Wycinanka
„Asteroid City”, reż. Wes Anderson, mat. prasowe

6 minut czytania

/ Film

Wycinanka

Jakub Socha

Wes Anderson pieści i poleruje swoje kolejne filmy niczym diuk des Esseintes z powieści „Na wspak”. Można umrzeć z nudy

Jeszcze 2 minuty czytania

„Wszystko jest podłączone, ale nie działa” – mówi mechanik do dzieci zgromadzonych przed telewizorem. Nawet nie jest mu smutno. Dał nura w podbrzusze urządzenia, posprawdzał kable i wtyczki, zrobił swoje i ani trochę więcej, nie widać, żeby się spocił, żeby otworzył jakąś instrukcję obsługi, zadzwonił po poradę, zrobił coś niestandardowego. Nie działa, jest jak jest, ostatecznie ludzie i tak usiedli przed ekranem, więc z perspektywy nadawcy może nie ma na co narzekać.

Scena z mechanikiem, którego gra Matt Dillon, dobrze oddaje problem z „Asteroid City”. Oto Wes Anderson w pełnym wydaniu. Podkręcone kolory, jak z taśmy Kodachrome, ludzie ubierający się z fantazją. Spodnie z wysokim stanem, plastikowe przeciwsłoneczne daszki, okulary łezki, cytrynowe koszulki polo, kurtki w stylu safari, analogowe lustrzanki. Precyzyjnie zakomponowane kadry, które sieć Tiger mogłaby oprawiać w ramki i sprzedawać w swoich sklepach. Subtelne skecze odgrywane przez zastęp hollywoodzkich aktorów z kamienną twarzą, skoczna muzyka Alexandre’a Desplata. Wreszcie bohaterowie – oryginalni, ekscentryczni, zachowujący się trochę nieswojo. Kiedyś działał ten cyrk, dziś straszy w nim prawie że bezbrzeżna nuda, którą przerywa z rzadka pokaz prawdziwych fajerwerków: scena w stylu malarstwa Seurata, niemal niedostrzegalna implozja jednego z bohaterów.

Film ma budowę szkatułkową. Najpierw wyłania się z mroku narrator, inaczej: prowadzący. Pstryk i zapala się lampa. Na scenie siedzi dramatopisarz. Dramatopisarz pisze sztukę. Opowiada, co pisze. Najpierw miejsce akcji. Ze słów wyrastają budynki i ulice, niedokończone wiadukty, stacja paliw, pagórki. Jesteśmy w małym pustynnym mieście w latach 50. Armia przeprowadza próby jądrowe, ludzie z nadzieją patrzą w niebo, po niebie suną Niezidentyfikowane Obiekty Latające. Anderson bawi się całą ikonografią amerykańskiego kina SF z tamtych czasów. Rakiety kosmiczne wyglądają jak stare cadillaki, autobusy grounhound jak cukinie, jest dużo amorficznych plastikowych form.

Fabuła jest szczątkowa, akcja została osnuta wokół zlotu młodych geniuszy wynalazców, którym towarzyszą rodzice. Przybysze zostają uwięzieni w tytułowym miasteczku i poddani kwarantannie po tym, jak pewnego dnia odwiedza je ufoludek. Oprócz ufoludka świat ten zaludnia stała ekipa reżysera: genialny, choć nieśmiały młodzieniec; kobieta piękna i zraniona; ojciec, który nie potrafi mówić o emocjach; senior rodu przytłaczający wszystkich swoją obecnością; śmierć. Te figury i motywy to tylko wycinanki, można przejrzeć je na wylot. Byłoby absurdalne czytać ten film jako komentarz do czasów kwarantann covidowych albo w grzybie atomowym, który kilkukrotnie zawisa na horyzoncie, usłyszeć echo dzisiejszych lęków związanych z wielką bombą. Trudno też choćby przez moment pomyśleć, że to, co targa bohaterami, to coś więcej niż sztuczny zefirek robiony miechem zza sceny.

Mówi się, że to jeden z najbardziej osobistych filmów w filmografii Andersona, ale to tylko marketing, tam samo jak te ogłaszane światu długie listy kolejnych gwiazdorów kina, którzy zdecydowali się zagrać u autora „Genialnego klanu”. Ich role mógłby grać tak naprawdę ktokolwiek, nie ma tu za dużo grania, trzeba nosić kostium. Kiedyś, choćby właśnie w „Genialnym klanie” czy „Pociągu do Darjeeling”, Anderson jeszcze pisał swoje postaci, obdarzał je historią, neurozami, problemami, dziś co najwyżej postaci szkicuje. Kiedyś to oni, popędzani przez nerwicę natręctw, oddawali się budowaniu światów, w których mogliby się schować, wcielaniu w życie prześladujących ich projektów, teraz w tym wszystkim wyręcza ich sam reżyser. Gdzieś w okolicach „Grand Budapest Hotel” postanowił, że wybuduje sobie pałac i w nim zamieszka. Dziś od emocji, bólu, niedopasowania bohaterów bardziej interesuje go plastyka kadru i inscenizacja. Montaż wewnątrzkadrowy, te wszystkie sceny, gdy aktorzy rozmawiają ze sobą przez okienka, przez telefon, z dwóch balkonów, które oddziela od siebie ulica i niespodziewany śnieg. Polerowanie kolorów i takie dostrajanie wszystkich efektów cyfrowych, żeby wyglądały analogowo. Gromadzenie i powoływanie do życia kolejnych odjechanych przedmiotów.

„Asteroid City”, reż. Wes Anderson„Asteroid City”, reż. Wes Anderson. USA 2023, w kinach od 16 czerwca 2023Pod koniec filmu, jakby zagrzewając samego siebie, Anderson wkłada w usta jednej z postaci słowa, że trzeba iść za swoją opowieścią. Potem następuje sekwencja nazywana „oniryczną”, tyle że w tym śnie nic ciekawego się nie wydarza. Ot, wysypują się wszystkie przedmioty i wszystkie postaci z wielkiego worka. Kadr zmienia się w coś na kształt stronicy w tych książkach dla dzieci, gdzie w jednym obrazku mamy i nurka, który kroi tort, i rodzinę, która buduje sobie szafę z desek sosnowych, i czwórkę wioślarzy bez sternika, która próbuje załatać dno łódki przy pomocy taśmy.

Anderson to reinkarnacja diuka Jana des Esseintes, bohatera „Na wspak” Jorisa-Karla Huysmansa, sztandarowej lektury dekadentów. Ten otoczony przez morze przedmiotów zblazowany kolekcjoner był fascynujący, ale i nudny. Z Andersonem jest tak samo, jego monotematyczność jest irytująca. Jego odwaga, by robić to, co się chce, budzi podziw. W najsłynniejszym rozdziale książki Huysmansa diuk postanawia ponadziewać klejnotami skorupę swojego żółwia. Chce, żeby była piękniejsza, zwierzę jednak po tym eksperymencie umiera. Anderson zachowuje się, jakby chciał powtórzyć ten gest. Diuka, nie żółwia.