15 LAT: Dziś sam jestem dziadkiem
fot. Roel Wijnants, flickr.com, CC BY-NC 2.0 DEED

22 minuty czytania

/ Obyczaje

15 LAT: Dziś sam jestem dziadkiem

Kornelia Sobczak

Gdybym miał wskazać na jedną, tylko jedną jakościową zmianę w ciągu tych ostatnich piętnastu lat, to powiedziałbym, że zrobiło się milej

Jeszcze 6 minut czytania

1.

W 2009 roku nie było już w Europie słabych drużyn.

Żartuję, były, na przykład Polska, która właśnie spektakularnie nie awansowała na mistrzostwa świata w RPA, a rolę wisienki na torcie goryczy odegrał widowiskowo uczynny samobój Seweryna Gancarczyka w meczu na śniegu ze Słowacją (14 października 2009). Były to początki Fejsbuka w Polsce i gdzieś w otchłaniach mojego walla wciąż wisi ten – nawet nie mem, nie, memów jeszcze wtedy nie było – ten demotywator…

o

Śnieg spadł wtedy w październiku i pokrył Stadion Śląski w Chorzowie bialuśkim puszkiem, spod którego przebijała zielona trawka jak szczypiorek w śmietanie. Rok wcześniej – w listopadzie 2008 roku znalazłem się na tym stadionie zaraz po powrocie z Rzymu, gdzie dane mi było uczestniczyć w derbowym meczu Roma – Lazio na Stadio Olimpico, noo, wielkie przeżycie, piksel Tottiego uwieczniony na motoroli z klapką, stadiony świata, te sprawy, ale serce mi trochę krwawiło, bo w tym samym czasie przy Łazienkowskiej 3 odbywał się ostatni mecz na starym stadionie Legii, przed remontem i przemianą tegoż w nowoczesną betonową i zimną Pepsi Arenę.

15 lat w kulturze

W „Dwutygodniku” już od 15 lat przyglądamy się kulturze. Przez ten czas wiele się zmieniło. Media społecznościowe rosły w siłę, a te papierowe przechodziły kryzys za kryzysem. Po polityce ciepłej wody przyszedł czas na zimny prysznic. Przynajmniej w świecie sportu zrobiło się podobno trochę milej. W numerze urodzinowym przyglądamy się kulturze ostatniego piętnastolecia.

Koledzy pisali mi SMS-y, że właśnie wyrwali sobie krzesełko na pamiątkę, a ja czułem się w tym Wiecznym (i słonecznym) Mieście jak ten biedny podmiot liryczny piosenki Włodzimierza Wysockiego: „Mnie nada tam, gdzie zawała śnieżna fest,/ Gdzie zaspy i ogólnie ciężki teren,/ Gdzie indziej jasno i przytulnie jest,/ A ja tam nie chcę, mnie tam po cholerę?”. Więc niemal prosto z lotniska w Warszawie wsiadłem, wraz z grupą krótko ostrzyżonych młodych mężczyzn, w pociąg do Chorzowa. Było okropnie zimno i mokro, policja eskortowała nas z psami przez ceglane, podbielone śniegiem miasto, staliśmy na łuku legendarnego Stadionu Śląskiego, skąd kiedyś gwizdano na Kazimierza Deynę, gdy ten trafił do bramki bezpośrednio z rożnego; śnieg i wiatr waliły nam w twarz i nie widzieliśmy nic, nic, absolutnie nic, gola Takesura Chinyamy (ach, cóż to był za napastnik!) to raczej odgadliśmy ze słuchu, po zakończeniu meczu trzymano nas na sektorze jeszcze przez godzinę (rzecz normalna na wyjazdach), moje stopy nie istniały, ale byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, na wyjeździe z Legią, na przestarzałym, wielkim stadionie, wśród trudów i znojów zwykłej, przeciętnej kolejki ligowej. Jak mówi poeta: „Wszystko, co mam, to te trybuny szare, gdy ich zabraknie, życie staje się koszmarem”. O, słychać nas, tylko nas na nagraniu, słyszycie mnie?


Taką Legię kochałem najbardziej: brudną, brzydką, zimną, ciężką i wygrywającą 1:0 na wyjeździe. Ale to nie będzie tekst o Legii. Mimo tego wzruszenia rok 2009 był początkiem końca mojej wielkiej miłości do Wojskowych. Więdła ona z różnych przyczyn, ale remont ukochanego kurnika przy Ł3 był jedną z nich. Po otwarciu nowego stadionu już nie było tak samo. Przyczyną o wiele ważniejszą była oczywiście narastająca niemożność ignorowania tego, co działo się (i dzieje) na trybunach: antysemityzmu, rasizmu, żołnierzy wyklętych, ostrego kursu na dalekie prawo kibiców nadających ton dopingowi. Ale to temat na inną opowieść.

Wracając do roku 2009. Kiedy powstawał Dwutygodnik, szanse reprezentacji Polski na awans do finału Mistrzostw Świata w RPA były już nikłe. 28 marca przegraliśmy z Irlandią Północną w Belfaście i jak zwykle zażyliśmy potem pocieszenia słabych, czyli pobicia jeszcze słabszych, wygrywając 10:0 z San Marino (1 kwietnia), ale na nic się to nie zdało. Klęskę przypieczętowała przegrana, w nędznym stylu, ze Słowenią w Mariborze (9 września 2009), mecz, który przeszedł do historii nie ze względu na swój przebieg, lecz na słynny Bernhardowski monolog Dariusza Szpakowskiego, rozpoczęty na dobre dziesięć minut przed ostatnim gwizdkiem.


Szpakowski z niesmakiem żegnał Leo Beenhakkera, pierwszego zagranicznego szkoleniowca biało-czerwonych, na którego pensję zrzucał się PZPN i producent piwa Tyskie, białowłosego emeryta z Realu, który czarował nas wizją futbolu na tak, rowerami i że „wyjdziemy z drewnianych domków, że będzie international level, że przejdziemy na jasną stronę Księżyca” (to Szpakowski).

Beenhakker zaczął dobrze, pamiętam powiew świeżości, jakim było sięgnięcie po zawodników z polskiej Ekstraklasy, odkrycie Garguły i Matusiaka, uniesienie zwycięskich meczów z Portugalią i radość z pierwszego w historii awansu do mistrzostw Europy. Tylko potem było już jak zwykle: opór materii, frustracja, gorycz. W śmieszno-żałosnym meczu ze Słowacją kadrę prowadził już Stefan Majewski, trochę symbol wszystkiego, co najtrudniejsze i najsmutniejsze w polskiej piłce. Eleganckiego pana z cygarem i w garniturze zastąpił w końcu na stanowisku selekcjonera kadry „nasz człowiek”, Franz Smuda, który podbił serca kibiców jako szkoleniowiec Lecha Poznań, serwując widzom horrory hokejowych wyników, szaleńczych pogoni, somosierrskich szarż i wyszarpanych wygranych. W kadrze jednak to nie chwyciło.

Długa kadencja trenera Smudy, pełna kuriozalnych meczów, potknięć, medialnej krytyki i gwałtownych zapaści, zakończyła się odpadnięciem z grupy Euro 2012 (trzy mecze, ale tym razem aż dwa remisy i klęska). Ale to temat na osobną opowieść, opowieść, która musiałaby zmierzyć się z wizjami, projektami i narracjami o polskiej modernizacji i nowoczesności, której organizacja mistrzostw Europy miała być wehikułem i ikoną.

Ale nie chcę też, żeby był to tekst o gorzkiej rozkoszy nurzania się w reprezentacyjnych porażkach. Taki tekst już kiedyś napisałem, a te emocje przynależą – w mojej osobistej biografii kibicowskiej – raczej do pierwszej dekady XXI wieku niż do ostatniego piętnastolecia. Jeśli chodzi o ostatnie piętnastolecie, to mimo awansu do ćwierćfinału na Euro 2016, mimo zakwalifikowania się na mundial w Rosji (niech pochłoną go mroki zapomnienia) i wyjścia z grupy na mundialu w Katarze (niech zgaśnie w niesławie), nadal uważam, że najjaśniejszym punktem w historii polskiej reprezentacji w piłce nożnej mężczyzn była dupa Koseckiego.

2.

Kiedy redakcja „Dwutygodnika” zaproponowała mi napisanie tekstu, który chwytałby przemiany w sporcie w ostatnim piętnastoleciu, wiedziałem od razu kilka rzeczy naraz: że się zgodzę i że będę tego gorzko żałować, że wsiądę do Nostalgiobusu, który wywiedzie mnie na manowce YouTube’a, w okolice zeżartej przez córkę Piotra Żyły kostki do kibla. Że będę chciał, żeby było o Isi, o Hiszpanach, o Barcelonie, o terrorze tiki-taki i mych cierpieniach nim spowodowanych, o Josém Mourinho, Niemcach, Jogim Löwie i Mesucie Özilu, o skoczkach i o Walterze Hoferze i punktach za wiatr, o pieskach w Soczi ratowanych przez amerykańskiego snowboardzistę, o Justynie Kowalczyk i Marit Bjørgen i czemu nie macie racji z tą astmą, i o tym, czemu nie kocham już Legii i jak to się stało, że traciłem kontakt z bazą, a słowa „diagonalny” i „wahadłowy” zaskoczyły mnie nagle, pewnego lata (2021), niczym wyrośnięte dzieci twoich dawno niewidzianych kuzynek.

I że powinienem napisać o: wymyślaniu tych wszystkich lig dla pieniędzy, bo nie wystarczyło już Ligi Mistrzów i Pucharu UEFA (później Ligi Europy) i trzeba było jeszcze powołać Ligę Konferencji Europy, a dla reprezentacji Ligę Narodów (przecież nic, co nazywa się Liga Narodów, nie może skończyć się dobrze), i o skandalicznych mundialach w Rosji i Katarze, o tym, że sport zawodowy wciąż pozostaje bastionem wielkiego biznesu, zła i korupcji, nieczułym na koszty środowiskowe i społeczne wielkich imprez. I jednocześnie napisać o tym, że cieszy mnie wzrost popularności kobiecej piłki nożnej, którego nie byłoby może bez tych brudnych pieniędzy. O tym, co będzie z moimi ukochanymi sportami zimowymi, jak nie będzie już zimy. O depresjach bohaterów, o przyjaźniach olimpijczyków, o tym, o co naprawdę chodzi w szorstkiej przyjaźni Lewandowskiego z Błaszczykowskim i Piszczkiem, i o siatkarzach (jak ja ich nie cierpię), i piłkarzach ręcznych (ich też nie), i o polskich klubach w europejskich pucharach (wreszcie!), no i przede wszystkim o „gówniarze z paletkom”.

Piętnaście lat to trzy olimpiady letnie (Londyn, Rio de Janeiro i pandemiczne Tokio przesunięte na lato 2021), cztery zimowe (Vancouver, Soczi, Pjongczang i Pekin), cztery mistrzostwa świata w piłce nożnej (RPA, Brazylia, a potem, niestety, Rosja i zimowy Katar), trzy mistrzostwa Europy, w tym jedne w Polsce i w Ukrainie, piętnaście sezonów ligowych, piętnaście finałów Ligi Mistrzów, piętnaście Turniejów Czterech Skoczni, Kryształowych Kul w skokach i biegach, piętnaście razy cztery turniejów wielkoszlemowych w tenisie. Jak ja mam to wszystko ogarnąć? To także piętnaście lat mojego życia i w tym jest największy problem: nad tym tekstem ciąży pokusa i groźba przeistoczenia się w melancholijny i smutny esej o dziadku, który co najwyżej swojemu wnuczkowi może dawać cukierka Werther’s Original, ale sam nie jest już w stanie poczuć eksplozji słodkiego, śmietankowego smaku na podniebieniu.

I wcale nie chodzi o to, że kiedyś były czasy i mecze, i zawodnicy, a teraz to nie ma czasów, i meczów, i zawodników, tylko zwyczajnie o to, że kiedyś byłem ja, a teraz nie ma mnie. Bo jestem już stary i nie pamiętam, co wczoraj jadłem na obiad, ale pamiętam, kto strzelił gola Legii w meczu o Superpuchar z Wisłą Płock w 2006 (Magdoń i Sobczak, wcale nie dlatego pamiętam) albo co dostał w prezencie urodzinowym niejaki Piotr S., gniazdowy Legii, od zagorzałych ultrasów z sektora G na Żylecie (koszulkę z napisem „Śpiewać, kurwa!”, a było to podczas meczu Pucharu Ligi z ŁKS-em, na którym było może z 200 osób).

3.

Ale może uhonorujmy dostojnego jubilata i zróbmy sobie przegląd wydarzeń samego 2009 roku, zobaczymy, czy pamiętacie. Ja piszę to, słowo harcerza, bez sprawdzania i googlowania, korzystając li tylko z zasobów pamięci. No więc oczywiście Justyna Kowalczyk: przywiozła dwa złota i jeden brąz z MŚ w Libercu i zdobyła pierwszą w karierze Kryształową Kulę.

A pamiętacie, co to była Jedna Wenta, czyli rzut Siódmaka? Na trzynaście sekund przed końcem ćwierćfinału z Norwegami uwielbiany przez Polaków trener Bogdan Wenta wziął czas przy stanie 30:30 i powiedział swoim zawodnikom, żeby rzucali na pustą bramkę, co też szaleńczym gestem uczynił skutecznie Artur Siódmak i polska awansowała do półfinału mistrzostw świata, by zdobyć następnie tych mistrzostw brązowy medal.

W piłce nożnej triumfy świeciła tiki-taka i Pep Guardiola, ale nie chcę o tym rozmawiać, to dla mnie trudny temat. Latem, podczas Mistrzostw Świata w Lekkiej Atletyce w Berlinie rozpruliśmy worek z medalami, Anita Włodarczyk pobiła rekord świata, ja zaczynałem pracę w redakcji Sport.pl i pierwszy tekst przyszło mi pisać o Caster Semenyi, pamiętam, że udało mi się tam wcisnąć słowo „kolonializm”. Byliśmy dumni z Marcina Gortata w NBA, a mi, redaktorce, ekhm, mało znany epizod z biografii, nieistniejącego już Kobiecego Serwisu Sportowego Ciacha.net, udało się porozmawiać z nim w garderobie.

Przy okazji dowiedziałem się, że dostałam się na studia na kierunku kulturoznawstwo w Instytucie Kultury Polskiej. Nie wiązałem z tymi studiami większych nadziei, ale wiadomość była miła. Aha, no tak, jeszcze: polscy siatkarze zostali mistrzami Europy. Strasznie nie lubię polskich siatkarzy, ale to też temat na osobną opowieść.

4.

W co nie uwierzyłbym, gdyby mi powiedziano w 2009 roku, że wydarzy się jeszcze za mojego życia: że Polak będzie regularnie grał w Barcelonie, ale wiecie, grał, w sensie: biegał po boisku i strzelał bramki, a nie grzał ławę albo kończył karierę jako trzeci bramkarz, i że będzie to TA Barcelona, a nie jakaś Barcelona C albo barcelońska odpowiedniczka Milanu Milanówek.

Że Hiszpanie przestaną wygrywać wszystko i wszędzie, a mnie to nawet niespecjalnie ucieszy. W 2018 roku, podczas mundialu w Rosji, naszła mnie chyba pierwsza fala postkibicowskiej melancholii, gdy w poszukiwaniu straconego czasu (tom jedenasty: „Drzewa umierają, stojąc”), obserwowałem bez satysfakcji smętne odpadanie Hiszpanów. Zdałam sobie sprawę, jak bardzo zżyłem się z tą drużyną przez długie lata niecierpienia ich, ich sukcesów i moich klęsk, zawsze bowiem wywalali z turniejów moje ukochane drużyny (Niemcy, Holendrzy, Włosi i wiele po drodze). Przeszło mi, gdy spektakularnie odpadli z brazylijskich mistrzostw świata, nie wychodząc nawet z grupy. Z mistrzostw wygranych przez reprezentację Niemiec, w co też bym nie uwierzył, gdyby ktoś mi to przepowiedział w 2009 roku. Ale to nie były już te Niemcy, które tak pokochałem w 2006 czy 2008 roku: kolorowe, wymyślające się na nowo, ofensywne, wariackie, za młode i reklamujące nutellę.

Wtedy, w 2018 roku byłem już raczej niedzielnym kibicem i z tej perspektywy czułem takie ciepłe rozrzewnienie, spoglądając na te znajome twarze, za każdą z których kryła się jakaś narracja, jakaś historia, jakaś szczególnie spersonalizowana niechęć, i odkryłam, że te stare łyse (no sorry, Iniesta) konie są mi jakby najbliższe, że jesteśmy jak Doctor Who i Missy, jak Dr X i Magneto w starciu z tą Rosją, jak Federer i Nadal, jak zestarzałe w fumach i swarach małżeństwo, oni kaszlący i słabi, ja skurczony we dwoje, i gdy odpadali, gdy zdałam sobie sprawę, że nie ujrzę już Ramosa, Pikusia, Iniesty, Xaviego, Jordiego Alby ani Davida Silvy, chciałem zawołać, niczym Karol Swann, tylko na odwrót, że straciłem najlepsze lata swojego życia na niecierpieniu drużyny, która była całkiem w moim typie! (No dobra, nie była, bardziej by tu pasowała ta anegdota o starej damie, której się podobało za czasów rządów Królowej Tiki-Taki, bo była wtedy tiki-taka młoda).

I tak to się dzieje ze wszystkim: nie uwierzyłbym, gdyby ktoś mi powiedział, że w latach 2013–2023 Legia zdobędzie siedem tytułów mistrza Polski, w tym seriami, a mnie to średnio obejdzie. Albo że Polka zostanie liderką rankingu WTA, wygra cztery turnieje wielkoszlemowe i że nie będzie to Agnieszka Radwańska, a za to wszyscy ją będą lubili. Ja też lubię Igę, bardzo, ale w moim sercu jest miejsce tylko dla jednej tenisistki: genialnej, kapryśnej, chimerycznej, wyjątkowej, za dobrej na swój czas – Agnieszki Radwańskiej.

Nie uwierzyłbym też, gdyby mi ktoś powiedział, że za mojego życia piłkarze nożni wybiegną na boisko z tęczowymi opaskami. Ale ten ktoś musiałby zaraz dodać, że to tylko pinkwashing, i wtedy powiedziałbym: „Aha, no tak. To w sumie możliwe”.

5.

W pewnej stacji radiowej jest taki program, na który trafiłem przypadkiem. Medalistka igrzysk w Rio i Tokio w wioślarstwie, Agnieszka Kobus-Zawojska, przeprowadza wywiady z zawodniczkami i zawodnikami, trenerami i działaczami. Ja trafiłam na odcinek z Klaudią Jans-Ignacik, deblistką, finalistką French Open, olimpijką. No i to było coś, w co nawet nie tyle, że bym w tym 2009 roku nie uwierzył, ile czego chyba nawet nie umiałbym sobie wyobrazić. Oto dwie dziewczyny – jedna rocznik ’84, druga ’90 – rozmawiają sobie o różnych okołosportowych rzeczach przez bite pięćdziesiąt minut, w miłej atmosferze, uśmiechając się do siebie i dzieląc anegdotkami. Żadna z nich nie jest wiedzącym wszystko lepiej albo niezadowolonym dziennikarzem, nikt ich nie pogania i nigdzie się nie śpieszą. Niby nic takiego, a jednak jakże przełomowe to zjawisko, jakże odmienne od wszystkiego, do czego przywykłam przez lata oglądania, kibicowania i pracy w redakcjach sportowych. 

Olga Drenda nazwała igrzyska sportowe w Tokio igrzyskami milenialsów i gen Zetek, czyli pokolenia, które współpracę ceni bardziej niż rywalizację, empatię wyżej niż konkurencję i które generalnie lubi, jak jest miło. I rzeczywiście, gdybym miał wskazać na jedną, tylko jedną jakościową zmianę w ciągu tych ostatnich piętnastu lat, to powiedziałbym, że zrobiło się milej. Sympatyczniej. Nie śmieszniej – śmiesznie było zawsze – ale jakoś tak cieplej i zabawniej. A jeśli miałbym wskazać na jakiś naprawdę przełomowy moment, koniec epoki, i zmianę, która mocno zaważyła na moim kibicowaniu, to wskazałbym rok 2011 i koniec kariery Adama Małysza.

Małyszomania, żarliwe, niemal histeryczne uwielbienie dla najsłodziej peszącej się pary wąsów po tej stronie Tatr, uwielbienie, na które zasługiwał w pełni swoją sportową formą, wytrwałością, skromnością i urokiem osobistym – wydawało się jeszcze reliktem XX wieku. Małyszomania bywała przytłaczająca i drażniąca, ale też wprowadziła skoki na stałe do rozkładu naszych sobót i niedziel. To dzięki niej zaznajamialiśmy się z wszystkimi tymi pozostałymi mordeczkami, a po odejściu Małysza nastały czasy Drużyny. Jej oczywistym liderem i oficerem największych nadziei był zawsze Kamil Stoch, ale nie byłoby Stocha bez Kubackiego, Kubackiego bez Żyły, Żyły bez Kota i kilku innych, orbitujących wokół nich chłopaków.

Każdy miał tu swoją rolę: klasowego śmieszka, prymusa, dobrego kolegi, ponurego romantyka-egzystencjalisty. Zawsze ktoś dostarczał nam emocji, nie wiem, czy nie nazwałbym ich najsympatyczniejszą polską reprezentacją wszech czasów, choć jeśli chodzi o sympatyczność, to poprzeczka zawieszona jest dość nisko. A poza wszystkim, skoczkowa rodzina była dowodem na realny i długotrwały sukces polskiego sportu: z Małyszem i po Małyszu udało się coś wypracować, jakąś szkołę, tradycję, zbiorowość i wspólnotę.

Jest w tym oczywiście ogromna zasługa przemian medialnych: w ciągu tych piętnastu lat przeszliśmy od epoki, w której sportowe narracje narzucali jeszcze eksperci, dziennikarze, to oni modelowali bohaterów i nadawali im cechy i strukturyzowali narracje o wielkich wydarzeniach, do epoki, w której środki przekazu się spłaszczyły, zwielokrotniły, zegalitaryzowały i rozproszyły.

Nie chcę zabrzmieć już całkiem dziadersko i banalnie, ale trochę jest tak, że teraz zamiast opowieści są memy. Skriny, filmiki, gify. Nie trzeba oglądać całego meczu, żeby wiedzieć, że nad stadionem zepsuł się dach, ktoś rozwalił rakietę tenisową, a Iga Świątek potrafi wszystko, czym denerwuje Roberta Lewandowskiego. Sportowcy wydają się bliżsi, bardziej ludzcy, a sport ogląda się wyrywkowo, niekoniecznie w telewizji, niekoniecznie z komentarzem. Wszechobecność mediów społecznościowych sprawia też, że do publiczności docierają różne pozasportowe aspekty z życia sportowców, i nie mam tu na myśli afer i skandali, ale raczej to, że Tom Daley robi na drutach, a Gus Kenworthy, amerykański narciarz freestyle’owy ratował podczas zimowych igrzysk w Soczi bezpańskie psy, tępione przez władze miasta jako stanowiące zagrożenie dla kibiców.

W ostatnich latach dużo częściej i otwarcie mówi się o kryzysach i problemach psychicznych, z którymi zmagają się zawodnicy i zawodniczki. To nie jest tak, że wcześniej się o tym nie mówiło – w Polsce bardzo odważnie wypowiedziała to Justyna Kowalczyk – ale było to zawsze w jakiejś aurze wielkiej tajemnicy, wiązało się z ceną, jaką przychodzi zapłacić za sportowy sukces. Teraz przekaz brzmi raczej: depresja dotyka mnie nie dlatego, że jestem profesjonalnym sportowcem, ale dlatego, że może dotknąć każdego z nas, także profesjonalnych sportowców. Można się wycofać i wrócić. Można nie chcieć rozmawiać z dziennikarzami. Iga Świątek otwarcie opowiada o swoim trudnym introwertyzmie i nieśmiałości, a także o tym, jak ważne jest dla niej zdrowie psychiczne.

6.

W tym kontekście najbardziej mi żal dwóch wybitnych zawodniczek, dwóch towarzyszek mojej młodości i redakcyjnych znojów na porannych lub nocnych dyżurach, dwóch trudnych idolek Polaków, związanych z nimi węzłem jakiejś dialektycznej Hassliebe, dwóch źródeł zgryzot ekspertów i dziennikarzy, dwóch moich sportowych miłości.

Nie mogę przeboleć, że Justyna Kowalczyk i Agnieszka Radwańska „nie załapały się”, nie doczekały tej epoki sympatyczności, wesołych memów i poluzowania spiętych pośladów polskich ambicji i kompleksów. Że były samotne i nie wyrósł im wianuszek wielbicielek, na jaki miałyby szansę dzisiaj. Że szczyt ich kariery przypadł na czasy, w których nie było jeszcze – wiem, śmiała teza – warunków, by tak rzec, kulturowych czy mentalnych, w których mogłyby sobie zaistnieć jako wielkie indywidualności i skomplikowane osobowości, którymi były. Zamiast tego próbowano je wcisnąć w różne niewygodne kostiumy. Kowalczyk była harda i dzielna, Polacy ją podziwiali i szanowali, ale chyba nie kochali, tak jak pokochaliby, powiedzmy, zadziorną i śliczną Theresę Johaug, gdyby ta była Polką. Przykre było też to, że jej główna rywalka, Marit Bjørgen, stanowiła u nas przedmiot nieustannego seksistowskiego rechotu ze względu na swoją imponującą muskulaturę.

Radwańska była z kolei niezrozumianą geniuszką, która trafiła na epokę Wielkich – z całym szacunkiem – Młóckarek. W dodatku utrudniała lubienie siebie. Była Billem Murrayem (trochę Andym Murrayem też) i Kazimierzem Deyną polskiego tenisa, introwertyczką, dla której zabrakło innego pomysłu na ocieplenie wizerunku niż wbicie w szpilki i sukienki. Nie pomagał jej krakowski papa Radwański, mieszający siebie i córki w sprawy polityczne (Smoleńsk, zamach), ani posunięcia w stylu sesji dla magazynu „ESPN”, okrzykniętej od razu „sesją rozbieraną” i konfrontowaną z udziałem w akcji „Nie wstydzę się Jezusa”. Bardziej niż innym polskim reprezentantom dostało jej się za olimpijskie porażki. Ale nikt tak pięknie nie reagował na złamaną rakietę, nikt nie miał takich dropszotów i przysiadów, nikt już nie zajmie takiego miejsca w kąciku tenisowym mojego serca. Przynajmniej przez następne 15 lat.