„Mała matura 1947”, reż. Janusz Majewski

Jakub Socha

W „Małej maturze 1947” Janusza Majewskiego w zasadzie wszystko jest fałszywe. Jest to niezamierzony poemat o tym, że nie ma nic poza światem symulakrów, poza powierzchnią

Jeszcze 1 minuta czytania


Repatrianci wracają do Polski, przygrywa im trąbka Tomasza Stańki, która ustanawia trwający do ostatniej sceny nastrój liryczny. Pociąg zatrzymuje się w Krakowie. W prastarym grodzie zaczyna się nowy etap w życiu urodzonego we Lwowie 16-letniego Ludwika. A Kraków piękny, majestatyczny, historyczny, jak z obrazka. Wawel, kocie łby i gołębie. Wisła i Wieża Mariacka. Nie ma tylko Piwnicy pod Baranami i Piotra Skrzyneckiego, ale w końcu to nie te czasy. W obrębie tych mocno opatrzonych znaków Majewski próbuje opowiedzieć własny „Armarcord”. Powstał jednak film, który jest co najwyżej poczciwą wariacją na temat „Sposobu na Alcybiadesa”. Mogło być gorzej.

„Mała matura 1947”, reż. Janusz Majewski.
Polska 2010, w kinach od 15 kwietnia 2011
Ludwik rozpoczyna naukę w szacownym gimnazjum, poznaje nowych kolegów. Zróżnicowane towarzystwo, bardzo filmowe. Kujon w okularach z hipsterską grzywką, amant wpatrzony w Eugeniusza Bodo, piegusek tępak, francuzik geniusz matematyczny, w tle błąka się jeszcze przystojny uczestnik powstania warszawskiego, uczeń klasy maturalnej. Chłopcy-urwisy dokazują, rzucają w siebie papierkami, podrzucają sobie z lekka sprośne karteczki i marzą o dziewczętach z warkoczami. Chodzą nad rzekę, palą w kiblach papierosy, grają w gałę i gotują się na stratę cnoty, to znaczy dziewictwa. Rozkosz tym większa, że szkoła męczy ich tylko trochę, jest kolorowa, przyjazna uczniom, przesiąknięta ideami demokratycznymi. Nie można się w niej nudzić, szczególnie mając takich nauczycieli, jak Wiktor Zborowski, Olgierd Łukaszewicz, Marek Kondrat czy Marian Opania. Każdy w inną stronę ekscentryczny, w założeniu ciekawy, a ostatecznie plakatowy i nieautentyczny.

W „Małej maturze 1947” w zasadzie wszystko jest fałszywe. Jest to niezamierzony poemat o tym, że nie ma nic poza światem symulakrów, poza powierzchnią. Wyglansowaną tak, żeby świeciło i tym światłem odwracało wzrok od tego, co pod spodem. Film Janusza Majewskiego jest fantazją na temat powojennej polski, fantazją na temat młodości. Czysta Polska, kulturalna, czcząca przodków. Świat bez grzechu, bez kurzu, bez nocnych polucji. Optyka jest tak ustawiona, żebyśmy mogli westchnąć za przeszłością i równocześnie z rezygnacją powiedzieć: wszystko zeszło na psy. Kiedyś to było: młodzież była lepiej wychowana, ludzie nie tak skomplikowani, a wartości mniej rozmyte. Nie potwierdzam i nie zaprzeczam, bo skąd mam niby wiedzieć. Może rzeczywiście ludzie kiedyś byli bardziej „zadomowieni w sobie i w czasie”. Może.

Film Majewskiego rozgrywa się w Disneylandzie, który udaje przeszłość, ale istnieje tak naprawdę poza czasem. Nie spotkamy w nim Mickey, tylko mówiących po polsku mężczyzn: zawsze uczesanych chłopców, nobliwych inteligentów, oświeconych patriotów. Takich Polaków, jakich można było oglądać chociażby w „Czasie honoru” albo w „Jutro idziemy do kina”. Majewski był zawsze świetnym stylistą. Czyżby „Mała matura 1947” nie była więc, jak chce dystrybutor, „ciepłą i pełną humoru opowieścią o dojrzewaniu w pierwszych burzliwych latach powojennej Polski”, tylko – inteligentnym pastiszem praktyk i form estetycznych, które są dziećmi szeroko pojętej polityki historycznej? Chciałbym w to wierzyć, ale gdybym uwierzył, czułbym się chyba zbyt pastiszowo.