Słowo na „f”
Jakub K. Dębski, „Swawole”

10 minut czytania

/ Literatura

Słowo na „f”

Jakub Popielecki

Tradycja komiksowej satyry przeniosła się z gazet i zeszytów do sieci. Powrót do papieru, choćby twórców „Swawoli” czy zbioru „Bolimienoga”, jest w tym świetle chyba kompulsją, przyzwyczajeniem wychowanych w jego kulcie komiksiarzy

Jeszcze 3 minuty czytania

„To paper or not to paper”, pomyślałem sobie, wnosząc kilkudziesiąty któryś karton na czwarte piętro bloku bez windy podczas ostatniej przeprowadzki. Jak wnioskuję z tekstu Olgi Wróbel, problem jest znany również innym czytelnikom komiksów. Koniec końców autorka dochodzi do prostej konkluzji: „Czasy kolorowych zeszytów minęły, przyszłością jest internet”. Jednak nawet ci komiksiarze, których domeną jest Facebook, uparcie podtrzymują relację z papierem. Niedawno ukazały się dwa tomiki twórców, którzy na co dzień publikują w mediach społecznościowych: zbiór rysunków z profilu „Bolimienoga” oraz „Swawole” Jakuba K. Dębskiego.

W zasadzie więcej je dzieli, niż łączy. Punktem wspólnym jest medium (internet, przede wszystkim Facebook) oraz – z grubsza – konwencja (nazwijmy ją „satyryczną”). Obaj twórcy grzebią też w materii codzienności, przepisując ogólnie rozumiany weltszmerc w komiksowe kapsułki cierpkiego humoru. W jednym i drugim przypadku ten sardoniczny śmiech przyjmuje formę celowo „słabą”, „naiwną”, „toporną”. Ich kontent czerpie z idei Facebooka jako społecznego żalnika i graficzny prymitywizm gra tu ważną rolę. Zupełnie jakby obaj rysownicy mówili: „Jest słabo, więc rysuję słabo, ale możemy się razem z tego pośmiać, daj lajka”. Sposoby dojścia do tego efektu są jednak skrajnie różne – od częstości publikacji, przez internetowe persony autorów, po narzędzia pracy.

Jakub K. Dębski jest twórcą małego popkulturowego imperium, a komiks to tylko część tworzonych przez niego treści. Najbardziej znany jako autor internetowego serialu „Kuce z Bronksu”, Dębski jest nie tylko komiksiarzem, ale i youtuberem, recenzentem filmowym oraz przedsiębiorcą, który publikuje się sam pod szyldem własnego wydawnictwa Demland („Swawole” to już któryś z kolei jego autorski tomik). Streamuje też na Twitchu, gdzie m.in. możemy zobaczyć go podczas rysowania kolejnych komiksów. Jest zatem artystą w pełni scyfryzowanym – do tego stopnia, że obywa się bez papieru, ołówka i tuszu, tworząc swoje prace w programach Adobe Animate i Adobe Photoshop.

Nagroda Literacka m.st. Warszawy

Nagroda Literacka m.st. Warszawy

Nagroda Literacka m.st. Warszawy, która w roku 2023 jest partnerem działu literackiego w „Dwutygodniku”, to jedna z największych nagród literackich w Polsce. Nagrody przyznawane są w pięciu kategoriach: proza, poezja, literatura dziecięca, książka o tematyce warszawskiej oraz komiks i powieść graficzna. W przypadku literatury dziecięcej, a także komiksu i powieści graficznej nagradzani są również ilustratorzy i ilustratorki. Nagrody wynoszą 30 tys. zł, nagrodę pieniężną w wysokości 10 tys. zł otrzymują także nominowani we wszystkich kategoriach.

Szczególnym wyróżnieniem jest tytuł warszawskiej twórczyni/warszawskiego twórcy, przeznaczony dla pisarek i pisarzy w szczególny sposób związanych z Warszawą. Otrzymują oni nagrodę w wysokości 100 tys. zł. Fundatorem i organizatorem nagrody jest miasto stołeczne Warszawa. 

Nie dajcie się jednak zwieść tej technologicznej otoczce. Zamiast wykorzystywać w pełni moce przerobowe najnowocześniejszych procesorów, Dębski inscenizuje kolejne gagi z wykorzystaniem ludzi-patyczaków, jakich dałoby się wyklikać myszką w Paincie na jakimś przedpotopowym Windowsie. Na tym właśnie polega zamierzona „słabość”. Autor sam opowiadał w wywiadach, że w swoje animowane „Kuce z Bronksu”„nie włożył wiele pracy” i że są one „strasznie brzydkie”. Z jego komiksami jest podobnie. Fakt, nadproduktywna wielozadaniowość Dębskiego biznesmena może gryźć się z wizerunkiem slackera, który gryzmoli od niechcenia jakieś suchary w pokoju z niepościelonym łóżkiem. Ale ten image jest fundamentem jego sukcesu: Dębski mówi językiem internetowej „ulicy”, językiem forum, mema i śmiesznego filmiku.

Tymczasem zin „Bolimienoga”, zbierający komiksy z nazywającego się tak samo facebookowego profilu, to rzecz z zupełnie innej beczki. „Swawole” Dębskiego są obszernym 130-stronicowym zbiorem prac z lat 2019–2022. „Bolimienoga” to zaś publikacja nie tylko o połowę mniejsza (tyleż objętościowo, co formatowo), ale też dużo mniej aktualna: najnowszy z zamieszczonych tam rysunków pochodzi sprzed siedmiu lat. Autor wyjaśnia zresztą sprawę na Facebooku, tłumacząc, że wraca do twórczego życia po wieloletniej terapii. Wydany właśnie tomik jest więc rodzajem podsumowania przeszłości, symboliczną cezurą i trampoliną w przyszłość.

Na marginesie samych komiksów rysuje się tu ciekawy dwugłos facebookowej autokreacji. W centrum multimedialnego uniwersum Dębskiego jest jego własna „słaba” persona: równiacha z internetu, który rysuje śmieszne ludziki i rozmawia z czytelnikami podczas streamów. „Bolimienoga” tymczasem funkcjonuje w zasadzie anonimowo: ani profil, ani zin nie są podpisane nazwiskiem (choć da się je wyguglować). Autor profilu czerpie jednak z konfesyjnego potencjału Facebooka i między kolejnymi obrazkami postuje o problemach ze zdrowiem albo o tym, że szuka pracy. Obie te strategie mają bezpośrednie przełożenie na komiksy. Dębski manifestuje, że nie zależy mu na jakości, ale ewidentnie nie ma problemu z ilością. „Bolimienoga” na odwrót: z ilością u niego tak sobie, jakość jest zaś nieustannym zmartwieniem. Najpierw milczy siedem lat, a potem wraca z autorefleksyjnymi postami, w których zwierza się z inspiracji, kwestionuje wybór stylu i duma nad swoją kreską. I ostatecznie to właśnie kreska wyznacza zasadniczą różnicę między dwoma autorami. Jak to w komiksie: od niej wszystko się zaczyna.

Jakub K. Dębski, „Swawole”. Demland, 132 strony, w księgarniach od marca 2023Jakub K. Dębski, „Swawole”. Demland, 132 strony, w księgarniach od marca 2023

„Bolimienoga” – w przeciwieństwie do „Swawoli” i reszty twórczości Dębskiego – to bowiem komiksy rysowane jak najbardziej tradycyjnie, analogowo. Kreska, o której pisze w swoich postach autor, jest świadomie niedoskonała. Linia może „zająknąć się” na nierówności kartki, kolor wyjść za kontur, tusz zrobić kleksa. Gra to świetnie z konwencją „dziecięcego rysunku”, z kredkowo-pisakowymi kolorami, niedbałym, ucinającym głowy kadrowaniem czy nieforemnymi dymkami, które wiją się wokół odręcznie nagryzmolonych literek. W kilku wczesnych pracach czuć silną inspirację jak najbardziej analogowymi mistrzami: Jankiem Kozą czy Markiem Raczkowskim (komiks „Co masz w koszyczku, Czerwony Kapturku? – Gówno” wygląda wręcz jak zaginiona praca Raczkowskiego).

Ten „klasyczny” rodowód sprawia, że w papierowym starciu „Bolimienoga” wypada lepiej niż „Swawole”. Tomik jest też ciekawszy edytorsko, ma skład typu „kontrolowany chaos”, który świetnie komponuje się z estetyką samych rysunków. W porównaniu z nim „słabość” Dębskiego przestaje być zaletą: „Swawole” to 130-stronicowy wydruk siatki komórek z programu graficznego. Najlepiej broni się tam maźnięta flamastrem dedykacja, którą dostałem od autora: jedyny ślad ludzkiej ręki w okolicy. Ale też trudno robić z tej komputerowej bieda-sterylności zarzut. W końcu estetyka „Swawoli” jest nie tylko świadoma, ale też działa jak trik retoryczny: robiąc „brzydkie” komiksy, Dębski już na starcie rozbraja zarzut „brzydkości”. Jakby mówił: „Nie podoba się? Cóż, nawet się nie starałem”.

Jakub K. Dębski, „Swawole”Jakub K. Dębski, „Swawole”

Pomimo tego „braku starań” trafiają się Dębskiemu perełki. Mamy gag o walce z wilgocią w konwencji horroru „Paranormal Activity”, mamy żart ze snajperem rodem z „Widma wolności” Buñuela, mamy złożonego z kilku kropek i kresek psa, który zrywa się ze smyczy, pożera jakiegoś nieszczęśnika, po czym rozkłada ręce, broniąc się, że to „wina właściciela”. Twórczość Dębskiego ma coś wspólnego z metaforą internetu jako „wszystkiego wszędzie naraz”. W „Swawolach” popkultura przeplata się z codziennością, cytaty z anegdotami, surrealizm i groteska z prozą życia i chodnikiem. To zapis pewnego doświadczenia, może nie pokoleniowego, ale na pewno wspólnotowego: o ile za wspólnotę uznamy dwudziesto- i trzydziestolatków patrzących na świat w cudzysłowie ironicznej blazy.

„Bolimienoga”, nakład własny autora, w sprzedaży od kwietnia 2023„Bolimienoga”. Nakład własny autora, w sprzedaży od kwietnia 2023„Bolimienoga” również chwyta elementy społecznego życia. Mamy tu chociażby tęczę z placu Zbawiciela, po której usunięciu bohater komiksu z ulgą stwierdza, że „momentalnie przestał być gejem”. Jest jednak w „Bolimienodze” coś dużo bardziej mrocznego niż u Dębskiego. Niemal wszystkie rysunkowe postacie mają tu zastygły na twarzy uśmiech maskę, niczym obywatele jakiegoś Nowego Wspaniałego Świata w niewoli imperatywu szczęścia i spełnienia. To dobra mina do złej gry społecznych pozorów, przejęzyczeń, nieporozumień, okrucieństw. Normalność jest tu sekretnie nienormalna – jak tytułowa noga, która już nie boli… bo ją amputowano. „Bolimienoga” portretuje właśnie jakieś amputowane, wydrążone społeczeństwo, które desperacko utrzymuje fasadę, szczerząc się do kamery – choćby właśnie na facebookowym wallu.

„Bolimienoga”„Bolimienoga”

Zarówno „Swawole”, jak i „Bolimienoga” są więc reakcją na traumę rzeczywistości. Nic dziwnego, w końcu to trauma leży u podstaw komedii czy satyry: śmiejemy się zazwyczaj, by coś odreagować. Satyra z kolei leży u podstaw komiksu – jego formy, historii i tradycji. Dziś ta tradycja po prostu przeniosła się z gazet i zeszytów do sieci, gdzie rywalizuje o lajki i wiralowy status z memami, które same czerpią z poetyki komiksu. Powrót do papieru jest w tym świetle chyba kompulsją, fantomowym odruchem, przyzwyczajeniem wychowanych w jego kulcie komiksiarzy. Choć „fejs” nie jest dla nich brzydkim słowem, wciąż kusi ich „book”.

Nagroda Literacka m.st. Warszawy

Tekst powstał we współpracy z miastem stołecznym Warszawą, fundatorem i organizatorem Nagrody Literackiej m.st. Warszawy.