Amerykański Joe

15 minut czytania

/ Media

Amerykański Joe

Paulina Domagalska

Prowadzi swój podkast od 2009 roku, w połowie lipca opublikował 1507 odcinek. Joe Rogan jest najpopularniejszym podkasterem w internecie. Dobór gości dobrze ilustruje jego podejście do wolności słowa: człowiek powinien móc powiedzieć wszystko

Jeszcze 4 minuty czytania

Opisywanie zjawisk poprzez liczbę odsłon na YouTubie czy zasięgi w mediach społecznościowych to czasem przejaw lenistwa. Jeżeli odpowiednio skalibrować skalę, o wszystkim można napisać jako o „zjawisku w internecie”. I na chwilę powołać do życia nowe trendy na życzenie – dziwne żaby na Instagramie, ciasta w kształcie torebek, przerwę między udami, wyjmowanie rzeczy z opakowań.

Ale najwyraźniej Joe Rogan jest najpopularniejszym podkasterem w internecie. Lub na świecie – granica jest niejasna. Oczywiście wynik w rodzaju 35 milionów odtworzeń trwającego ponad dwie i pół godziny wywiadu z Elonem Muskiem (tylko na YouTubie, nie licząc ściągnięć w apkach) nie jest unikalny. Podobnie, jeśli nie bardziej, klika się filmik z pandą, która głośno kicha. Ale niepodważalna sława Rogana w internecie przekłada się na namacalne konsekwencje także w innych obszarach rzeczywistości niż trójkąt bermudzki naszego życia – bezprzewodowy internet, smartfon, słuchawki.

„Podkast”, wraz z rozrastaniem się rynku, zaczął być pojęciem tak precyzyjnym jak „gazeta”, „serial” czy „muzyka” („Czego lubisz słuchać? Muzyki”). Istnieją podkasty narracyjne (czyli zredagowane, zamknięte serie reportażowe, historyczne bądź fabularne) i cała reszta – cykliczne regularne monologowanie, wywiady, rozmowy prowadzone w duecie itd. Istnieją też audycje radiowe, które po opublikowaniu w sieci zyskują nazwę podkastu. W przypadku tego szwedzkiego bufetu treści elementem różnicującym jest finansowanie: albo przez całą strukturę, z redaktorem, dyrektorem i radą nadzorczą, albo oddolnie. To, czy podkast jest realizowany w ramach instytucji, czy ktoś postanowił kupić mikrofon na Amazonie i wykleić piwnicę opakowaniami po jajkach, wpływa na poruszane tematy, status podkasterów i ich publiczność.

Joe Rogan jeszcze do niedawna należał do tej drugiej kategorii. Joe z flagą Ameryki rozwieszoną za plecami w studiu nagraniowym. Joe, który jest wymarzoną postacią do opisów pełnych pobłażania i przymiotników rzucanych z pogardą. Niski umięśniony koleś, który wygląda, według lewicowego stereotypu, jakby z tylnej kieszeni spodni miał zaraz wyciągnąć czerwoną czapeczkę z napisem „Make America Great Again”. Przez chwilę zawodowo uprawiał sztuki walki, karierę zrobił na prowadzeniu reality show „Fear Factor”, w młodości grał w popularnym serialu „NewsRadio”, jest komikiem, komentuje walki MMA, na obiad je steki z łosia, którego sam zabił, a lata temu w jego podkaście produkty reklamowała firma Fleshlight (tylko jedna literka dzieli tę nazwę od latarki, a różnica w zastosowaniu produktu jest zasadnicza). I coś dla fanek śmiesznych zwierzaków w internecie – ma psa, a jego pies ma profil na Instagramie.

Od pewnego czasu czegokolwiek na temat Rogana dowiesz się tylko od niego samego. Nie udziela wywiadów (kojarzę dwa wyjątki, które zrobił dla swojej znajomej) i nie odpowiada na prośby o komentarz. Jest w tym spryt marketingowca – żeby dowiedzieć się, co myśli, trzeba posłuchać kolejnego odcinka. Jest tu też coś z wytrwałości sportowca, żeby na oskarżenia o izmy i fobie nie odpowiedzieć z podobną intensywnością. Ba, nie odpowiedzieć wcale, w skupieniu dalej robić swoje. Ale czy to niechęć, nieufność, brak zainteresowania czy jakiekolwiek inne emocje towarzyszące strategii świadomego ignorowania mediów mainstreamowych – ta odmowa tłumaczenia się wskazuje na nową siłę w życiu publicznym.


Medialny blackout nie wynika z ważenia słów, umiaru czy powściągliwości. Podkast Rogana to nieustający strumień mówienia, nadmiar ekspresji, linki odsyłające do tak rozwlekłej zawartości, że ze współczuciem myślę o serwerowniach, które muszą to wszystko przechować. Słuchanie Rogana regularnie, w całości, bez przewijania powtarzalnych wątków to fanowski test wiary. Ostatnio w drugiej godzinie odcinka Rogan i jego gość, komik Bill Burr, zaczęli rozmawiać o samochodach, a rozmowa polegała na niestrudzonych próbach przypomnienia sobie nazw aut, których mimo szczerych chęci nadal nie pamiętali, próśb do realizatora dźwięku, żeby guglował im zdjęcia, i wymianie myśli, czy jakiś model samochodu jest fajny czy niefajny. Nawet globalna epidemia nie sprawiła, że byłam w stanie wytrwać do końca.

Ale jak już jest się w tej chawirze, gdzie w kącie można znaleźć miotacz płomieni (prawdziwa historia), to trzeba jakoś się po niej poruszać. Rogan prowadzi swój podkast od 2009 roku, w połowie lipca opublikował 1507 odcinek. W wersji minimum odcinek trwa przynajmniej godzinę, w wersji maksimum – pięć. Oznacza to, że licząc oszczędnie, ktoś mógłby słuchać nagrań Rogana cały dzień i całą noc przez bite 94 doby. Rogan lubi zapraszać do siebie znajomych – przede wszystkim komików, ale też dziennikarki, autorów książek czy badaczy. Regularnie prowadzi rozmowy z zawodnikami MMA. A główne kryterium doboru gości to jego ciekawość. Odwiedzili go Jon Ronson (napisał m.in. książki „#WstydźSię!” i „Them”), Andrew Yang (ubiegał się o nominację demokratów na kandydata na prezydenta USA, postulował wprowadzenie dochodu podstawowego) i Edward Snowden (sygnalista, który ujawnił inwigilację przez NSA) oraz wielu różnych typów, którzy w domach mają specjalne półeczki na czapki z folii aluminiowej.

Ja poszłam najpierw tropem nazwisk, które znałam (bo takie piosenki lubię). Odsłuchałam więc na przykład dwie rozmowy z Elonem Muskiem, podczas których przypomniałam sobie, że niemal każdy człowiek wypada lepiej w rozmowie niż w 280-znakowych komunikatach na Twitterze (pisanych czasem capslockiem, co dodaje dramatyzmu telegraficznemu trollingowi Muska). Odsłuchałam rozmowę z Jonem Ronsonem i zobaczyłam, jak to jest niczym się nie przejmować: Rogan przyznał obojętnie, że nie przeczytał jego książki, co z kolei u gościa z Wielkiej Brytanii spowodowało falę zapośredniczonego wstydu. Posłuchałam wszystkich pięciu rozmów Rogana z Jordanem Petersonem, którego amerykański Joe lubi szczególnie. I chociaż wiem, że powinnam odczuwać oburzenie na dźwięk tego nazwiska, z rozmów zapamiętałam głównie, że Peterson ma intensywny stosunek do obecności mięsa w diecie oraz mówi obolałym głosem człowieka, który dużo wycierpiał, tak przez faktycznie trudne sytuacje życiowe, jak i przez rzeczy wykrzykiwane w jego kierunku przez lewicowych studentów.

Kiedyś pewnie odsłucham prawie pięciogodzinną rozmowę Joe z Alexem Jonesem, który dla Rogana jest przyjacielem i jako taki zasługuje według niego na drugą szansę. Tylko że dla większości Alex Jones, twórca strony InfoWars, jest krzyczącym ziemniakiem, oskarżającym o kłamstwo rodziców, którzy stracili dzieci w strzelaninie. Człowiekiem, który może nosić na piersi odznakę „Jestem autorem teorii spiskowej na temat Sandy Hook i było to za dużo nawet jak na amerykańską wolność słowa”. Więc kiedyś może poświęcę te pięć godzin z życia, ale jeszcze nie teraz.

Dobór gości dobrze ilustruje podejście Rogana do wolności słowa, wartości rozumianej przez niego absolutnie: człowiek powinien móc powiedzieć wszystko. Ludzie są w stanie samodzielnie ocenić wady i zalety pomysłu czy światopoglądu. Na „złą” mowę – mowę nienawiści, kłamstwa, teorie spiskowe, skrajne poglądy – odpowiedzią jest tylko więcej mowy, nie moderowanie treści. Ta postawa to podstawowy powód niechęci odczuwanej do Rogana – część ludzi w niczym nieskrępowanej wolności słowa widzi zagrożenie (od brutalizacji języka debaty publicznej po możliwości, jakie dają analiza danych i targetowanie w mediach społecznościowych) i po cichu marzy, żeby Twitter zawiesił konto prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Gdyby ktoś szukał klucza do popularności Rogana, nie znalazłby go po odsłuchaniu jednego odcinka. W to trzeba się zapaść, jak w przyjaźń na wakacyjnym wyjeździe autostopem z kolegą. Zwolennicy Joe uważają, że robi dobre wywiady, ale to zwykłe ciągnące się rozmowy, jakie można prowadzić przy piwku i blancie (zmiana, którą przynoszą podkasty: żegnajcie, ustrukturyzowane wywiady „starych mediów”, które wymagały warsztatu, researchu i zwięzłości). Rogan nie zaprasza ludzi po to, by ich przepytywać, kontrować, weryfikować, co mówią. Z taką samą sympatią i otwartością wysłucha libertarianina i socjalisty. Daje słuchaczom poczucie, że i oni mają kolegę, który jest fajny, wie, o co chodzi, i nie owija w bawełnę. W tę autentyczność wpisują się głupie żarty, też takie, których już „nie wypada mówić w 2020”, dłużyzny, wspólne oglądanie śmiesznych filmów z YouTube’a, rozważania, czy Trump jedzie na amfetaminie, i kostki lodu brzęczące w szklance whisky.

W końcówce 2019 roku cała uwaga za oceanem była skupiona na demokratach, którzy próbowali wybrać kandydata na prezydenta. Ten spektakl zdominował newsy, memy i skecze w „Saturday Night Live”. Rogan, którego zasięg dla polityków bijących się o każdą minutę w mediach był nie do pogardzenia, porozmawiał wtedy z Berniem Sandersem, Andrew Yangiem i Tulsi Gabbard (odmówił zaś ugoszczenia, mimo składanych ofert, Joe Bidena, Pete’a Buttigiega i Elizabeth Warren). Jakiś czas później powiedział, że rozważa oddanie głosu na Sandersa. Sztab wykorzystał dobre słowo od gościa, który ma ponad 9 milionów subskrybentów na YouTubie, i zrobił z tej wypowiedzi klip wyborczy, co dla osoby, która wciąż czyta gazetę w wydaniu papierowym, mogłoby brzmieć jak puenta tej historii. Puentą była jednak fala oburzenia w mediach społecznościowych i ze strony lewicowych publicystów – jak mógł Bernie? Jak mógł Joe? Główny zarzut dotyczył stosunku Rogana do niektórych praw osób transpłciowych. Część zwolenników Sandersa uznała, że ich kandydat nie może korzystać z poparcia osoby, z którą się nie zgadzają.


Nie ma co się czarować. Elementem magnetyzmu amerykańskiego Joe jest to, że można u niego usłyszeć rzeczy, które aktualnie już kłują w uszy. A mówiąc językiem aktualnej debaty: Roganowi nie zawsze jest po drodze z ideą poprawności politycznej. W wojnie kulturowej zajmuje pozycję obserwatora, odnosząc się często krytycznie do rodzącego się nowego konsensusu społecznego. Wyśmiewa aktywizm hollywoodzkich celebrytów. Uważa, że w mediach społecznościowych nie powinno być kontroli treści. Jest zdania, że komicy są po to, by testowali granice tego, co wolno powiedzieć. Rozmawia z każdym. Chociaż ma częściowo liberalne poglądy, ucieleśnia wiele z tego, co jest już nie do zniesienia dla progresywnego liberała. 

Ostatnio pojawił się o nim żart, że jest szefem wszystkich „skasowanych”. Bo w kulturze, gdzie – jak twierdzą jedni, choć drudzy to wyśmiewają – za wyrażenie niewłaściwego poglądu można mieć „skasowaną” karierę i w porywach życie prywatne, on nagrywa kolejne odcinki. Dwa lata temu Bari Weiss w „New York Timesie” opisała grupę osób publicznych, które krytykują część myśli progresywnej – głównie politykę tożsamości. Znalazł się tam też Rogan. Nazywa się to intelectual dark web, co mogło być przyczyną niejednego zawodu, bo nazwa brzmi jak zapowiedź czegoś ekscytująco nielegalnego, podczas kiedy temu dark webowi bliżej akurat do konstrukcji jajowaru – parę główek siedzi i gotuje się w kilkugodzinnej rozmowie.

Bari Weiss pisze, że ich dzieł z powodu objętości nikt nigdy nie odsłucha w całości. Główna tendencja ma polegać na szukaniu sojuszników w rozmowie, nie poglądach (chociaż, umówmy się, zbieżne poglądy wcale im nie wadzą). W tym gronie, jak i w każdym innym, znajdą się osoby, które lubią uperfumowaną ksenofobię wszelkiej maści. W ramach rekonesansu trafiłam na podkastera, który lubi sobie ponarzekać na zagrożenie, jakie niosą islam i migracja; a jednocześnie nie słyszałam chyba wcześniej prowadzącego tak autentycznie otwartego na kontrargumenty, gotowego do spokojnej rozmowy i chętnego do wysłuchania drugiej strony. W końcu żyjemy w epoce postironii.

Podkasty polityczno-społeczne odpowiadają na każdą niszę, istnieje nawet podkast dwóch lewicowych (chociaż to określenie umowne) dziewczyn, które zachwycają się stylizacjami modowymi Steve’a Bannona. I podkast osób „skasowanych”. Rogan takiej silnej identyfikacji unika. U amerykańskiego Joe, jak sama nazwa podkastu – „The Joe Rogan Experience” – wskazuje, chodzi o doświadczenie, miłe gadanie, życie, wspominanie, jak to kiedyś w klubie komediowym coś tam. Polityka jest obecna mimochodem. A od czasu do czasu Rogan sięga po ruch, który zna każda nieśmiała osoba próbująca odciągnąć od siebie wzrok, choć oczywiście on robi to z innego powodu: powtarza, że to tylko podkast, który nigdy nie miał aż tak urosnąć, a tak poza tym to jest zwykłym głupkiem.

Jest coś złośliwego w tym, że prasę najpierw zrujnowała zwięzłość mediów społecznościowych i szybkość, jaką dał internet, a teraz podgryza ją jego pojemność. Najlepiej napisany esej nie przyniesie tego samego co dwugodzinna rozmowa, w której ktoś powie coś, czego nie powinien. Przejęzyczy się, zażartuje, przeklnie, zwierzy się, zacznie dziesiątą dygresję, a myśląc na szybko o pytaniu, którego się nie spodziewał, zaproponuje pięć niedopracowanych hipotez. I tak co tydzień. Żadna najbardziej otwarta gazeta nie dorówna takiemu boisku myśli, takiej odautorskiej idiosynkrazji, w żadnej (mam wciąż nadzieję) nie znajdziemy takiego strumienia świadomości i tylu niezweryfikowanych informacji. Najbardziej zrezygnowany redaktor by tego nie puścił. Ale czy to nie brzmi jak spełnienie jakiegoś marzenia? Wymiana myśli, dłubanie w szczegółach, negocjowanie kształtu rodzących się idei, gotowość do debatowania i mylenia się, wycieczki w nieznane. Oraz słuchacze, którzy chcą w tym wszystkim uczestniczyć.

Na koniec i tak wszystko zamienia się w przemysł, a zanim rynek się nasyci, każda niezagospodarowana emocja będzie coś warta. Podkasty to prawdziwy rynek prosumentów. W maju podkast Rogana został kupiony przez Spotify za 100 milionów dolarów. Tak jak kiedyś programiści w garażach, tak teraz podkasterzy w piwnicach mają kogo nienawidzić i o kim śnić. Chociaż i wpłaty na Patreonie krzepią. Lewicowo-problematyczny podkast „Chapo Trap House” zarabia w ten sposób prawie 160 tysięcy dolarów miesięcznie.

Dzięki podkastom można więc sobie wykarmić i umocnić najbardziej kapryśny światopogląd. Nie jestem tylko pewna, czy nowo odkryta miłość do dźwięku to znak, że dojazdy do pracy zabierają nam aż tak dużą część dnia. A może naszych oczu mocniej przykleić do ekranów już się nie da, więc teraz pora na wykorzystanie możliwości, jakie dają słuchawki w naszych uszach.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).