Wrażliwe oko
Mur na granicy polsko-białoruskiej, okolice Starego Masiewa, fot. Paweł Knut

22 minuty czytania

/ Obyczaje

Wrażliwe oko

Rozmowa z Ingą Hajdarowicz, Natalią Judzińską i Katarzyną Potoniec

Jeśli ktoś chciałby teraz pójść do lasu i robić badania z osobami w drodze, to byłoby to skrajnie nieetyczne. Teraz nie jest czas na takie badania – mówią członkinie inicjatywy Badaczki i Badacze na Granicy

Jeszcze 6 minut czytania

PAWEŁ KNUT: Inicjatywa Badaczki i Badacze na Granicy (BBnG) zajmuje się kryzysem humanitarnym na polsko-białoruskiej granicy już od ponad półtora roku. Możecie opowiedzieć, jak to wszystko się zaczęło?
NATALIA JUDZIŃSKA: Pomysł narodził się w głowie Niny Boichenko i mojej w listopadzie 2021 roku. Obie byłyśmy wówczas doktorantkami w Instytucie Slawistyki PAN. Obie – niezależnie od siebie – pojechałyśmy na Podlasie po sytuacji w Usnarzu Górnym, by wspierać ludzi w lesie. Po powrocie zaczęłyśmy o tym rozmawiać i doszłyśmy do wniosku, że warto powołać sieć badawczą, która mogłaby prowadzić badania w strefie przygranicznej, do której nie było wówczas dostępu dla osób z zewnątrz. Wiedziałyśmy, że nasza instytucja, Instytut Slawistyki PAN, udzieli nam w tym zakresie wsparcia. Mimo to chciałyśmy działać w ramach osobnego bytu, aby funkcjonować poza oficjalnym obiegiem instytucjonalnym.

Dlaczego?
Natalia: Oddolność i pozainstytucjonalność dawały nam niezależność i możliwość szybkiego reagowania, które w realiach sytuacji na Podlasiu uważałyśmy za niezbędne. Tym bardziej że na początku miałyśmy pewne obawy, że na naszą aktywność mogłyby być wywierane różnego rodzaju naciski. Tak jednak nie było.

KATARZYNA POTONIEC: Inicjatywa BBnG od początku stała się totalnie włączająca. Nie były dla nas istotne afiliacje czy tytuły. Dzięki temu udało się uniknąć uwikłania w różne zależności. Mamy oczywiście relacje z organizacjami czy instytucjami naukowymi, ale na zasadzie partnerskiej współpracy. W listopadzie 2021 roku opublikowałyśmy na Facebooku zaproszenie dla wszystkich zainteresowanych dołączeniem do tej inicjatywy, a już miesiąc później odbyło się pierwsze seminarium badawcze w Świnorojach na Podlasiu z udziałem ponad dziesięciu osób.

Od tego czasu BBnG zrealizowało kolejne dwanaście seminariów. Spodziewałyście się, że wasza działalność będzie trwać tak długo? Jak to wpłynęło na rozwój inicjatywy?
Natalia: Na początku w ogóle nie wybiegałyśmy w przyszłość. Już wtedy miałyśmy jednak świadomość, że kryzys potrwa, bo nastąpiło otwarcie nowego szlaku migracyjnego, czy właściwie nowe otwarcie starego szlaku. Doszło do permanentnej zmiany tej przestrzeni. To stare Podlasie, które wszyscy znali sprzed kryzysu i pandemii, zniknęło i już nigdy nie wróci. Wraz ze zmianami sytuacji tu na miejscu zastanawiamy się, jak rozwijać BBnG. I po raz kolejny myślę, że sposób zaprojektowania tej inicjatywy nam w tym pomaga. Robimy wszystko kolektywnie. Nasza struktura jest płaska. Mamy grupę koordynacyjną, która obecnie liczy sześć osób (Kamila Fiałkowska, Inga Hajdarowicz, Natalia Judzińska, Katarzyna Potoniec, Mateusz Krępa i Marta Pietrusińska) i wspólnie podejmuje wszystkie decyzje.

Katarzyna: Od początku zależało nam na tym, aby nasza działalność miała trójelementowy charakter. Po pierwsze, gromadzimy dane. Udało się nam stworzyć społeczne archiwum kryzysu humanitarnego, budowane przede wszystkim w oparciu o wywiady z osobami aktywistycznymi i mieszkańcami. To są dowody tego, co tu się działo i dzieje. Już teraz zebrany przez nas materiał, na przykład z okresu, gdy była tutaj zamknięta strefa, jest bezcenny, bo pokazuje rzeczywistość, której już nie ma. Równie ważne jest bezpieczne przechowywanie tych danych, aby ich ujawnienie nie zagrażało osobom w drodze czy zaangażowanym w niesienie pomocy. Po drugie stale analizujemy te dane, starając się tworzyć nową wiedzę. Pomaga nam w tym utrzymywanie bazy badawczej na Podlasiu. Po trzecie, popularyzujemy tę wiedzę, głównie za pomocą naszej strony internetowej oraz wspomnianych już seminariów.

Przeprowadzamy tę rozmowę w Gruszkach na Podlasiu, w trakcie kolejnego seminarium. Dlaczego to, że odbywają się one tutaj, bezpośrednio przy granicy, jest takie ważne?
Katarzyna: Nie chcemy rozmawiać o tym, co się tu dzieje, z perspektywy wygodnej sali w Warszawie. To miejsce umożliwia spotkanie badaczek i badaczy z osobami, które działają w terenie i niosą pomoc, a które też uczestniczą w tych seminariach. Poza tym ma to swoją moc, gdy jest się tutaj, blisko granicy. Gdy zaczynałyśmy, w tym miejscu była strefa. Dla wszystkich nas jej obecność była poruszająca. Na początku nasza baza znajdowała się w Świnorojach, bo na to, by przebywać w Gruszkach, nie dostałyśmy zgody Straży Granicznej. Same Świnoroje były położone na granicy ze strefą. Droga, którą się tam jechało, również przechodziła przez strefę. Żeby przejechać, trzeba było zatrzymać się nawet na kilku checkpointach Straży Granicznej, która sprawdzała bagażniki i pytała, czy „kogoś” nie przewozimy. Natężenie służb było wtedy olbrzymie. Militaryzację tego obszaru i kryminalizację działań pomocowych odczuwało się na własnej skórze. Część osób dopiero po przyjeździe na seminarium zobaczyła, jak może wyglądać zagrożenie związane z przebywaniem w lesie, zwłaszcza zimą. To bycie tutaj buduje moim zdaniem niezbędny kontekst badań.

Sala seminaryjna w Gruszkach w Uroczysku Hruszki, fot. Paweł KnutSala seminaryjna w Gruszkach w Uroczysku Hruszki, fot. Paweł Knut

Inga Hajdarowicz

Socjolożka. Członkini grupy koordynującej Badaczek i Badaczy na Granicy. W swoich badaniach i działalności podejmuje tematy demokracji uczestniczącej, inicjatyw oddolnych, ruchów feministycznych i migracji. Uczestniczyła w badaniu i wdrażaniu narzędzi partycypacji, mających na celu zwiększenie wpływu mieszkańców i mieszkanek na procesy decyzyjne w mieście oraz włączenie grup dotychczas wykluczonych we współtworzenie polityk miejskich. Od 2015 roku wykorzystuje podobne metody w działaniach z uchodźcami i uchodźczyniami, m.in. w Serbii, Grecji i Libanie. Aktualnie kończy doktorat dotyczący oddolnych strategii wspierania uchodźczyń na podstawie działań wybranych inicjatyw syryjskich w Libanie.

INGA HAJDAROWICZ: Seminaria to również sposób wejścia w teren dla osób, które z różnych powodów, na przykład zawodowych, osobistych czy emocjonalnych, nie mogą się tutaj bezpośrednio zaangażować. Przyjechanie na seminarium jest też rodzajem uznania dla działań badawczych i aktywistycznych. Samo bycie tutaj jest sygnałem, że to, co różne osoby robią, by wspierać ludzi w drodze i badać ten kryzys, jest ważne i cenne. Poza tym uważam – i jest to pewnie uwaga ogólnie odnosząca się do polskiej akademii – że na co dzień wciąż za mało mamy w niej przestrzeni, aby wspólnie dyskutować i pracować nad badaniami. Te seminaria tworzą unikalną możliwość kolektywnego planowania i rozwijania projektów badawczych, szczerej rozmowy o wynikających z nich problemach i dylematach…

Katarzyna: …w tym etycznych, których jest tutaj bez liku. Do czasu BBnG i tych seminariów mi również brakowało takiej społeczności badawczej, która byłaby wspierająca i inspirowałaby do poszukiwań, ale też chętna do wspólnego poszukiwania odpowiedzi na temat tego, co i jak powinno się właściwie tutaj badać.

Bycie tutaj daje także możliwość uczestniczenia w spacerach etnograficznych po przestrzeniach kryzysu. Uczestniczyłem w takim spacerze, a potem pojechałem jeszcze do mizaru w Bohonikach, na cmentarz muzułmański, na którym pochowano kilka osób zmarłych przy przekraczaniu granicy. Opowiecie więcej o tej inicjatywie spacerów?
Natalia: Właściwy pomysł na spacery pojawił się w mojej głowie, kiedy dostrzegłam metamorfozę przestrzeni pogranicza. Po próbnym spacerze i wielogodzinnych rozmowach z Ingą zaczęłyśmy się zastanawiać, w jaki sposób można tę przemianę pokazać, i uznałyśmy, że nie da się tego zrobić za pomocą prezentacji zdjęć w sali seminaryjnej. Konieczne jest wyciągnięcie ludzi w teren. Osoby, które tu przyjeżdżają, mają możliwość przekonania się na własne oczy, co tu się dzieje i jak naprawdę wygląda uzbrajanie krajobrazu, wytwarzanie przestrzeni przemocy czy wytwarzanie tymczasowej przestrzeni domowej leśnego obozu. Podczas spacerów nie prowadzimy interwencji, nie niesiemy pomocy humanitarnej, choć zawsze mamy w plecaku batony i herbatę. Nie zabieramy ze sobą ludzi na spotkanie osób w drodze, to nie jest turystyka aktywistyczna. Naszym celem jest przede wszystkim wytworzenie solidarności wobec osób w drodze, ale też pokazanie badaczom i badaczkom, co ten krajobraz tutaj robi osobom w drodze i środowisku. Spacer jest zaprojektowany w takiej kolejności, w jakiej osoby przekraczają granicę. Zaczynamy przy murze. Następnie przemierzamy las, wspólnie doświadczając przestrzeni, z którą muszą się zmierzyć osoby w drodze, zwracając jednak uwagę na nasz przywilej – możliwość przemieszczania się ścieżkami. Widzimy materialne ślady, obiekty pozostawione przed wejściem do transportu (nielegalnego w świetle polskiego prawa), czyli zakończenie leśnego, pieszego odcinka podróży po azyl. Większości udaje się pokonać tę drogę, są jednak i takie osoby, które zmarły. Jest ich oficjalnie 45, a ponad 300 uważa się za zaginione. Ostatnią przestrzenią spaceru jest więc grób, który stanowi materializację cierpienia i śmierci – umierają tutaj konkretne osoby, z imieniem i nazwiskiem.

Inga: Tych miejsc nie da się już odwidzieć: stalowego muru z drutem kolczastym i specjalnie zaprojektowanych w nim bramek, przez które Straż Graniczna robi pushbacki, ustawionych obok niego kamer, które rejestrują każdy ruch, czy piaszczystej drogi ciągnącej się wzdłuż muru, pod którą położona jest instalacja elektroniczna rozpoznająca ludzki ruch i zawiadamiająca służby. Doświadczenie tych obrazów porusza i wpływa na to, że osoby uczestniczące w tych spacerach chcą się potem zaangażować badawczo albo aktywistycznie.

Mizar w Bohonikach, fot. Paweł KnutMizar w Bohonikach, fot. Paweł Knut

Z jakich obszarów badawczych przychodzą osoby, które angażują się w badanie kryzysu? Czy są tu jakieś prawidłowości?
Katarzyna: Mamy dużą interdyscyplinarność. Są to zarówno osoby, które na co dzień zajmują się studiami nad migracją, jak i osoby z innych obszarów nauk społecznych czy ścisłych, dla których ta sprawa okazała się na tyle ważna, że postanowiły się nią zająć.

Natalia: Ja na przykład na co dzień zajmuję się studiami nad Zagładą. Ciekawe jest dla mnie obserwowanie, jak skrypty znane z Zagłady zaczynają się odtwarzać w mojej głowie tu, na granicy, na przykład gdy widzę w lesie stosy porzuconych rzeczy. Razem z inną badaczką Zagłady, profesorką Romą Sendyką, dostrzegłyśmy, że jesteśmy w stanie zaadaptować narzędzia wykorzystywane dotychczas do badania wizualności Zagłady, by w sensowny sposób badać sytuację na granicy. Bycie badaczką Zagłady bardzo mi tu pomaga i ułatwia prowadzenie badań tego kryzysu. Jednocześnie uważam, że te badania nad trwającym kryzysem czynią ze mnie lepszą badaczkę Zagłady.

Jaki jest stosunek świata akademii do badania tego kryzysu?
Natalia: Podejście jest bardzo różne, a przez to różny poziom zaangażowania. Częściowo przyjmuje ono postać drobnej, bieżącej pomocy, bez firmowania różnych działań. Na tym polu wyróżnia się Instytut Slawistyki PAN, tak samo zresztą jak Ośrodek Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego, które zawsze otwarcie wspierają nasze aktywności.

Inga: Mnie akademia niestety na tym polu mocno rozczarowuje. Gdy zaczął się kryzys, większość instytucji naukowych ograniczyła się w zasadzie do opublikowania listów otwartych, krytykujących sytuację na granicy, a i to nie wszystkie. Część z nich, zresztą już przed chwilą wspomniana, jest oczywiście bardzo wspierająca, bez nich BBnG trudno byłoby skutecznie działać. Powiedzmy to sobie jednak otwarcie: ten kryzys ujawnił istnienie sporej liczby instytucji, w których dominują głosy nie tylko konserwatywne, ale wręcz antyuchodźcze.

Katarzyna: Faktycznie, na początku kryzysu, zwłaszcza w czasie trwania sytuacji w Usnarzu Górnym w sierpniu 2021 roku, publikowano sporo listów otwartych w świecie akademickim. To były jednak działania jednorazowe, które w praktyce nic nie wniosły. Miałam oczekiwanie, że instytucje, które wręcz szczycą się tym, że zajmują się na przykład badaniami pogranicza, mocno tu się zaangażują. Tak się jednak nie stało. Moim zdaniem w niektórych uczelniach badanie kryzysu w ogóle nie jest dobrze postrzegane. Również dlatego niezależność BBnG jest taka wyzwalająca. Choć nie jesteśmy wprost krytykowane przez inne instytucje, to myślę, że część z nich traktuje nas jako taki niezbyt poważny twór. Co ciekawe, od początku BBnG otrzymało dużo wsparcia od naukowczyń pochodzenia polskiego, które pracują na uczelniach za granicą, w Norwegii, Szwecji, Niemczech czy Francji. To jest dość wymowne, że zagranica w dużo większym stopniu docenia tę inicjatywę niż instytucje krajowe.

Przedmioty pozostawione przez osoby w drodze, okolice Hajnówki, fot. Paweł KnutPrzedmioty pozostawione przez osoby w drodze, okolice Hajnówki, fot. Paweł Knut

Zaangażowanie badawcze, o którym opowiadacie, ma w sobie jednocześnie coś bardzo aktywistycznego. Czy wy też widzicie to jako połączenie roli badaczki z rolą aktywistki? Jeśli tak, to czy traktujecie to jako konieczność czy wybór?
Katarzyna: Ten dylemat stał się swego rodzaju mitem założycielskim BBnG i towarzyszy nam od początku. Mamy w naszej grupie różne podejście do tej kwestii. Niektóre z nas uważają, że konieczne jest połączenie działalności badawczej z aktywistyczną. Inne starają się te role rozdzielić i skupiać tylko na tym, co uważają za działalność badawczą. Ja osobiście uważam, że nie ma linii wyraźnie rozgraniczającej obie te role. Dla mnie one nawzajem się uzupełniają. Osobiście potrzebuję doświadczyć czegoś, żeby obudzić w sobie ciekawość badawczą i wiedzieć, w którą stronę chcę iść.

Natalia Judzińska

Doktorka kulturoznawstwa, adiunktka w Instytucie Slawistyki Polskiej Akademii Nauk. Współinicjatorka grupy Badaczki i Badacze na Granicy. W swojej pracy naukowej zajmuje się międzywojennym antysemityzmem na uczelniach wyższych i Zagładą oraz materialnym wymiarem kryzysu humanitarnego na granicy polsko-białoruskiej. W lipcu 2023 nakładem Krytyki Politycznej ukaże się jej książka „Po lewej stronie sali. Getto ławkowe w międzywojennym Wilnie”. Aktywistka, gitarzystka i basistka niezależnych feministyczno-queerowych zespołów muzycznych, współtwórczyni kilku nieformalnych grup artystycznych i aktywistycznych. Od października 2021 niesie pomoc humanitarną ludziom w drodze na granicy polsko-białoruskiej.

Natalia: Ja w grudniu ubiegłego roku podjęłam decyzję o przeprowadzce w teren. Od tego czasu jestem już „na pełen etat” częścią grupy pomocowej, udzielającej wsparcia osobom w drodze. Do tego czasu w teren jeździłam minimum raz w miesiącu, przynajmniej na tydzień. Zawsze łączyłam pracę badawczą z aktywizmem. Odmówiłam prowadzenia dziennika etnograficznego, nie zajmuję się również badaniem aktywistów i aktywistek. Z uwagi na to, że są w wielu przypadkach moimi kolegami i koleżankami i łączą mnie z niektórymi zażyłe relacje, uważałabym takie badanie za nieetyczne. Ale to moje podejście – w BBnG mamy różne. Odnosząc się zaś do twojego pytania, ja nie traktuję aspektu badawczego czy aktywistycznego jako różnych kapeluszy, które można zmienić. Obie te sfery są dla mnie aktualnie bardzo silnymi elementami tożsamości i nie funkcjonują bez siebie. Zawsze jestem w tych dwóch rolach. Uważam to połączenie za niezbędne, bo daje mi wrażliwe oko pozwalające prowadzić badania zmierzające do zmiany społecznej, jednocześnie korzystać z całej wiedzy badawczej podczas interwencji.

Inga: Ja również uważam, że nie ma rozdzielenia na te dwa kapelusze. Staram się prowadzić badania, w których nie tylko efekt końcowy, ale i sam proces badawczy traktuję jako narzędzie zmiany. Zależy mi na tym, aby ich wyniki były przydatne nie tylko dla akademii, ale również, a może przede wszystkim dla ruchu społecznego osób zaangażowanych w przeciwdziałanie temu kryzysowi. Oczywiście taka postawa rodzi wiele dylematów etycznych, związanych z uwikłaniem badacza czy badaczki w teren, ale dla mnie nie ma innej drogi. Muszę widzieć, żeby zrozumieć. Nie potrafiłam badać tego zjawiska bez przyjechania na Podlasie, bez poznania osób aktywistycznych i ich strategii działania, bez spotkania ludzi w drodze. To daje dostęp nie tylko do danych, ale też i do zagrożeń, które tu czyhają. To z kolei pozwala zrozumieć, co jako badaczka mogę, a czego nie powinnam robić, żeby swoją pracą nie stwarzać zagrożenia dla innych. Na przykład nie ujawniać danych pozwalających zidentyfikować osoby, które się wspiera, czy sposobu pokonywania terenu przez osoby w drodze. Ale też nie uważam, że jest to jedyny słuszny sposób pracy. Różne osoby w BBnG mają różny poziom powiązania z terenem i to też jest cenne.

A czy taki sposób zaangażowania, zwiększający ekspozycję na różne trudne sytuacje, wpływa też negatywnie na badaczy i badaczki?
Katarzyna: Tak, uważam, że to połączenie jest obciążające. Wiele osób, które początkowo pracowało w taki sposób, angażuje się obecnie już tylko badawczo, ale nie aktywistycznie, bo stało się to dla nich zbyt traumatyzujące. Ja też teraz tak mam. Ludzie zaangażowani w ten kryzys na samym początku wierzyli, że zaraz wszystko się skończy. Nie było wtedy za wiele miejsca na myślenie o swoich granicach. To było totalne odwieszenie swojego życia prywatnego i pochłonięcie granicą. Między innymi dlatego to doświadczenie było takie wyczerpujące. Z kolei później, gdy wybuchła wojna w Ukrainie i nastąpił znaczny odpływ ludzi zaangażowanych w pomaganie na Podlasiu, tym bardziej obciążone zostały osoby lokalne, które tu żyją. Samo istnienie strefy również było bardzo traumatyzujące. Teraz, jak to wspominam, to wręcz wydaje mi się niewiarygodne, że tak mogło być. To jeszcze bardziej pogłębiało poczucie abstrakcyjności tego doświadczenia, ale też wzmagało zagrożenie i potrzebę ukrywania się podczas niesienia pomocy, bo przecież – tak jak osoby w drodze – również się było obiektem ściganym przez służby. Myślę, że dopiero teraz więcej się rozmawia o potrzebie odpoczynku. Ludzie dostają pieniądze za swoją pracę. Pomoc jest bardziej unormowana i ma coraz bardziej sprofesjonalizowany charakter. Ale na pewno wiele osób utraciliśmy.

Inga: Mam za sobą kilka pobytów aktywistycznych i badawczych na różnych granicach w kontekstach migracyjnych i staram się wykorzystać te doświadczenia na Podlasiu. Dzięki tym wyjazdom lepiej znam siebie i wiem, ile mogę udźwignąć. W przeciwieństwie do historii osób, o których opowiedziała Katarzyna, ja miałam ten przywilej, że mnie ten kryzys nie zaskoczył, bo z uwagi na pobyt badawczy w Libanie nie było mnie tu, gdy tworzyła się infrastruktura pomocowa i dużo ludzi rzuciło się w wir działania bez myślenia o tym, że muszą też zadbać o siebie. Dzięki temu mogłam zdecydować, kiedy chcę wejść w tę sytuację, przygotować się do tego i sprawdzić, gdzie są moje granice, zarówno fizyczne, jak i emocjonalne. Jechałam z planem, na przykład że nie zostanę tu jednorazowo dłużej niż dwa tygodnie, i jak na razie ten plan mi się sprawdza.

Fragment muru z zainstalowaną bramką do przeprowadzania pushbacków (po lewej stronie od słupka granicznego), fot. Paweł KnutFragment muru z zainstalowaną bramką do przeprowadzania pushbacków (po lewej stronie od słupka granicznego), fot. Paweł Knut

Parokrotnie wskazywałyście podczas naszej rozmowy, że obecnie realizowane projekty badawcze dotyczą osób w drodze, ale nie są budowane w oparciu o wywiady z nimi. Skąd bierze się ta wyraźna nieobecność głosów osób, które są przecież centralnymi postaciami trwającego kryzysu?
Katarzyna: Ona jest celowa i wynika z obecnej sytuacji. Jeśli ktoś chciałby teraz pójść do lasu i robić badania z osobami znajdującymi się w drodze, to byłoby to skrajnie nieetyczne i zagrażające dla tych osób. Teraz nie jest czas na takie badania. Mamy oczywiście świadomość, że jest to ważny i brakujący głos. Jeśli gdzieś pojawiają się skrawki takich wypowiedzi, na przykład z relacji przekazywanych dobrowolnie przez osoby, które już są bezpieczne, to jest to dla nas bardzo cenne. Kiedy jednak osoby są w drodze, znajdują się w tak delikatnej sytuacji, że nie widzimy innego wyjścia.

Katarzyna Potoniec

Politolożka (specjalność: zarządzanie integracją międzykulturową) oraz pedagożka. Członkini grupy koordynującej Badaczek i Badaczy na Granicy. Jej zainteresowania naukowe dotyczą przede wszystkim miejsc tranzytowych położonych przy szlakach migracyjnych oraz integracji i edukacji osób z doświadczeniem migracji. Od 2008 roku związana jest z tematyką migracji i integracji uchodźców, przede wszystkim w ramach współpracy z białostockimi organizacjami pozarządowymi. Od jesieni 2021 zaangażowana w działania pomocowe na granicy polsko-białoruskiej. Inicjatorka i prezeska Stowarzyszenia Egala, zajmującego się wspieraniem osób w drodze.

Natalia: Jako badacze i badaczki nie zatrzymujemy osób w drodze i im nie przeszkadzamy. Jeśli ktoś sam chce nam opowiedzieć swoją historię, wówczas jej wysłuchujemy. Nie zbieramy jednak żadnych danych w lesie, ani w bezpiecznych domach, czy nawet w miejscu docelowym, gdy osoby wciąż czekają na rozpoznanie ich wniosku azylowego. Samo ukończenie leśnego fragmentu podróży tu, na Podlasiu nie jest bowiem końcem ich drogi. Jest nim dopiero uzyskanie statusu prawnego zapewniającego skuteczną ochronę.

Inga: Dyskutujemy obecnie intensywnie w BBnG na temat warunków badania, w którym takie osoby mogłyby wziąć udział, i wyraźnie widzimy, że powinno ono zostać przeprowadzone dopiero w momencie, gdy będą już miały uregulowany status prawny, a także sieć wsparcia lub pracę w docelowym miejscu swojego pobytu. Dopiero wtedy zgoda na udział w badaniu będzie rzeczywiście miała charakter świadomy i dobrowolny, a nie udzielany w sytuacji totalnej zależności. A z taką sytuacją mamy do czynienia, gdy do spotkania dochodzi na przykład w lesie.

Katarzyna: Ja też nie mam takiego poczucia, że osoby w drodze są teraz całkowicie nieobecne. Nawet nie nalegając na to, stajemy się odbiorcami ich historii. Na przykład gdy chcemy udzielić im pomocy prawnej i napisać jakieś pismo, siłą rzeczy musimy poznać wcześniej ich historię. To się dzieje z ich inicjatywy i w celu udzielenia pomocy, której potrzebują. Te informacje są więc przez nas w różny sposób pozyskiwane. Właśnie dlatego nie czuję, że te osoby są nieobecne. Żadna z nich nie jest dla mnie anonimowa. Być może wygląda to nieco inaczej z perspektywy osób, które są trochę dalej od tego kryzysu i nie angażują się w udzielanie pomocy tu na miejscu.

Inga: Faktycznie, choć osoby w drodze nie zabierają teraz tego głosu bezpośrednio, to staramy się tak projektować nasze działania, aby przesuwać te osoby w stronę centrum naszej uwagi. Wracając na koniec do przykładu spaceru etnograficznego, choć osoby w drodze z przyczyn oczywistych nie mogą go poprowadzić, to są tam wyraźnie obecne dowody ich obecności. Na przykład w postaci opustoszałych obozów, zbudowanych szałasów czy pozostawionych ubrań. Już same te przedmioty opowiadają ich historię, stanowiąc materializację ich aktu oporu, przekroczenia granicy wbrew wszystkim tym środkom, które stosuje przeciwko nim polskie państwo. W tym też widzimy naszą rolę: przekierowujemy spojrzenie w stronę tych osób po to, by potwierdzić ich sprawczość, a przez to podmiotowość.

Tekst powstał w ramach cyklu „Państwo na granicy” przygotowywanego we współpracy z Fundacją im. Heinricha Bölla w Warszawie.

logo

ccTekst na licencji Uznanie autorstwa. Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe (CC BY-SA 4.0).