Derrida na Filtrowej
Faces Every Day / CC BY 2.0

22 minuty czytania

/ Obyczaje

Derrida na Filtrowej

Renata Lis

Schodzimy się jedno po drugim. W końcu zostajemy sami. Scena w mieszkaniu na Filtrowej wydaje się egzotyczna. Prawdopodobnie była to jedna z wielu rozproszonych chwil, w których rodził się współczesny polski feminizm

Jeszcze 6 minut czytania

Pamiętam taką scenę. Koniec lat 80. Kolonia Staszica na warszawskiej Ochocie, piękne mieszkanie na parterze willi z ogrodem. Jestem lub niedługo będę pełnoletnia, ale nigdy wcześniej nie widziałam, że można tak mieszkać – znałam dotąd tylko bloki, w których od urodzenia płynęło moje życie, i stare kamienice na Szmulkach, w których mieszkało parę moich szkolnych koleżanek, czasem z bardzo dysfunkcyjnych rodzin, jak M., której ojciec alkoholik pewnego razu spalił zeszyty, a wychowawczyni prosiła, żebyśmy przynosili jej kanapki. Więc – oszołomienie.

Mieszkanie należy do Jarosława Rymkiewicza, a ja przyszłam zaproszona przez jego syna – na spotkanie z naszą rówieśniczką Agnieszką Graff, która właśnie przyjechała ze Stanów i zgodziła się wziąć udział w intelektualnej domówce dla kilkorga koleżanek i kolegów. Schodzimy się jedno po drugim, podczas gdy gospodarz z żoną zbierają się do wyjścia, dyskretnie lustrując gości syna. W końcu zostajemy sami – rozsiadamy się wygodnie, Agnieszka wyjmuje notatki i zaczyna wykład. Filozofia różnicy Derridy. Znów oszołomienie.

Nigdy wcześniej nie słyszałam o filozoficznych implikacjach różnicy seksualnej. W moim liceum szczytem intelektualizmu był przedwojenny katastrofizm, najróżniejsze zmierzchy Zachodu, białe plamy w historii i literaturze oraz polityczne antyutopie. W najlepszym razie „walczyliśmy z komuną”, na złość dyrektorce urządzaliśmy ciche przerwy w rocznice śmierci Grzegorza Przemyka i czytaliśmy zakazaną prawdę o Marcu’68 w odbijanym na powielaczu szkolnym piśmie „Siedemnastka”. Co bardziej pyskatych kolegów dyrekcja szantażowała zesłaniem w kamasze, a wszystkich nas niezależnie od płci próbowała prośbą i groźbą zmusić do udziału w pochodzie pierwszomajowym. To był horyzont naszego życia. O wolności innej niż polityczna nikomu z nas się nie śniło, chyba że bardzo mgliście, choć w wakacje niektórzy odgrywali hippisów na przepustce z Babilonu. I mimo że, naturalnie, byliśmy świadomi istnienia różnic seksualnych, to świadomość odrębności kobiecego losu, tego wszystkiego, co dzisiaj nosi nazwę herstorii, była wśród nas bardzo ograniczona i nie prowadziła do żadnych ogólniejszych wniosków. Owszem, widziało się, jak instrumentalnie rewolucjoniści traktują kobiety, choćby w „Gorączce” Agnieszki Holland, ale były to obserwacje izolowane i niepasujące do symbolicznej całości, w której byliśmy zanurzeni, więc pozornie uniwersalny dyskurs męskiego patriotyzmu nie zmieniał się od nich ani na jotę.

Oglądana od tej strony scena w mieszkaniu na Filtrowej wydaje się egzotyczna. Prawdopodobnie była to jedna z wielu rozproszonych chwil, w których rodził się współczesny polski feminizm – ten nasz, dzisiejszy, po ‘89 roku. To wtedy na chłonny grunt padło pierwsze ziarno. Dzisiaj oczywiście widzę, że można na tę scenę spojrzeć też złośliwie – bo czyż nie jest mimowolnym obrazem słabości i ograniczeń sporej części tego feminizmu, widocznych już w fazie zalążkowej, nawet jeśli bijący w oczy elitaryzm tamtego zebrania redukuję swoją obecnością ja sama, beneficjentka bezpłatnej edukacji i socjalistycznej polityki wyrównywania szans, która w innych okolicznościach nigdy nie trafiłaby do dobrej śródmiejskiej szkoły? Ale to temat na inny tekst. Tutaj poprzestanę na prostym świadectwie.

Piękna roślina gender

Mam taką książkę: „Od kobiety do mężczyzny i z powrotem. Rozważania o płci w kulturze”. Zbiór szkiców pod redakcją Jolanty Brach-Czainy – plon jej seminarium prowadzonego w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN, w którym ja też uczestniczyłam. Wczesne prace Joanny Bator, Anety Górnickiej-Boratyńskiej, Agnieszki Graff, Beaty Kozak, Joanny Mizielińskiej, Sławki Walczewskiej... Moje teksty są dwa: o „Chorym na śmierć” Marguerite Duras i o niewidzialnych polskich lesbijkach (z dziecinnym i nadal aktualnym wyrzutem pod adresem Izabeli Filipiak, „że napisała, iż nie kocha już kobiet, zanim naprawdę opisała, jak je kocha”). Książka wyszła w 1997 roku. Od spotkania na Filtrowej minęło raptem kilka lat, nawet nie dziesięć. Zrobiłam w tym czasie maturę i (z małym poślizgiem) skończyłam studia.

Kiedy dzisiaj wyciągam tę papierową cegłę z mojej mniejszej biblioteki (trzymam w niej tylko to, co bliskie sercu) i ważę ją w dłoni, wizualizuje mi się Sorokin, który dwuznacznie mruga, że może by na tym „drewnie” upiec jakąś pieczeń – jak w „Manaradze”, którą właśnie czytam. Odganiam go jak hologram. Za wcześnie – jeszcze nie grillujemy na książkach, nazywając to czytaniem. Inna sprawa, że o swojej głównej bibliotece, tej na całą ścianę w największym pokoju, myślę jak o zasobie energii na czarną godzinę – kiedy wyczerpią się paliwa kopalne, a smog na zawsze zakryje słońce, palenie książek pozwoli przynajmniej się ogrzać. Nie odziedziczyłam tej biblioteki, tylko ją uzbierałam – w czasach, kiedy uważałam, że każdy powinien żyć jak Maria Janion, to jest gromadzić książki dopóty, dopóki nie spadnie z nimi do sąsiadów z dołu. Kupowałam więc i przyjmowałam w darze. Dzisiaj bym tego błędu nie popełniła.

Swoją drogą, ciekawe, co na antologii Brach-Czainy upiekliby book’n’grill chefs Sorokina – steku na pewno nie, bo to nie klasyk w twardej oprawie, łabędzich piersi też nie, bo te dochodzą tylko na „Doktorze Żywago”, ale doradę i szaszłyki z sezonowych warzyw? Pożywne i zdrowe danie fusion z kolorowym twistem, ładnie zrumienione na genderze...

Ta książka to też świadectwo: zapisał się w niej moment, kiedy ziarno wykiełkowało, zapowiadając mocną i piękną roślinę. Druga połowa lat 90., czas wielkiego intelektualnego ożywienia i niebywałego entuzjazmu, z jakim wkraczaliśmy na nowe obszary, które otwierała przed nami kategoria płci kulturowej. Z nieoczekiwanej perspektywy oglądaliśmy historię, literaturę, sztukę i życie społeczne z jego aktorami, dziwiąc się własnym i cudzym łuskom na oczach. „My”, czyli głównie dziewczyny i paru chłopaków, bo taki był skład większości genderowych seminariów, które oprócz innych zajęć oferowała nam Szkoła: silnie sfeminizowany. Nie przypadkiem – kategoria gender zawsze i wszędzie najwięcej daje młodym kobietom i każda z nas czuła, jak wychodzi mentalnie na otwartą przestrzeń wolności, suwerenności i wyboru, jak zaczyna swobodnie oddychać i odzyskuje własne życie. Zresztą nie tylko własne – w czasie tamtych studiów miałyśmy przed oczami także nasze matki i babki, często ofiary konserwatywnych przyzwyczajeń polskiej kultury, zwłaszcza opartej na nierówności instytucji rodziny, i tamtą pracę intelektualno-egzystencjalną wykonywałyśmy także za nie i dla nich. Ja – dla mojej babci, która nie mogła studiować architektury, choć o tym marzyła. I dla mamy. 

Każda z nas miała też koleżanki, które uwierzyły, że obecność kobiet w sferze publicznej to komunistyczna przemoc, z którą w „wolnym kraju” należy skończyć, i po studiach zamknęły się z dziećmi w domu, całkowicie rezygnując z autonomicznych źródeł dochodu. O nich również myślałyśmy na naszych seminariach, bo choć Alfonso Cuarón nie nakręcił jeszcze „Romy”, my i tak wiedziałyśmy, że w patriarchalnej kulturze kobieta, cokolwiek by jej mówili mężczyźni, zawsze jest sama.

Nie tylko chciałyśmy – chcieliśmy – zmieniać świat, ale też wierzyliśmy, że jest to możliwe – dość naiwnie, przyznaję, uważaliśmy, że sprawiedliwość i mądrość muszą zwyciężyć. Spontanicznie powstawały artykuły, książki, pisma i organizacje, które stawiały sobie za cel równouprawnienie kobiet i mniejszości seksualnych: polityczne, społeczne i kulturowe. Narastał ferment intelektualny, zaczynała się oddolna rewindykacja zagłuszonych tradycji i tożsamości oraz praca u podstaw, głównie na rzecz edukacji, w tym zwłaszcza przeciwdziałania przemocy i dyskryminacji – wszystko to przy pomocy instytucji społeczeństwa obywatelskiego, niemal zupełnie poza strukturami państwa. Państwo tymczasem – ta osławiona III RP, która rzekomo „chodziła na pasku” feministek i gejów i nic, tylko knuła, jak przeprowadzić rewolucję obyczajową – podpisało konkordat z Watykanem, trwale i nad wyraz komfortowo instalując Kościół katolicki w strukturach nominalnie świeckiego państwa; samo ze sobą, ponad głowami kobiet, zawarło „kompromis aborcyjny” i zgodnym wysiłkiem wszystkich ugrupowań politycznych nie dopuściło do uchwalenia ustawy o związkach partnerskich w jakiejkolwiek formie, co tak boleśnie rekapituluje film Bartosza Staszewskiego „Artykuł 18”. 

A więc wojna

Był taki list – podpisany przez „pasterzy Kościoła katolickiego w Polsce” i odczytany w parafiach dokładnie pięć lat temu. Jego natura jest performatywna: to akt wypowiedzenia wojny. Z pozoru obronnej, w istocie – jeśli weźmie się pod uwagę rzeczywisty układ sił, który autorzy listu starają się ukryć – jak najbardziej zaczepnej. Rzekomym agresorem jest tu „ideologia gender”, nazywana też „genderyzmem”. Rzekomą ofiarą – pobożny lud, w którego obronie występują dalekowzroczni „pasterze”. Polem walki – rodzina oraz kobiecość i męskość, traktowane przez biskupów jako dane od Boga razem z ciałem i tak samo jak ono (czyżby?) bezdyskusyjne i niezmienne. Nie wiadomo, czy mężczyźni w sutannach aż tak naiwnie uwierzyli w „naturę”, czy może tylko uwierzyli w nią taktycznie, ponieważ dostrzegli szerzącą się w społeczeństwie dobrą nowinę wolności, równości i partnerstwa i postanowili zdusić tę rewolucję, zanim się dokona. Jakkolwiek było, wytoczyli najcięższe działa.

Na potrzeby wojny powstał zohydzający portret wroga. Monstrualna „ideologia gender” (byt istniejący jedynie w umysłach biskupów) została przedstawiona jako wynik nieokreślonych „przemian ideowo-kulturowych”, które trwają „od dziesięcioleci”, są „mocno zakorzenione w marksizmie i neomarksizmie” i „promowane przez niektóre ruchy feministyczne i rewolucję seksualną”. Jej przesłanie zostało skwitowane jako „całkowicie sprzeczne z rzeczywistością” i skarykaturowane grubaśną krechą. „Genderyzm – piszą biskupi – twierdzi, że płeć biologiczna nie ma znaczenia społecznego i że liczy się przede wszystkim płeć kulturowa, którą człowiek może swobodnie modelować i definiować, niezależnie od uwarunkowań biologicznych. Według tej ideologii człowiek może siebie w dobrowolny sposób określać: czy jest mężczyzną, czy kobietą, może też dowolnie wybierać własną orientację seksualną. To dobrowolne samookreślenie, które nie musi być czymś jednorazowym, ma prowadzić do tego, by społeczeństwo zaakceptowało prawo do zakładania nowego typu rodzin, na przykład zbudowanych na związkach o charakterze homoseksualnym”.

I cóż z tego, że mamy tu do czynienia z zupełnym zglajchszaltowaniem wielogłosowej tradycji i tragikomicznym symplicyzmem, skoro cel został osiągnięty: „owieczki” usłyszały obcy termin gender i odebrały sugestywną insynuację, że kryją się za nim potężne siły o niszczycielskich intencjach. Terror został posiany, a w niezbożnym dziele pomogły: odwołania do zdrowego chłopskiego rozumu tam, gdzie nauka oferuje całą bibliotekę badań i sporów, jak w przypadku pojęcia płci biologicznej; większe i całkiem drobne przekłamania, choćby „dowolny” wybór tam, gdzie uczciwie można mówić co najwyżej o wyborze w pewnych ramach, i wreszcie homorodzina wystylizowana na ostateczny, bezdyskusyjny straszak, wypełniona po brzegi negatywną treścią. Podsumowując: „ideologia gender” jest „głęboko destrukcyjna” w stosunku do osoby ludzkiej, międzyludzkich relacji i społeczeństwa jako całości. „Człowiek o niepewnej tożsamości płciowej” (rzekomy produkt „ideologii gender”) nie jest w stanie wypełniać żadnych ról społecznych – ani w małżeństwie i rodzinie, ani nigdzie indziej. Przeciwdziałanie przemocy i dążenie do równouprawnienia to tylko przykrywka dla antyrodzinnego i antypolskiego sprzysiężenia. Wynikające z przyjęcia perspektywy równościowej pozytywne zmiany w edukacji, służbie zdrowia i „działalności placówek kulturalno-oświatowych” to w istocie pierwsze pomruki zagłady. „Aktywność homoseksualna jest głęboko nieuporządkowana”, a związków homoseksualnych nie wolno zrównywać z małżeństwem mężczyzny i kobiety, bo to narażałoby jedynie słuszne stadło na śmiertelne niebezpieczeństwo. Co zabawne, jako wzorcowy przykład opartej na fundamencie biologicznym „prawdziwej” rodziny w liście wskazana jest rodzina z Nazaretu, czyli Maria, Józef i Jezus – w istocie jakże wspaniały przykład nienormatywnej „rodziny z wyboru”, w której ojciec społeczny nie jest ojcem biologicznym.

Przedstawiony przez biskupów zestaw poglądów, dyskusyjnych i często całkowicie oderwanych od rzeczywistości, który najlepiej by się prezentował w amerykańskim stanie Utah, nie jest oczywiście niczym nowym – pojawiał się w katechizmie, encyklikach i kazaniach. Biskupi mają prawo te poglądy głosić, a „wierni” realizować we własnym życiu, jednak w polskich warunkach poglądy głoszone przez Kościół katolicki stają się czymś więcej niż wewnętrzną ideologią wspólnoty wyznaniowej. Uprzywilejowana i niezwykle silna pozycja Kościoła sprawia, że każda tego rodzaju deklaracja dla nieutożsamiającej się z katolicyzmem w ogóle albo utożsamiającej się z nim w mniejszym stopniu części społeczeństwa oznacza realną groźbę natrętnego propagowania religijnych wierzeń oraz ich wcielania w kodeks karny. I tym razem nie było inaczej – tezy z listu o gender od pięciu lat słychać zewsząd, bynajmniej nie tylko z ambon, zarówno z ust osób kościelnych (wciąż zapraszanych do mediów w ramach specyficznie pojętego pluralizmu), jak i katolickich propagandystów w cywilu, w tym działających otwarcie na rzecz Kościoła polityków i dobrze wyszkolonych think tanków w rodzaju Ordo Iuris. Tezy te są powtarzane i rozwijane na tysiąc sposobów, w tym również na takie, przy których oryginalna odezwa wydaje się prawdomówna i uprzejma. Pożytecznej kategorii gender przyklejono gębę wcielonego szatana tak skutecznie, że w końcu padła ofiarą szykan ze strony instytucji państwa, które m.in. wycofało się z finansowania działań inspirowanych kategorią płci kulturowej, a na tęczę reaguje jak automatyczne wycieraczki na deszcz – zmazuje bez refleksji.

List biskupów okazał się forpocztą gigantycznego odpływu energii modernizacyjnej i pierwszym znakiem kontrrewolucji, która na dobre rozpoczęła się wraz ze zmianą władzy w 2015 roku, mimo że w Polsce (inaczej niż w USA i na Zachodzie) do żadnej rewolucji jeszcze nie doszło. Wojna z gender i homofobia stały się ulubionymi technologiami władzy. Prawa kobiet i „odmieńców” – te istniejące i te dopiero postulowane – znalazły się na celowniku. Od trzech lat trwa niebezpieczna żonglerka projektem zaostrzonej ustawy antyaborcyjnej; zaprzecza się istnieniu problemu przemocy domowej (potwierdzonemu przez badania m.in. Fundacji STER) i jej związkom z tradycyjnym pojmowaniem ról małżeńskich, a w ramach polityki społecznej podejmuje się decyzje, które (oprócz innych skutków, także pozytywnych) zniechęcają kobiety do aktywności zawodowej i uzależniają je ekonomicznie od mężów. W tym samym czasie osoby nieheteronormatywne – przez ministra spraw wewnętrznych publicznie nazwane „sodomitami” – traktowane są jak patologia bez jakichkolwiek praw, a z ust jednej z najbardziej wpływowych osób w państwie słyszą motywowane ideologicznie zapewnienie, że w Polsce na pewno nie będzie równości małżeńskiej. Są już zresztą pierwsze systematyczne podsumowania tej prewencyjnej rekonkwisty. Przygotowany przez Kampanię Przeciw Homofobii i Lambdę Warszawa raport „Trzy lata złej zmiany dla osób LGBT” opisuje regres we wszystkich obszarach funkcjonowania osób nieheteronormatywnych w naszym kraju; również Grupa Robocza ONZ ds. dyskryminacji kobiet w prawie i praktyce stwierdziła „regres w kwestii przestrzegania praw kobiet w Polsce, zwłaszcza w zakresie zdrowia reprodukcyjnego i roli społecznej kobiet”.

Przebudzenie i co dalej

Jest jeden plus – w zaatakowanym organizmie obudziły się przeciwciała. Wspierana przez państwo ofensywa wielbicieli i beneficjentów patriarchalnej tradycji spowodowała bezprecedensową aktywizację osób, które poczuły się przez tę polską kontrrewolucję bez rewolucji zagrożone – w swoich prawach i w swoim istnieniu. Tak jakby stare hasło Manueli Gretkowskiej „strzelaj albo emigruj” powróciło w łagodniejszej formie „działaj albo emigruj”. Dla wielu osób trzy lata temu skończyła się splendid isolationmindfullness w wieży z kości słoniowej – historie takich ludzi można usłyszeć np. w popularnej audycji Hanny Zielińskiej „Sztuka życia” w Radiu TOK FM, gdzie traktowane są (i słusznie) jako znak czasu. Mobilizują się nie tylko obrońcy konstytucji, ale też kobiety, „odmieńcy” i ich sojusznicy – w skali niespotykanej w dziejach całego ruchu emancypacyjnego po ’89 roku. Nie zapomnę swojego zdumienia, kiedy w dniu pierwszego czarnego protestu – 25 września 2016 roku – na Trakt Królewski wybrały się z parasolkami nawet sprzedawczynie z naszego osiedlowego sklepiku, wywieszając na drzwiach kartkę, że poszły demonstrować.

Przy okazji tego przebudzenia wychodzi na jaw, że trzy dekady proemancypacyjnej edukacji nie poszły na marne. Ofiarna praca wykładowczyń i wykładowców z Katowic, Szczecina, Poznania i innych ośrodków uniwersyteckich procentuje – jej rezultaty widać nie tylko w akademickich publikacjach licznych następców i kontynuatorów, ale też słychać na czarnych protestach, paradach równości, w wystąpieniach aktywistek i aktywistów z nowo powstałych organizacji, takich jak działające na rzecz równości małżeńskiej stowarzyszenie Miłość Nie Wyklucza (MNW). W mijającym roku miałam przyjemność poznać kilka takich osób: Annę Strzałkowską z trójmiejskiej organizacji „Tolerado”, Aleksandrę Muzińską, Bartosza Staszewskiego i Sławka Wodzyńskiego z MNW czy Monikę Tichy z odnowionej szczecińskiej Lambdy – i za każdym razem widziałam to samo: świadome swoich praw, świetnie przygotowane i zdeterminowane do działania młode osoby, wierzące w zwycięstwo różnorodności i sprawiedliwości tak bardzo i tak szczerze, że mój sceptycyzm bladł w ich obecności i więdnął w ciągu chwili. I za każdym razem myślałam to samo: tych ludzi nie da się stłamsić, żywych ich nie weźmiecie!

To samo widać w sztuce, tu też duch wolności wykarmił całe pokolenie. Akcje kolektywu Czarne Szmaty („Ułańskie fantazje”, „Lesbos”), wspaniały, postemancypacyjny z ducha film Olgi Chajdas i Marty Konarzewskiej „Nina”, niezbyt udana, ale w intencji feministyczna „Fuga” Agnieszki Smoczyńskiej i Gabrieli Muskały czy wreszcie rewelacyjny, subwersywny spektakl „O mężnym Pietrku i sierotce Marysi” Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina w Teatrze Polskim w Poznaniu albo doskonałe „Bachantki” Mai Kleczewskiej według Eurypidesa w Teatrze Powszechnym w Warszawie – to tylko kilka pierwszych z brzegu przykładów. Również w literaturze najpoczytniejsi w kraju i za granicą autorzy i autorki, np. tak chętnie ostatnio nagradzana na świecie Olga Tokarczuk, nie pasują do lansowanego wzorca polskiej mentalności i „genderowości”, a jeśli nie pasują oni, to nie pasują również ich czytelnicy – setki tysięcy kobiet i mężczyzn, którzy raczej nie pozwolą wsadzić sobie głowy w narodowo-katolickie imadło.

Trudno powiedzieć, co z tego wyniknie: zdziałamy coś, czy jednak zaczniemy emigrować. Jedno jest pewne: żyjemy w świecie nieodwracalnie pękniętym. Rok temu, przygotowując tekst „Lesbos i Łączka” na Forum Przyszłości Kultury, próbowałam za wszelką cenę uwierzyć w dialog – zarówno w jego konieczność, jak i możliwość – i jakimś cudem mi się to udało. Dzisiaj w możliwość dialogu już nie wierzę, co również samą jego konieczność zawiesza w próżni. Bo do dialogu, aby był możliwy, niezbędna jest dobra wola, a tej po stronie kontrrewolucjonistów nie widzę. Oczywiście ktoś mógłby zauważyć nie bez racji, że i druga strona ma niejedno za uszami, ale ja, wbrew rozwijającej się tu i ówdzie modzie na symetryzm, symetrii tu nie dostrzegam. Strona „liberalno-lewicowa” przynajmniej teoretycznie jest zdolna do zawarcia kompromisu, podczas gdy strona „konserwatywna” nawet teoretycznie nie jest – z jednego zasadniczego powodu: dzisiejsza polska kontrrewolucja, tak samo jak biskupi w liście o gender, wychodzi z przesłanek religijnych, a to z góry wyklucza wolę i możliwość zawarcia umowy. Człowiek operujący argumentem, że posiadł prawdę pochodzącą wprost od Boga, prawdę absolutną, która w związku z tym nie podlega negocjacjom i ograniczeniom, nie jest zdolny do ustępstw i nie widzi ich potrzeby. Ktoś taki nie chce się z nikim układać – chce tylko, żeby jego „absolutna” prawda jak najszybciej i jak najpełniej zaczęła regulować wszystkim życie. Na razie mamy więc pat. Jest niebezpiecznie, a horyzont tonie w czerni.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).