W Stalingradzie nuda

W Stalingradzie nuda

Jakub Socha

Na plakacie do „Stalingradu” bohaterowie zostali rozmieszczeni tak, jak na plakacie do „The Avengers”. Filmu Bondarczuka nie sposób jednak porównywać z tym, co zrobił Whedon, i to nawet nie dlatego, że trudno porównywać komiksowych herosów z grupką dziarskich, porządnych radzieckich wojaków

Jeszcze 1 minuta czytania

Mówią, że w książkach najważniejsze jest pierwsze zdanie. A w filmach – czy w filmach liczy się tak naprawdę pierwsza scena? Gdyby tak było, mielibyśmy do czynienia z prawdziwym zjawiskiem. Pierwsza scena „Stalingradu” Fiodora Bondarczuka, filmu opowiadającego o bitwie o Stalingrad, nie rozgrywa się ani w Stalingradzie, ani nawet w latach 40. XX wieku. „Stalingrad” rozpoczyna się we współczesnej Japonii, w 2011 roku – tuż po trzęsieniu ziemi.

Jest miasto. Miasto w ruinie. W ruinach uwięziona zostaje grupa niemieckich turystów, na ratunek której ruszają rosyjscy ratownicy. Pozostało niewiele czasu i tlenu, życie Niemców jest zagrożone. Trzeba ściągnąć ciężki sprzęt, ale nie wolno uwięzionych pod ziemią zostawić samych. Musi przy nich ktoś być, musi do nich ktoś mówić, żeby rozproszyć ich strach. Ale czy naprawdę musi to być Rosjanin, który chce dowieść, jak bardzo niesamowita jest Słowiańszczyzna? Tym pod gruzami przydałby się spokój, a nie opowieść o rzeźni, bestialstwie drużyny Hitlera i bohaterstwie drużyny Stalina.

Poczęty pod Stalingradem bard, dziecko samotnej dziewczyny, ukrywającej się w bombardowanym przez Niemców mieście, i pięciu radzieckich żołnierzy, którzy w listopadzie 1942 roku zajęli jej dom (dom o kluczowym znaczeniu dla przebiegu dalszych walk), wybiera dobry moment na opowieść. Wie, że nikt przed nią nie ucieknie, nikt ze słuchaczy nie przerwie mu, krzycząc: „przecież znamy tę historię, sami nakręciliśmy w Niemczech na jej podstawie film, było to niecałe dwadzieścia lat temu. Film się nazywał «Stalingrad»”. Nikt mu się nie odgryzie: „Może i przegraliśmy tamtą wojnę, może i siedzimy teraz w pułapce, ale tak dobrego filmu o Stalingradzie, jak nasz, nie udało się wam nakręcić, i pewnie jeszcze długo nie uda”. Turyści muszą oszczędzać tlen, ratownik gada. Gada, ale szybko traci wiarygodność. Mówi, że opowiada historię z pierwszej ręki, że to wszystko naprawdę się wydarzyło jego matce i pięciu ojcom (żadnych scen seksu w filmie nie ma, można zakładać, że mamy tu do czynienia z niepokalanym poczęciem oraz ojcostwem zastępczym). Jeśli tak, to dlaczego pojawiają się w niej scenki z życia niemieckiego oddziału, który próbuje odbić zajęty przez Rosjan dom? Skąd wiadomo o konflikcie wśród Niemców, o kochance oficera Wehrmachtu? Miała mama peryskop? Dysponowała inną aparaturą szpiegowską? Pytania mnożą się, jedno po drugim, ale, jak wiadomo, turyści nie mogą ich zadać. Muszą słuchać. I jeszcze potem dziękować.

Całe szczęście, że Bondarczuk zrobił film, a nie słuchowisko. Gdyby było to tylko słowo, trudno byłoby tę opowieść wytrzymać, choć i tak łatwo nie jest. Smęci ratownik, z jego opowieści wynika, że w Stalingradzie musiało być strasznie nudno, co możliwe; gorzej, że nudna jest też opowieść. Żołnierze siedzą na workach z piachem, celują do wroga. Trochę się kłócą, trochę próbują podrywać jedyną lokatorkę domu. Raz na jakiś czas odeprą niemiecki atak, a potem znowu – siedzą na workach, trochę się kłócą, trochę próbują podrywać. Kłócą się o to, czy Niemcy są bydlakami i o to, jak z bydlakami należy walczyć. Podrywają bez werwy – pragnienie jest wyraźnie spętane przez radziecki mundur. U Niemców też spokój – jedzenie, uganianie się za dziewczyną, motywowanie się do zdobycia domu, a potem odwrót. Poza tym ruiny, bieda, nicość. Monotonię przerywają tylko strzały i wybuchy, ewentualnie aria operowa, którą w jednej ze scen wyśpiewuje radziecki żołnierz niemowa.

„Stalingrad”, reż. Fiodor Bondarczuk.
Rosja 2013, w kinach od 29 listopada 2013
Całość odwołuje się zresztą do bardzo konkretnego wzorca. Na plakacie do „Stalingradu” bohaterowie zostali rozmieszczeni tak, jak superbohaterowie na plakacie do „The Avengers”. Film Bondarczuka, choć dystrybuowany przez amerykańskiego potentata, nie sposób jednak porównywać z tym, co zrobił Whedon, nawet nie dlatego, że trudno porównywać komiksowych herosów: geniusza i milionera, który fruwa po niebie w metalowej zbroi, naukowca, który zdenerwowany zamienia się w wielką zieloną bestię, wreszcie boga, który przybył na ziemię z kosmosu, z grupką dziarskich, porządnych radzieckich wojaków. Chodzi raczej o umiejętność kuszenia. Świat „The Avengers” jest spójny, a spektakl energiczny i konsekwentny, a równocześnie podszyty – niewinną, bo niewinną, ale jednak – ironią. Bondarczuk natomiast zapomina, że to tylko kino. I choć widać, że przy „Stalingradzie” dysponował sporą ilością rubli, nie potrafi zamienić ich na energię. Nie wie, jak zintegrować różne elementy i jak podporządkować sobie pirotechników i scenografów. Opowieść, boleśnie schematyczną i przerażająco podniosłą, przerywają co chwila przypadkowe pasaże wybuchów i ujęć zniszczonego miasta. Nie ma w nich ani grozy, ani sensu. Są tylko wygładzone w komputerze piksele. I choć film przepełniony jest myślą, że gdyby nie Rosjanie, którzy pokonali Niemców i wygrali tamtą wojnę, to nas by w ogóle dzisiaj nie było, wychodzi się z niego z inną myślą dziękczynną: całe szczęście, że to Amerykanie mają Hollywood, a nie Rosjanie.