Uciekaj z miasteczka
fot. Showmax

8 minut czytania

/ Film

Uciekaj z miasteczka

Jakub Socha

W „Rojście” świat płowieje i gaśnie. Jan Holoubek uciekł od gruboziarnistego realizmu dokumentu i od sepii, obowiązkowej w nostalgicznych fabułach za Peerelem. Jesteśmy w świecie  konkretnym, choć na granicy koszmaru

Jeszcze 2 minuty czytania

Prolog jest zwodniczy. Jak na karuzeli – spotykają się tu wszyscy, scena wiruje. Młody dziennikarz z młodą żoną, którzy uciekli z Krakowa i oczekują na pierwsze dziecko. Stary dziennikarz w kurtce wojskowej pożyczonej od Cybulskiego i białych reebokach kupionych w peweksie. Sprzedawczyni z peweksu, lokalna piękność, która otwiera swój sezam tylko wtedy, gdy ma na to ochotę. Partyjny baron, lokalny Rudolf Valentino, który kiedyś podnosił ciężary. Kilka prostytutek i kilku mężów, część w delegacji, część pewnie po prostu została po godzinach w pracy. Piwo, krajowe i zagraniczne, wermut i wódka. No i wreszcie on – w okularach na pół twarzy, w bordowym garniturze, z resztką włosów skrupulatnie zaczesanych do tyłu – kierownik hotelu i nocnego baru, udekorowanego tak, że i dzisiaj byłby to prawdziwy szyk mody. Szklana kula nad parkietem, na parkiecie eteryczna piosenkarka, przed nią tancerka, ubrana jedynie w cieliste rajstopy, za nią inna tancerka – głowę schowała w kloszu lampy, tańczy na stole dla grupki klientów.

Sztuczne światło spod sufitu maluje twarze ludzi raz na czerwono, raz na zielono. To kolory, które dotknęła pleśń. Jest naprawdę intrygująco i egzotycznie, jakby to był jakiś film noir albo obraz Hoppera, a przecież jesteśmy tylko w Peerelu. Kierownik zaczyna swoją opowieść, mówi coś o wyborach życiowych, aspiracjach, wróży przyszłość, odmierza minuty do katastrofy. Chce się go słuchać – facet w końcu wygląda jak Franek Kimono, gra go dawno niewidziany Piotr Fronczewski, charyzmatyczny aktor o niepodrabialnym głosie.
To jednak tylko prolog, który wpuszcza nas w maliny.

W pięciu właściwych odcinkach serialu „Rojst” Jana Holoubka pierwszoosobowy narrator milknie. Świat płowieje i gaśnie; tynk odpada od ścian, podnoszą się mgły. Szukając klucza estetycznego do „Rojstu”, Holoubek uciekł od gruboziarnistego realizmu dokumentu i od sepii, obowiązkowej dla nostalgicznych fabuł. Jesteśmy w świecie równocześnie konkretnym i na granicy sennego koszmaru. Zbyt dokładnie widać jego kontury, jak na fotografii w doskonałej rozdzielczości, oko nie jest do tego przyzwyczajone. Głowę lekko otumania parada skarbów peerelowskiego dizajnu, typografia sklepowych bilbordów, intensywność przyrody, jakby wycięty z papieru, idealnie geometryczny snop światła. Tak świat nie wygląda. Ale właśnie tak wygląda świat w najlepszych współczesnych serialach kryminalnych, jak „Top of the Lake” czy „The Killing” – jest doskonałą, hiperrealistyczną symulacją. Mroczną bajką, w którą chce się wejść.

„Rojst”

Gdy rozpływa się Monika Brodka, śpiewająca w prologu „Wszystko czego dziś chcę”, z głośników dobywa się głos Izabeli Trojanowskiej, za nią idą inne gwiazdy Telewizyjnej listy przebojów: Andrzej Rybiński, Rezerwat, Krystyna Prońko, Andrzej Zaucha. Skoro TLP, to wiadomo, że jesteśmy w latach 80., choć dokładnie nie wiadomo gdzie. Miasto jest małe, to w zasadzie miasteczko, znajduje się w nim jeden hotel, jedna gazeta, okala je las. Mówią, że nikt tu nie jest stąd, że kiedyś żyło tu wielu Niemców, więc w ciemno można zakładać Ziemie Odzyskane. W ciemno można też zakładać, że ten wątek jeszcze powróci w przyszłym sezonie, skoro te ziemie, całkiem dosłownie, parują od przeszłości. Jej więźniem zdaje się Witold Wanycz, gwiazda lokalnego „Kuriera”, dziennikarz ze skazą, trochę tchórz, trochę playboy, ulubieniec kobiet, które co rusz mówią mu: „obiecaj, że się dowiesz” albo „zabierz mnie ze sobą”. Wanycz jednak tych próśb nie zamierza spełniać, chce uciec jak najdalej, co najmniej do Berlina Zachodniego, ma już nawet dewizy i paszport. Plan się komplikuje, gdy milicja znajduje pierwszego trupa, a w redakcji zjawia się młody, ambitny dziennikarz – Piotr Zarzycki, który domaga się prawdy i sprawiedliwości. Wanycz prawdopodobnie odnajduje w nim siebie z młodości. I trochę mu wstyd, szczególnie że ma czego się wstydzić.

Dziennikarze zaczynają śledztwo równocześnie z dwóch końców, scenarzyści zgrabnie tę akcję równoległą zaplatają. Wprowadzają kolejnych świadków i podejrzanych, zaraz za nimi zjawiają się ich mieszkania: te z meblościanką, te wypucowane na biało, z małą japońską grafiką na ścianie, i te, w których cuchnie krwią, bo na dole są chlewnie. Miasteczko się rozrasta, a historia łamie się i rozgałęzia. Poszukiwanie prawdy okazuje się coraz bardziej problematyczne, nikt jej nie chce, ani naczelny gazety, ani prokuratura. A nie ma jeszcze internetu, żeby niechcianą prawdę wrzucić do sieci. Poza tym dwóch detektywów odciąga od misji ich prywatne życie – częściej buksują w miejscu niż udają się w jakiś pościg.

Każde spotkanie to nowa postać i nowa twarz. Dawno nie widziałem polskiego serialu tak dobrze obsadzonego jak ten. Ryzykowny zabieg, by w rolach głównych obsadzić dwóch Beksińskich z „Ostatniej rodziny”, okazał się udany – Seweryn doskonale sprawdza się w roli przedstawiciela prowincjonalnej elity, tchórzliwego inteligenta, uzależnionego od Polski, który lubi się trochę wynosić nad innych, o co tak naprawdę nie można mieć do niego pretensji, bo nic więcej oprócz tego hobby nie ma. Dawid Ogrodnik trochę się powtarza, znowu montując swojego bohatera z tików nerwowych i seksualnej frustracji, ale zaprzęga je tym razem do działania, a nie malowania klepsydr na drzwiach swojego pokoju. Równie dobrzy są Zbigniew Waleryś jako naczelny, który wygląda jak redaktor ze starego „New Yorkera” wizytujący biednych kuzynów z Polski; Zdzisław Wardejn jako uczciwy sierżant, z kurwą na ustach i siekierką w jednym ręku; Tomasz Schimscheiner jako kudłaty patolog w białych gumiakach i z kawałkiem bułki z serem w brodzie; Magda Walach jako kobieta, „której nie powinno się zdradzać”, wdowa po sekretarzu, znalezionego martwym w lesie obok prostytutki.

„Rojst”

W „Rojście” grają także w epizodach Michał Kaleta, Ewelina Starejki, Andrzej Kłak – fantastyczni aktorzy, do tej pory jakoś pomijani przez reżyserów. Można by jeszcze długo wymieniać. Szkoda tylko Fronczewskiego, który pojawia się w serialu tak rzadko, trzeba jednak przyznać, że jest on w „Rojście” na tyle charakterystyczny, że mógłby ukraść cały serial, reklamowany hasłem: „Witaj w polskim bagnie”. Kierownik kroczy po tym bagnie tak, jakby to była łąka – nieskazitelnie ubrany, małomówny, tylko ze śliwą pod okiem.

A bagno? Bez przesady, jest tu oczywiście szaro i brudno, ale gdzie nie jest. Dziennikarze może i nie mogą niektórych tematów dotykać, ale to też nie jest rzeczą jakoś specjalnie niespotykaną. Romanse, zdrady, kariery na trupach, bullying w szkole, zaślinieni wuefiści? Nic nowego pod słońcem, którego, to prawda, nie ma tu za wiele. To tylko małe miasteczko ze wszystkimi jego atrakcjami: duchotą zamkniętego świata, który nie daje zakwitnąć żadnej miłości i tępi odmieńców, obmawianiem, karierowiczostwem, złamanymi życiorysami, sadystami z policji, wódką, którą się płucze zęby przed snem, zawiścią, trupami pochowanymi w szafach i przybywającymi na chwilę gośćmi z wielkiego świata, którzy stawiają wszystkich do szeregu. Korci, żeby powiedzieć, że to małe miasteczko to po prostu pewien kraj nad Wisłą, ale twórcy nie rzucają się na tak grube uogólnienia. I dobrze.