Dzika Violette

Dzika Violette

Jakub Socha

Nie ma w „Violette” scen, które normalnie robią kino, scen, bez których nie może obejść się tak zwany film biograficzny. Wychodzi jednak na to, że może, i to całkiem świetnie

Jeszcze 1 minuta czytania

Niechciana wariatka. Bierze kamień i zamachuje się nim na swojego pożal się Boże partnera, Maurice’a Sachsa. Kiedy byli razem, nie zwracał na nią uwagi, interesowało go jedynie pisanie i faceci. Teraz odchodzi pospiesznie, bez żadnego wytłumaczenia, zostawiając ją samą jak palec. Sachs wsiada do autobusu, który zabierze go z prowincji, z dala od niepotrzebnej kochanki i niepotrzebujących jego miłości leśnych kłusowników, z powrotem do Paryża; rzucony w złości kamień głucho ląduje jakieś dwadzieścia metrów od celu. Tak właśnie wygląda życie Violette, Violette Leduc, francuskiej pisarki, bohaterki filmu Martina Provosta: jest ciągiem upokorzeń i odrzuceń, cyklicznym powrotem do punktu wyjścia, po którym następują napady szału i złości – trzaskanie drzwiami, zdzieranie z siebie ubrań, demolowanie półek sklepowych – nieprzynoszące ani satysfakcji, ani ukojenia.

„Musisz wrócić do rdzenia, tam, gdzie wszystko się zaczęło”, radzi Violette Simone de Beauvoir, jej mentorka, a zarazem obiekt nigdy nieodwzajemnionych uczuć. Violette nie chce tam wracać, zresztą trudno się dziwić. Bo do czego tu wracać? Do matki, która nigdy cię nie chciała, do ojca, którego nigdy nie widziało się na oczy, do własnej niechcianej ciąży, do przemocy ze strony mężczyzn, do biedy, do złamanego serca? Provost staje w filmie poniekąd po stronie swojej bohaterki. Nie ma w „Violette” scen, które normalnie robią kino, scen, bez których nie może obejść się tak zwany film biograficzny. Wychodzi jednak na to, że może, i to całkiem świetnie. Nie widzimy, skąd Violette się wzięła, nie widzimy dziecięcych, młodzieńczych krzywd, trudnych początków, tego wszystkiego, co przyczyniło się do tego, że jest teraz tym, kim jest. Te obrazy trzeba sobie zbudować ze strzępów rozmów, niejasnych opowieści, wreszcie z fragmentów książek Leduc, które są czytane zza kadru.

„Violette”, reż. Martin Provost.
Francja, Belgia 2013,
w kinach od 15 sierpnia 2014 
„Artyści życia”, „agenci chaosu”, pisał o bohaterach Alberta Cossery’ego Jan Gondowicz. Zarówno jedno, jak i drugie określenie idealnie pasuje do Violette Provosta. Ktoś pewnie mógłby powiedzieć, że wręcz przeciwnie, że bohaterka grana przez Emmanuelle Delos – nie za ładna, niezbyt młoda – to tylko wrzaskliwa, przegrana desperatka, która sama nie wie, czego chce i nie umie o siebie zadbać. Desperatka, która nie osiągnęłaby nic bez wsparcia de Beauvoir, wykorzystującej podopieczną we własnej grze z patriarchatem. Na tle de Beauvoir, kostycznej, chłodnej, zamkniętej w swoich pięknie umeblowanych paryskich mieszkaniach, otoczonej książkami, zawsze poważnej, zawsze na pierwszej linii ideologicznego frontu, Violette jednak błyszczy. Odcina się wyraźnie od tła – od swojej epoki, od przeróżnych koterii, od ról, w które wpycha społeczeństwo, od artystycznego światka. Jest w ruchu, nie daje się pochwycić; biegnie, goni za miłością; „jest wszystkim czego nie ma / furtką bez ogrodu”. Mówi o sobie: „Niewydarzona, spaczona, bez miłości, bez pieniędzy, bez niczego”. Ale równocześnie właśnie ona – pisarka niezawodowa, niemieszkająca w bibliotece, wśród fiszek i cytatów, uwikłana w nieszczęśliwe związki, przesiadująca godzinami w swojej zawilgoconej ruderze, niepracująca i niechciana – jest wśród wszystkich bohaterów najbardziej wolna. Prawdziwa buntowniczka, która sieje wiatr i zbiera burze; może nieogarnięta, ale na pewno niewygodna i fascynująca.

De Beauvoir, patrząc z perspektywy czasu na jej życie, mówi dziennikarce w radiu, że oto prawdziwy przykład zbawienia przez literaturę. Nic bardziej błędnego. Violette nie osiąga zbawienia, tylko spokój. I nie dzięki literaturze, ale małemu domkowi w Prowansji, który udało jej się podnająć za grosze. Fakt, w końcu zostaje doceniona, otrzymuje nawet nagrodę Goncourtów, Provost jednak podaje tę informację jakby mimochodem, świadom, że sama nagroda o niczym nie stanowi i nie jest niczego dowodem. Równocześnie uchyla się od jednoznacznej odpowiedzi, dlaczego Violette w ogóle pisze. Pokazuje jedynie impulsy, jedne bardziej wzniosłe, inne mniej, które ją ku pisaniu popychają. 

Choć „Violette” rozgrywa się praktycznie w całości wśród francuskiej bohemy, w tamtejszych kawiarniach, garsonierach i domach wydawniczych, nie ma w niej nic natarczywego. Nic z egzaltacji, żadnych wielkich słów, żadnego paryskiego spleenu. Może właśnie przez to przypomina mi ona trochę „Papuszę” i „Mojego Nikifora”, dwie nieoczywiste biografie Krzysztofa Krauzego i Joanny Kos-Krauze. Jest w filmie Provosta podobny szacunek wobec bohatera, z którego życia nikt nie próbuje zbijać ładnej dramaturgicznej drabinki, nie zagarnia go w może i pomysłowe, ale zawsze płaskie schematy. Francuz obserwuje Violette z fascynacją, ale z dystansu, zostawia jej sporo miejsca, a potem zwyczajnie pozwala jej uciec.