Wojna domowa

6 minut czytania

/ Film

Wojna domowa

Jakub Socha

Gustavo Pizzi, reżyser „Loveling”, wie, co to jest kondensacja i klarowność. Akcja tego brazylijskiego filmu rozgrywa się zaledwie w ciągu kilku tygodni, a dzieje się tu tyle, że starczyłoby na telenowelę. Całość ogląda się jednak bez zadyszki

Jeszcze 2 minuty czytania

Irene ma pełne ręce roboty – jedną próbuje otworzyć zamek do drzwi, na drugiej niesie rozgorączkowane głodne dziecko, gdyby miała trzecią, pewnie wyjmowałaby nią pizzę z piekarnika, czwartą odrabiała pracę domową do szkoły wieczorowej. Barkiem podtrzymuje telefon, przez który rozmawia z mężem, kątem oka pilnuje, żeby jej drugi syn, paradujący z wielkim puzonem, nie zrobił komuś albo sobie krzywdy. Urwanie głowy. Tak w ogóle to jest matką czterech synów, a tak naprawdę pięciu. Najstarszy jest szczypiornistą, bramkarzem, i właśnie dostał propozycję gry w profesjonalnej drużynie niemieckiej. Średni, ten z puzonem, występuje w miejskiej orkiestrze muzycznej. Są jeszcze dwaj mali bliźniacy. Oraz – w podobnym do nich wieku – syn siostry, która przed chwilą odeszła od męża, damskiego boksera, i wprowadziła się do Irene.

Zamek ostatecznie odmawia posłuszeństwa, kobieta wychodzi więc z dziećmi przez okno, przystawiając wcześniej dwa drewniane schodki. Z deszczu pod rynnę. Na zewnątrz oczywiście pada, dzieci natomiast postanawiają, że jest to najlepsza pora, żeby pobawić się z psem. Tyle gestów i tyle osób. Jakiś serialowy żółw spokojnie zmontowałby z nich dwa odcinki, tymczasem Gustavo Pizzi, reżyser „Loveling”, montuje dziesięć minut. Nie dlatego, że mu się gdzieś spieszy, tylko dlatego, że umie. Dawno nie widziałem w kinie równie wzorowej ekspozycji, w której w zaledwie kilkunastu ujęciach tworzy się cały świat, powołuje do życia wszystkich bohaterów i ustawia na ich drodze konkretne problemy, z którymi za chwilę będą musieli się zmierzyć.

Pizzi wie, co to jest kondensacja i klarowność. Akcja tego brazylijskiego filmu rozgrywa się zaledwie w ciągu kilku tygodni, a dzieje się tu tyle, że starczyłoby i na telenowelę. Całość ogląda się jednak bez zadyszki. W niewiele ponad półtorej godziny reżyserowi udaje się nawet pokazać sceny niemające żadnego związku z fabułą. Na przykład ojca, który nakrywa nocą syna przed wyładowaną po brzegi, otwartą lodówką i pod pretekstem zażycia odrobiny chłodu przyłącza się do sekretnej uczty. Albo dzieciaki, które po prostu bawią się szlauchem i dywizjonem kumkających żab, a potem zmęczone usypiają w słońcu, żaby w tym czasie odpoczywają na ich brzuchach.

W „Loveling” jest lato: czas wypoczynku i przesilenia. Dom, w którym mieszka Irene, się wali. Poczciwy mąż lunatyk, który marzy, że jeszcze dorobi się prawdziwych pieniędzy, powoli musi zwijać niedochodowy biznes. Szwagier wisi u bramy i krzykiem domaga się powrotu żony. Najstarszy syn niedługo wyfrunie do Niemiec, więc trzeba mu kupić ciepłą kurtkę. Za chwilę skończy się rok szkolny i Irene odbierze świadectwo ukończenia szkoły, potem wpakuje całą rodzinę do starego volkswagena i pojedzie do domku letniskowego, gdzie będzie opalać się na wodzie, leżąc na dętce z ciężarówki. Chaos i spokój idą tutaj pod rękę, każdy z członków rodziny, napędzany przez własne ambicje, ciągnie ją w inną stronę. Nie ma nawet czasu, żeby ustalić priorytety, wszystko dzieje się niejako równocześnie. Film przez to pulsuje życiem. A Pizzi dba, żeby aktorzy mówili jeden przez drugiego.

„Loveling”

Ogląda się tę wojnę domową z rozkoszą i zdziwieniem. Zdziwieniem, bo całość rozgrywa się w końcu we współczesnej Brazylii, gdzie, jak uczy kino i jak donoszą gazety, trwają niekończące się wojny gangów, ludzie umierają masowo od pocisków z broni palnej (niefortunny tytuł artykułu z wczorajszej „Wyborczej” głosił: „W Brazylii ginie więcej osób niż w Syrii”), a politycy na szczytach władzy albo zostają oskarżeni o korupcję, albo rzucają populistyczne hasła w stylu Trumpa. A tu nic z tego, żadnych wygodnych dychotomii, ani dzieci z faweli pogryzionych przez szczury, ani bossów na złotych sedesach.

„Loveling”, reż. Gustavo Pizzi„Loveling”, reż. Gustavo Pizzi, Brazylia, Niemcy, Urugwaj 2018, w kinach od 24 sierpnia 2018Rodzina Irene nie ma za wiele, ale coś tam ma. Jakiś dom i jakieś szanse, żeby swój los odmienić. Pizzi jednak daleki jest od wyśpiewywania peanów na cześć Brazylii i możliwości, które tkwią w człowieku. Jest krytyczny wobec urządzeń społecznych, ale zabiera się do nich bez świętego oburzenia. Są w „Loveling” fabryki, które zaraz zostaną przeniesione do Chin, drobna przedsiębiorczość, która nie ma szans na rozwój, wreszcie naznaczony traumą poddańczy stosunek klas niższych do wyższych, z czego te drugie skwapliwie korzystają. Wszystko to jest podawane w filmie przy okazji, wplecione w życie, które samo w sobie wydaje się nieźle zagmatwane. Kiedy mąż Irene krzyczy, że hasło „Tylko praca może uszczęśliwić człowieka” zostało wymyślone, żeby kontrolować pracowników, jego żona tylko kiwa głową. Dobrze wie, że musi zakasać rękawy, bo inaczej wszyscy utoną.

W czasie, gdy Irene spaja swoją rodzinę, wcielająca się w nią Karine Teles robi to samo z filmem. Potrafi zagrać kłębek sprzeczności i kłębek nerwów, niezauważalnie przejść od płaczu w śmiech i ze śmiechu w melancholię. Pizzi podąża za jej emocjami, pokazuje swoją bohaterkę w trybie zadaniowym, gdy wszystkich rozstawia po kątach, i w rozpaczy, gdy ze zmęczenia i frustracji kładzie się po prostu na podłodze. Czasami nagle odwraca od Irene kamerę, żeby pokazać tych, którzy wokół niej orbitują, choć możliwe, że tak naprawdę to ona orbituje wokół nich. We wspaniałej scenie, gdy Irene zakłada na uszy słuchawki i zaczyna wirować i skakać w rytm głośnej muzyki, wykrzykując cały nagromadzony w ciele stres, nagle dochodzi do zmiany perspektywy. Teraz widzimy całą sytuację jakby z drugiej strony – muzyka milknie, synowie patrzą ze zdumieniem na brykającą po kuchni matkę, która wykrzykuje coś do siebie. Kogo w niej wtedy widzą? Kobietę, matkę, kosmitkę?