Rzeczy w mroku
Andrzej Tobis Fundacja Sztuki Polskiej ING CC BY-NC-ND 3.0

14 minut czytania

/ Literatura

Rzeczy w mroku

Marek Zaleski

Powieść Stasiuka jest lamentem nad fiaskiem międzypokoleniowego porozumienia – nie można podzielić się pamięcią, tak jak nie można dzielić się bólem i doświadczeniem

Jeszcze 4 minuty czytania

„Przewóz” Andrzeja Stasiuka w niewielkim stopniu przypomina rzeczy, do których ostatnio nas przyzwyczajał. Luzackiego obieżyświata na bezdrożach zniosło w okolicę tyleż znajomą, co będącą labiryntem utrapienia. Miejsce, które małemu chłopcu ze wsi leżącej gdzieś nad Bugiem kazało budzić się w letnie poranki, by doświadczać cudu istnienia, odsłania się znieswojone. Przyprawia o zamęt, budzi niepokój. Napisałem, że obieżyświata zniosło, ale niezbyt to precyzyjne, a i niezbyt sprawiedliwe, bo zaciera sprawczość autorskiego gestu. Tymczasem nowa powieść to książka bardzo osobista, rekolekcje pamięci i medytacja nad własnym dziedzictwem. Naszym dziedzictwem, dodam od razu, bo czytelnik powieści Stasiuka bardzo szybko zaczyna się orientować, że to wszystko, o czym pisze autor, dotyczy jakoś także i jego samego. Zresztą autor raz po raz wdaje się w rozważania, które tę prawdę pchają nam przed oczy.

Rano, jeszcze przez sen pomyślałem, że jestem jak ten kraj; wciąż powracam do dzieciństwa. (…) Pragnę przewracać się z boku na bok w wodach płodowych minionego, wodach, które dawno wyschły. Jak w martwym akwarium, które wypełniam własnymi rojeniami. (…) Jestem jak ten kraj, który odwraca wielki smutny łeb, żeby gapić się za siebie. Bo tylko tam może zaznać pocieszenia.

Pocieszenia, które jest kłamstwem, pocieszenia, które jeśli nawet niepokój uśmierza, to go nie usuwa, jak zaraz dopowie.

Jeśli dorosłość, to często raniąca prawda o sobie, dzieciństwo jest światem rozkosznej ignorancji. Jednak nie dla wszystkich i nie wszędzie. Na pewno nie w miejscu „przerażonym własnym nieistnieniem”, które jest pobojowiskiem, zakładnikiem Wschodu i Zachodu. Na pewno nie w kraju, w którym nie bez nieskrywanego zadowolenia, a i nieraz nie bez współudziału innych, dokonała się zagłada żydowskich sąsiadów i współobywateli. Taki obraz wyłania się z kart powieści. Stasiuk upiera się, że nie jest to całkiem zwyczajny kraj, o czym ostatnio próbują nas przekonywać postronni obserwatorzy. „Przewóz”, niczym psychoanalityczny węzeł boromejski, splata dwa prowadzone tutaj wątki. Pierwszy to historie wojenne ludzi, którzy znaleźli się w złym czasie w miejscu nagle zmienionym w przedsionek piekła, drugi – monolog autora o jego podróżach do miejsc z krainy dzieciństwa, w których niekiedy towarzyszy mu tracący pamięć ojciec. Ten pierwszy wątek stanowi traumatyczną, bo zepchniętą w niepamięć, ewokację rodzinnej historii autora.

Andrzej Stasiuk, „Przewóz”. Czarne, 397 stron, w księgarniach od kwietnia 2021Andrzej Stasiuk, „Przewóz”. Czarne, 397 stron, w księgarniach od kwietnia 2021Oto mamy sielską wieś nad rzeką. Stacjonuje w niej oddział niemieckiej artylerii. Jest pełnia czerwca 1941 roku i któregoś ranka żołnierze wyruszą na nową wojnę, za rzekę, której drugim brzegiem chodzą na razie sowieckie patrole. Z rzeki żyje przewoźnik Lubko. Obsługuje przemytników i uciekinierów chcących przedostać się na drugą stronę. Teraz są nimi Maks i Dora, młodzi żydowscy uchodźcy, którzy czekając na przewóz, szukają schronienia w okolicznych stodołach. Właśnie stodoły miejscowego „ruskiego” Romaniuka i Cyganki, silnej i samotnej kobiety, u której przewoźnik mieszka i pracuje jako parobek, okazują się miejscem kluczowych zdarzeń w tej powieści (tych nie zdradzę, żeby nie psuć czytelnikowi lektury). Po „Sąsiadach” Jana Tomasza Grossa stodoła stała się kluczowym miejscem polskiego imaginarium. Są też partyzanci. Dowodzi nimi Siwy, czyli plutonowy, który ocalał z bestialsko obrabowanego przez polskich chłopów rozbitego oddziału wojska po klęsce wrześniowej. Ma visa, to polski pistolet, więc to polskie wojsko, jak odpowiada na pytanie proboszcza, gdy przychodzą na plebanię z niezapowiedzianą wizytą. Ale dziwne to wojsko. Plutonowy, który chce do swego oddziału zaprzysiąc Lubkę, chętnie mówi o tym, jak to będą „po kolana” brodzić we krwi swoich wrogów, ale na razie wieszają „szpiona”, złapanego błąkającego się Żyda, i uprawiają w okolicy zwykłą bandyterkę. Jedyne strzały, jakie plutonowy oddaje ze swego visa, to strzały do Lubki, do niedoszlachtowanej, a zarekwirowanej u Romaniuka świni, oraz do niesubordynowanego podkomendnego. Stasiuk deheroizuje partyzantkę, którą heroizują historycy urzędnicy realizujący ministerialną politykę historyczną i apologeci „żołnierzy wyklętych”. „Jaka wojna?”– obrusza się przewoźnik Lubko, kiedy Siwy zaczyna mówić o powinności.

Wojna dawno się skończyła. Nie pamiętasz? Z kim się, kurwa, będziesz bił? Z nimi? – skinął w stronę rzeki. – Z Niemcami? Do mnie strzelałeś, nie do Niemców. Do nich trzeba było strzelać. Stoją we wsi od wiosny. Chłopków będziesz batożył, bo Żydków wożą, a Ruskiemu i Niemcowi chuja możesz zrobić.

Udział w partyzantce to często raczej sposób na życie w czasie okupacji albo ukrycia się (Miętus przychodzi do oddziału Siwego, bo wdał się w awanturę i kogoś zabił) aniżeli wypełnienie obowiązku wobec ojczyzny. Trafiają tu też charakteropaci jak Stach, którego urazy i kompleksy zmieniają się w psychopatię. Męsko-wojenne rytuały inicjacji w wojenne rzemiosło bardziej przypominają te ze świata przestępczego aniżeli rycersko-żołnierskiego. „Tamta wojna była inna” – mówi szynkarz w pobliskim miasteczku. „Teraz wszyscy są przeciw wszystkim”… „Czekają i się nienawidzą”. Paradoksalnie, stacjonujący we wsi Niemcy są gwarantami jako takiego bezpieczeństwa. Respekt wobec Niemców ma swój rewers w pogardzie i strachu wobec „Ruskich”. Ten świat kipi od przemocy zadawanej jakby mimochodem, ot tak, dlatego że staje się to możliwe i w niej kulminuje ta partyzancka jouissance. Trudno się oprzeć wrażeniu, że oto raz jeszcze zjawia się ktoś spoza branży, czytaj: pisarz, i odsłania kolejne zakryte dotąd ciemne karty z polskich dziejów, wykonuje pracę, którą zawodowi historycy mają jeszcze do odrobienia. Bo dzisiaj na co dzień zbyt często dostaje nam się „koślawy komiks”, jak pisze Stasiuk o planszach upamiętniających „żołnierzy wyklętych” na rynku odwiedzanego miasteczka.

Napisałem wcześniej, że wątek wojenny to ewokacja traumatycznej historii rodzinnej, do której autor próbuje się po latach dokopać. Dlaczego o to tak trudno?

Starsi mówili wciąż o wojnie, ale te historie przypominały opowieści o potopie. O kataklizmie zarazem boskim i naturalnym. (…) To wszystko było bliskie i zarazem odległe. Skóra świata zasklepiła się bez śladu. Niczego nie mogłem dostrzec, ponieważ zaprzątała mnie teraźniejszość, pół na pół z marzeniami. Babki i ciotki kończyły opowiadać i nie pytałem, co było dalej. Może nawet mnie to nie ciekawiło. Wojna, trupy w polu, muchy, odór, Wehrmacht, należały do świata dorosłych, stanowiły ich własność, którą nie chcieli się dzielić. Młodzi nie mieli tam wstępu, tak jak do reszty ich dorosłego życia. Tylko oni wiedzieli, o czym naprawdę rozmawiają.

I zasypało wszystko, zawiało. Stasiuk raz po raz do tego powraca, w końcu popada w biblijny ton z proroctwa Jeremiasza. Bo też powieść Stasiuka jest lamentem nad fiaskiem międzypokoleniowego porozumienia – nie można podzielić się pamięcią, tak jak nie można dzielić się swoim bólem i swoim doświadczeniem. Jego opowieść jest więc desperackim zamiast: symulacją rodzinnej historii, literacką rekonstrukcją tamtych możliwych wydarzeń. Tak to mogło wyglądać, zdaje się powiadać autor, przedkładając sobie i nam wojenną opowieść. Ale ma też wiele do powiedzenia o tym, czym jest i dzisiaj ta jego i nasza kaleka postpamięć i dlaczego trudno uczynić z niej fundament dla czegokolwiek w przyszłości. Nie tylko z powodu niepamięci i nie tylko z powodu – jak wczoraj i dziś – zakłamywania przeszłości. Przyczyna jest jeszcze inna: „Bo wojna się skończyła, ale nie minęła” – czytamy.

Bo tutaj wojna nie mijała nigdy. Dlatego byli tacy przyczajeni i czujni, i wyglądali odejścia, powrotu albo zmartwychwstania. Mieli ten kraj, ale on nie był ich. Żyli tu, odkąd pamiętali, ale nie na swoim. Zawsze mógł ktoś przyjść i zabrać, a potem zjawiał się następny i oddawał to niby ich własne, ale cudze. Siedzieli i pili w żydowskim domu nocą, nasłuchując, czy Niemiec nie wróci, Ruski nie wygoni, i w ogóle chuj, bo raz po raz trupy zjawiały się za tym stołem, pod ciemną lampą i w dymie. Trupy raz za razem. Własne i cudze. Wypływały na wierzch jak w rzece i nikt się nie dziwił. Pamięć niby czarna woda wynosiła wirem truchła i na powrót wciągała.

„Tak go sobie wyobrażałem, że patrzy za dnia, a w nocy słucha” – kończąc ten opis, powiada o ojcu osuwającym się w coraz większą katatonię. Ciągła niepewność, prowizoryczność, ciągłe „życie w kucki na przypiecku”, nawet pośród elektronicznych gadżetów, jest na dłuższą metę niszczycielskie, o czym wiedzą badacze nie tylko ludzkich populacji.

Konstatacje z autorskiego monologu, jakkolwiek trafne i przenikliwe, są tylko konstatacjami. O sile najnowszej prozy Stasiuka przesądza raczej jej uporczywy, natrętny rytm: krótkie zdania, niczym kamyki wypluwane spod zaschniętego języka, budują lapidarium tej pamięci-niepamięci. Narasta ono, ze strony na stronę, w materialnej organiczności obrazów i emocji. Świat woni, smaków, dotyku, konkretu przychwyconego w jego naocznej, a i słyszalnej obecności, zamieniają „Przewóz” w feerię wrażeń atakujących z wielką siłą. Niczym nurt rzeki, która „niesie w swoim wnętrzu muł, ryby i czasem zbutwiałe drewno”, opowieść niesie też ludzkie namiętności, głupotę, strach i szaleństwo. Obrazy, emocje, wrażenia są ekranem dla praw i zasad, jakie rządzą narastaniem fabularnych zdarzeń, ale i jakie wyznaczają trajektorie losu powieściowych postaci. Piszę: narastanie i organiczność, bo są tu słowami nie od rzeczy. Odnoszą się do porządku naturalnego, i to właśnie zabieg naturalizacji tego, co pojawia się w powieściowym przedstawieniu, uderza najbardziej. Kiedy autor pisze o swoich bohaterach i ich zachowaniach, raz po raz sięga po animalne metafory. Nawet domy przycupnięte nad rzeką wyglądają „jak płazy”. Zwraca uwagę fatalizm czynnego w tym wszystkim porządku, w którym ludzie są częścią pejzażu i polem rządzącej nimi fizjologii, instynktów i popędów. Człowiek, w swoich reakcjach, powiada Siwy, a i w swojej budowie anatomicznej, najbardziej podobny jest do świni, seks zaś jest głodem nieujarzmionego ciała i pierwotnym obrzędem, a narrator dopowie, że cały ten kraj „czarnych dołów wypełnionych ludzkim tłuszczem” „grzebie w zgliszczach”, „przeciera, obmywa szczątki i skleja je niczym jakiś doktor Frankenstein od tożsamości”.

Dostrzegam na językowej fakturze tej prozy jakąś rysę, jakby świadomie zrobioną przez autora. Czy czuje, że fajerwerki afektywnych metafor i impet tego, co tak zmysłowo przedstawione, przesłonić mogą to, co chciałby opowiedzieć o miejscu, o ludziach i o ich doświadczeniu, więc jedzie po bandzie, gra dysonansem? Na wszelki wypadek każe wygłaszać swoim bohaterom rozmaite kwestie, które dopełnią treści tego naturalistycznego przedstawienia i jeszcze je uwypuklą? Prawie wszyscy wypowiadają tu takie kwestie: jedni to robią mimochodem, inni na lekkim oddechu brną w głupstwo, wygłaszając tyrady, które czynią z nich postaci karykaturalnie przerysowane, stereotypowe, jakby dopisują powieści wymiar satyryczny. Plutonowy z ponurym uporem powtarza patriotyczne frazesy. Kapitan, którego leśni eskortują, zanim nie przejmie go łącznik z dowództwa, groteskowo bredzi o polskiej misji cywilizacyjnej, ksiądz proboszcz zapeklowany w swoim narodowo-religijnym samozadowoleniu po pijaku uderza nagle w tony domorosłego egzorcysty. Nawet Max i Dora, kiedy roją o Birobidżanie i o sowieckiej „nowoczesności”, obietnicy nowej ziemi, gdzie „nie ma Niemców ani Polaków”, wpadają w ten rejestr. Może zresztą mylę się w ocenie tych fragmentów jako nadmiernie rezonerskich. Może i one w zamyśle autora mają właśnie być cokolwiek monstrualne, podobnie jak jakoś monstrualna jest stężona, zakisła, smrodliwa groza i mozół życia mieszkańców okupowanego kraju. I być może są oznakami narastającego w głowach zamętu, mantrą, która klepana jak pacierz, pozwala zasypiać i budzić się rano.

Artylerzyści niemieccy wychodzą ze wsi któregoś poranka i historia, która ugrzęzła na chwilę w porosłych wikliną zakolach rzeki, rusza na nowo. Wszystkim dotąd w nią uplątanym ten nowy rozdział przyniesie zmianę. Jak potoczą się dalej losy Lubki, Cyganki, Siwego, Maksa, Dory? – autor zostawia nas z tym pytaniem. Ale wcześniej odsłania, wedle jakich obrotów rzeczy potoczą się ciągi dalsze losów rodzinnych i co będzie skrywał swojski pejzaż już na zawsze. Na rodzinnej fotografii „z tamtego czasu” „stoją spokojnie w słońcu. Gdzieś jest wojna. Możliwe, że kilkadziesiąt kilometrów dalej płoną już ognie Treblinki”. Książka Stasiuka jest o tym, jak nasze piosenki niewinności zmieniają się w piosenki doświadczenia, w których zawsze brak ostatniej zwrotki. Ktoś kiedyś jednak ją dośpiewa. W finalnej scenie wojennej sekwencji powieści dwaj młodzi chłopcy patrzą, jak ze wsi wyjeżdża furmanka Romaniuka. „Gdy fura ich minęła, dostrzegli dwie pary bosych stóp wystające spod słomy. – Trupy wiozą – powiedział starszy. – Żeby zakopać i żeby nikt nie widział”. Ten młodszy zostanie ojcem powieściowego autora z sekwencji rodzinnej „Przewozu”. W ostatniej scenie powieści z kolei milczący ojciec, pogrążony już tylko w swoim świecie, krąży wieczorami po swoim mieszkaniu. Nie zapala nigdy światła, drogę oświetla sobie latarką, niczym ślepy strażnik-kret z wiersza Miłosza. Tak dobiega końca ta powieść powrotna, podróż okrężna, podróż do samego siebie.