Wożąc się po mieście

8 minut czytania

/ Film

Wożąc się po mieście

Jakub Socha

Serial „Ślepnąc od świateł” zabiera nas na nocną przejażdżkę po Warszawie. Przejażdżka miejscami jest efektowna, wraca się z niej jednak z poczuciem dużego znużenia

Jeszcze 2 minuty czytania

Zmieniło się imię i samochód, w ogóle dużo się zmieniło. Liczącą pół tysiąca stron książkę Żulczyka napędzał monolog chłopaka z Olsztyna, który przeprowadził się do Warszawy, by uczyć się malarstwa na ASP, a skończył jako narkotykowy diler. Diler z klasą, jakże inny od „dilera gwiazd”, o którym od jakiegoś czasu rozpisują się brukowce. Jacuś, bo tak ma na imię, jeździ audicą, ubiera się w najlepszych sklepach, lubi stonowane kolory, ma fantastyczny zestaw do słuchania muzyki – z muzyki najbardziej lubi, oczywiście, Wariacje Goldbergowskie w wykonaniu Glenna Goulda. Strasznie pretensjonalna postać. Udaje Marlowe'a, czuje się prawdziwym mężczyzną i poetą, obrońcą kobiet, emocje trzyma pod kluczem. Ten romantyczny kochanek umawia się tylko z modelkami, brzydzi się „ciotami”, fascynuje go siła, cechuje go wyraźna odraza do ludzkości, choć nie może przestać dzielić się z nią swoimi mądrościami i obserwacjami. A idą one mniej więcej tak: „Ludzie uwielbiają być ranieni. Odruchowo i posłusznie idą tam, gdzie jest ból. Kojarzą go z bezpieczeństwem. Mylą z miłością”. Albo tak: „Ludzie. Wylewają się na zewnątrz, w światła i ciemność, w swoje życie, w weekend, w hałas, jak rozsypane ogromną dłonią paciorki”.

Trudno go polubić i naprawdę czasami trudno znieść jego ględzenie – gada jak najęty i równocześnie jak potłuczony, za dużo gada o pieniądzach. No ale z drugiej strony – nikt nie każe typa lubić, choć Żulczyk go chyba jednak trochę lubi. Ale mniejsza z tym, ważniejsze jest co innego – że rzucając swojego bohatera w te „rozsypane ogromną dłonią paciorki”, wcześniej nieźle te paciorki rozsypał. W książce jest zamaszystość i precyzja; intryga, świat, konstrukcja. Kolejne rozdziały to kolejne dni, w poszczególnych rozdziałach informacje o godzinie, w której rozgrywa się dana scena. Jedno i drugie jest o tyle istotne , że odbywa się tu cały czas odliczanie – bohater za chwilę chce się urwać z warszawskiego piekiełka, musi jeszcze pozałatwiać tylko kilka spraw. Zegar tyka, wskazówki ustawione są przede wszystkim na godzinach nocnych – Jacuś pracuje na drugą i trzecią zmianę, dlatego jest blady, chodzi ciągle niewyspany; funkcjonuje na granicy jawy i snu.

W serialu Krzysztofa Skoniecznego jest niby jak w książce Żulczyka, w której z kolei jest jak w wierszu „Medium” Wojciecha Bonowicza: „Wiem co jest święte.// Nie wiem/ co jest grane”, chociaż doszło do kilku przesunięć. Ostentacyjne audi zastąpiło jeszcze bardziej ostentacyjne bmw, Jacuś zmienił imię na Kubuś – Kubuś to akurat ładne imię. Zniknął przede wszystkim monolog, co cieszy, niestety wraz z nim zniknęło kilka znaczących faktów z życia dilera. Wypadły plansze z dniami i godzinami, które w książce budowały rytm – tego rytmu tu nie ma, co więcej, ma się wrażenie, że ciągnie się ta opowieść zdecydowanie za długo. Widać, że Skonieczny musiał polubić to, co nakręcił i jakoś nie mógł się z tym rozstać – to pewnie przez to te niekończące się jazdy, gdy kamera idzie za bohaterami chyba tylko po, żebyśmy mogli nacieszyć się scenografią każdego pomieszczenia, ta jest świetnie przygotowana, ale przecież nie o to chodzi. Symptomatyczna jest tu figura ćpuna-rapera, w którego wcielił się zresztą sam reżyser – w książce pretekstowa, tu niepotrzebnie napompowana, na każdym poziomie przesadzona. To dzięki niej dostajemy na przykład pojazd na estetykę teledysków hip-hopowych i darmowy bilet wstępu do klubu go-go – mógłbym się bez tych atrakcji obejść, serial zresztą też. Jego autor lubi jednak błyskotki; lubi wszystkie swoje pomysły. Jak to w tego typu zabawie – czasem te pomysły sprawiają, że człowiekowi spadają kapcie ze stóp (patrz: piosenka Myslovitz śpiewana przez wszystkich bohaterów, jeden z nich przebrany jest nawet za św. Mikołaja), czasami jest w nich jednak znak diabelnej zręczności (patrz: historia znalezienia niebieskiej torby).

„Ślepnąc od świateł”, reż. Krzysztof Skonieczny



Jedna rzecz, o której myślałem, że twórcy serialu się jej pozbędą, na nieszczęście została – chodzi mi o majaki i sny. Jest to nieszczęście z co najmniej dwóch powodów. Pierwszym jest jakość techniczna – marnie wyglądają na ekranie efekty wyobraźni apokaliptycznej Kubusia, to nie jest na pewno pierwsza liga. Drugim – ich niemożebna pretensjonalność. Ludzie bez twarzy? Woda zalewająca miejskie bagno? Nie mogli przynajmniej ci ludzie mieć czegoś innego na twarzy, miasta nie mogło coś innego zalewać? Reżyser raz za razem przerzuca nas z ciemnej, brudnej Warszawy w rozgrzany krajobraz tropików. Obrazek prawie jak z Hockneya – basen, willa, spokojne niebo, przed basenem siedzi przy stoliku dwójka ludzi: mężczyzna i kobieta. Mężczyzną jest Kubuś, kobieta, gdy czasami odwraca się w stronę kamery, jest pozbawiona formy, to tylko gliniany owal. Straszne, zresztą tak samo, jak sceny kręcone w Czarnobylu. Czy naprawdę trzeba było jechać tak daleko, żeby nakręcić trójkę ludzi w łachach, którzy siedzą na mchu i wcinają hubę? Czy tak się buduje wiarygodność?

Jeśli chodzi o wiarygodność, no właśnie – tu zawiniły przede wszystkim błędy obsadowe. Zatrudnienie Kamila Nożyńskiego do roli Kubusia wywróciło cały ten projekt. Nożyński ma charyzmę, ciekawą twarz, ale ma problemy z podawaniem tekstu i odgrywaniem jakichkolwiek skomplikowanych emocji. Grająca największą miłość Kubusia, niejaką Paulinę, Monika Pokrzywińska, na co dzień modelka, też po raz pierwszy na ekranie, wypada w „Ślepnąc od świateł” równie blado. Nie jest tak, że reszta gra już jak z nut. Skonieczny, o czym już było, jedzie po bandzie, to samo Cezary Pazura – w roli gospodarza talk-show i króla stolicy wygląda raczej jak facet, który w kolorowym garniturze sprzedaje w jakiejś remizie zestaw garnków, jest to emanacja kiepskiego żartu, a nie podszyty rozpaczą nihilizm, i nie zmienią tego nawet włożone w usta Pazury wersy z Miłosza. Są tu oczywiście świetne role zagrane przez świetnych aktorów, ale każdy z nich gra tu trochę do własnej bramki, buduje własny cyrk. Krzysztof Zarzecki w roli właściciela klubu nocnego kreuje natchnionego proroka; Janusz Chabior jako gangster Stryj jest dosadny i wulgarny; są jeszcze Robert Więckiewicz i Jan Frycz, grający dwóch bossów mafijnych, pamiętających lata 90. Robert Więckiewicz jest wspaniały w roli spoconego dresiarza w garniturze, jedną nóżką wystukującego discopolowe hity, drugą miażdżącego grdyki. Jan Frycz, łysy i nalany, wygląda jakby się urwał z „Czasu apokalipsy” Coppoli albo z „Pożegnania jesieni” Trelińskiego, aktor brawurowo przechwytuje homofobiczny język gangsterski, widać, że dobrze się bawi, podszywając się pod szatana.

Przy Więckiewiczu i Fryczu Nożyński wygląda jak amator wśród profesjonalistów i w gruncie rzeczy o tym samym traktuje sam serial. Kluczowa dla książki fraza, gdy Dario – w serialu grany przez Frycza – mówi do głównego bohatera, że „wymyślił sobie siebie”, podważając niejako jego tożsamość, ukazując jej śmieszność, to, że jest to tylko zasłona dymna, która ma ukryć wrażliwego chłopca zakochanego w sile i pieniądzach, w serialu nie potrafi jednak wybrzmieć. Może dlatego, że zagłusza ją muzyka; podczas oglądania „Ślepnąc od świateł” przez cały czas człowiek słyszy w głowie te dwie linijki z klasyka grupy Kaliber 44. „Normalnie o tej porze – wożę się po mieście. Normalnie o tej porze – raz lepiej, raz gorzej”.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).