę ograbia (z roli dziejowej, „misji ratowania świata”?). „Fejkowy futuryzm” stanowi konkurencję dla autentycznej futurologii, a punktowe „rewolucyjne” projekty technologiczne sprawiają, że trudniej dostrzec potrzebę prawdziwej społecznej zmiany. Szczególnie zwodnicza wydaje się narracja, że rozwiązanie globalnych problemów leży w gestii jakiegoś genialnego biznesmena, współczesnego odpowiednika Prometeusza – i że wystarczy poczekać, aż on nam przyniesie to rozwiązanie w darze.

Niezależnie od przyczyn, najbardziej kontrowersyjnym elementem nienawiści jest przekonanie, że jej przedmiot „powinien przestać istnieć lub zostać unieszkodliwiony w jakiś inny sposób, np. przez wygnanie”. Trudno przypuszczać, by osoba o progresywnych poglądach chciała retrybucji w formie unicestwienia czy wygnania Elona Muska na banicję (Dokąd zresztą? Na Marsa?). Nawet zapalczywy Vaush nie poparłby takiego rozwiązania. Tym bardziej że nie oznaczałoby ono wcale progresu. Musk jest przede wszystkim symptomem i narzędziem neoliberalnego systemu, który go stworzył, wspierał, hołubił i wyniósł na piedestał. Gdyby Elona nie było, prawdopodobnie ktoś inny, o zbliżonej historii i cechach charakteru, zająłby to samo eksponowane miejsce, wykorzystał podobne mechanizmy sięgania po sławę, pieniądze i władzę.

Brudholm pisze, że nienawiść wcale nie musi się odnosić do osób – nawet codzienne użycie języka podpowiada nam, że możemy nienawidzić rzeczy lub sytuacji, np. korków ulicznych (tak jak Musk) albo pracy, którą wykonujemy tylko po to, żeby przetrwać (jak przypuszczalnie część osób zatrudnionych w jego fabrykach). Myślę, że w tym właśnie tkwi klucz do zrozumienia, na czym miałaby polegać odpłata za „naruszenie moralnych oczekiwań”. W lewicowej nienawiści nie chodzi o unicestwienie Muska, ale „tego, co on sobą reprezentuje”, a co musiało przybrać taką właśnie zindywidualizowaną formę. Nic dziwnego, że neoliberalny system oparty na programowym indywidualizmie („nie istnieje coś takiego jak społeczeństwo”), medialnym pozorze (fake it, till you make it) i obietnicy zbawienia przez kapitalizm (impossible is nothing) objawił się nam najpełniej pod postacią wyniesionej na sam szczyt jednostki – pozbawionego skrupułów biznesmena, który jest mistrzem wciskania kitu, a zarazem chyba całkiem serio wierzy, że przeprowadzka na Marsa zapełni pustkę w jego życiu.

To, że Musk w tak doskonałej, skondensowanej formie uosabia cechy status quo, wiąże się z ryzykiem emocjonalnego zafiksowania się na jego osobie, a także zastąpienia sprawiedliwej postawy moralnej znacznie bardziej powszechną i mniej produktywną nienawistną namiętnością. Nie wykluczam, że istnieją osoby legitymujące się odznaką lewicowca, które chciałyby ściąć Muska gilotyną albo wysłać go do gułagu. Sam jednak przychylam się do poglądu amerykańskiego badacza i teoretyka kultury Todda McGowana, który w swojej najnowszej książce „Enjoyment Right and Left” pisze, że przyjemność (czy też rozkosz) lewicowej polityki nie polega nigdy na wykluczeniu kogoś ze wspólnoty. Ten rodzaj satysfakcji przynależy prawicy, która ustanawia tożsamość wspólnoty przez zdefiniowanie wroga (np. Żyda, queera, Tutsi), chce się tego wroga pozbyć, a zarazem potrzebuje go jako racji swojego bytu.

Idąc tokiem myślenia McGowana, lewica nie może budować swojej wizji politycznej na wykluczeniu Elona Muska jako wroga publicznego numer jeden ani grona miliarderów jako znienawidzonej grupy społecznych szkodników. „Jak to? – pyta w tej chwili głos w mojej głowie. – Prawica może wykluczać właściwie każdego, no, nie licząc pewnie białych, zamożnych i wierzących cis-hetów, a lewica nie może nawet postulować zesłania Muska, Bezosa i Gatesa na banicję?”.

Zapewne należałoby dążyć do ustanowienia porządku, w którym nie byłoby możliwości akumulacji miliardów dolarów; w którym przypisywanie sobie cudzych zasług i podawanie się za self-made mana nie miałoby sensu; w którym ryzykowanie zdrowia i życia załogi w imię doraźnej finansowej korzyści byłoby surowo karanym przestępstwem; w którym anulowanie wielkiej infrastrukturalnej decyzji przy użyciu wyciągniętej z kapelusza ściemy byłoby proceduralnie niemożliwe. Elon Musk jako prywatna osoba miałby się w takim systemie dobrze (osobiście obstawiam, że lepiej niż obecnie), może by nawet uczestniczył w tworzeniu imponujących i naprawdę użytecznych projektów. Z kolei jako znana nam dzisiaj publiczna persona zostałby „unicestwiony”, bo po prostu nie miałby racji bytu.

Wiem, wiem, przedstawiłem właśnie zestaw nierealnych sugestii czy postulatów (i zaraz ktoś wyskoczy w komentarzach z czerwoną paniką i zacznie krzyczeć „komunis!”, i przypomni, że w PRL-u był tylko ocet na półkach – od razu mówię: tankistą nie jestem). Jednak nie rozmawiamy teraz o szczegółach programowych jakiejś partii, ale o emocjach, o tym, w jakim kierunku mogą one poprowadzić nasze myślenie. Nie chodzi mi też o moralizowanie, piętnowanie naddatku złości, która w zupełnie naturalny sposób pojawia się, gdy słyszymy o poczynaniach osób pokroju Muska czy Bezosa. Robiąc research do tego tekstu, sam się parę razy złapałem na wpisywaniu hasła „gilotyna–dekapitacja–tanio” w wyszukiwarce Allegro. Memy o gilotynach skracających bogaczy, tak jak wściekłe wyrzekanie do mikrofonu, są raczej formą kompensacji niż perswazji, wyrazem bezradności, a nie wstępem do działania. Przede wszystkim zaś są operacją na symbolach – symboliczna dekapitacja PR-owych widziadeł na pewno nie zaszkodzi. Tymczasem miliarderzy – uspokajam wszystkich zatroskanych ich losem – są bezpieczni. Co gorsza, w przyszłości też będą bezpieczni w swoich luksusowych bunkrach. Mogą więc dalej bez przeszkód niszczyć planetę, a nawet udawać, że ją ratują. Kto bogatemu zabroni?