15 LAT: Podróż do Nudnopolski
fot. Konrad Wąsik, Jeruzal, sklep z serialu "RANCZO", CC BY 3.0

19 minut czytania

/ Obyczaje

15 LAT: Podróż do Nudnopolski

Olga Drenda

Trudno rekonstruować niedawną przeszłość, moment, który jeszcze migocze gdzieś względnie świeżo w zakątkach pamięci, czas, który wydaje się prawie taki sam jak dziś. Trzeba wiele poodkręcać sobie w głowie i cofnąć odruchową pamięć ciała

Jeszcze 5 minut czytania

Na jaki świat przyszedł „Dwutygodnik”? Trochę na świat poczekalnię, świat przygrywkę do Polski współczesnej, trochę świat demontaż, trochę plac budowy. Z doniesień medialnych z 2009 roku wynika, że żyliśmy w Nudnopolsce. 70% ankietowanych przez CBOS deklarowało, że czują się przynajmniej „raczej szczęśliwi”. Komentatorzy, na ogół rozczarowani, wspominali o postpolityce, o wycofaniu ludzi w prywatność, o tym, że ważny jest spokój, a rolą osób publicznych powinno być nieprzeszkadzanie, ewentualnie kręcenie takich afer, które będą mieć jak najmniejszy wpływ na komfort życia prywatnego. Sytuacje z tamtego, które budziły bardziej żarliwe odruchy, wydają się sztucznie wyreżyserowane, jak koncert Madonny, którego planowana data (15 sierpnia) miała jakoby spotykać się z protestami. Też mi sensacja, chciałoby się rzec. Taki nieco zblazowany obraz społeczeństwa wyłania się z archiwów i ja również tak ten rok pamiętam. Ale w poczekalniach przecież często wzmagają się znużenie i irytacja, dlatego kilka lat później to poczucie umiarkowanej satysfakcji ustąpiło zgoła innym, bardziej krwiożerczym emocjom. Gdy przypomnimy sobie realną jakość życia w 2009 – zobaczymy, że niebezzasadnie. Póki co jednak przenieśmy się do tego roku z wciśniętą pauzą. 

Trudno rekonstruować niedawną przeszłość, moment, który jeszcze migocze gdzieś względnie świeżo w zakątkach pamięci, czas, który wydaje się prawie taki sam jak dziś. Trzeba wiele poodkręcać sobie w głowie i jakby cofnąć odruchową pamięć ciała: przypomnieć sobie, jak wolny był internet, jak dziurawe drogi; co wydawało się wtedy tanie, a co – drogie; jakie rozmiary miały ekrany, a jakie klawiatury. To trochę guliweriada, trochę przygody Alicji – coś kurczy się i rośnie, przyspiesza i zwalnia, pokazując, jak szybko i odruchowo adaptujemy się do zmiany. Możliwe, że w 2009 roku wysyłałabym maila do redaktor Król z komputera z systemem Vista, którego trzymałam się długo z niezrozumiałym uporem. A kto dziś odważyłby się korzystać z Visty, nie klnąc przy tym? Maile wychodziły jedynie z komputera; telefon, na przykład Nokia 5800, pierwszy z tak dużym wyświetlaczem, służył do dzwonienia i robienia dobrych jak na swoje czasy zdjęć. Wciąż jednak lepiej było mieć na podorędziu małą cyfrówkę.

„Dwutygodnik” narodził się w Warszawie, więc warto zarysować panoramę ówczesnej stolicy. Od dwóch lat działały już Złote Tarasy, przez pewien czas – jako doraźne studio telewizyjne, a w 2009 roku również jedna ze scenerii dla flash mobów, nieco zapomnianego zwyczaju z wczesnych lat internetu. W Złotych ludzie tańczą do „Beat It”, pod Pałacem Kultury – do Jamesa Browna, a na Patelni zastygają w bezruchu. Tymczasem modernistyczna, XX-wieczna Warszawa znikała ekspresowo. Przestały właśnie istnieć pawilon Chemii i kino Skarpa. Nadal stało kino W-Z, czyli dawny klub Fugazi, niestety już niedługo – budynku nie udało się wpisać do rejestru zabytków. W odremontowanym budynku stacji Powiśle ruszyła kawiarnia. W dawnym Sezamie wciąż można było zjeść hamburgera, zaś dawny sklep Emilia przekształcił się w siedzibę Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Wiosną 2009 zobaczylibyśmy w jasnej przestrzeni pawilonu prace palestyńskiej artystki Ahlam Shibli, poświęcone doświadczeniu utraty domu (to istotnie zaskakująca klamra z rokiem 2024). Zachęta sięga do pogranicza muzyki i sztuk wizualnych z „Inwazją dźwięku”. To przygrywka (ha!) do eksploracji tego terenu, który na kilka lat zaabsorbuje polskie instytucje. Tamże Karol Radziszewski uskutecznia „Siusiu w torcik”, cytując Edwarda Krasińskiego i wyciągając prace z magazynów Zachęty – choć szum wokół wystawy zapamiętałam niestety lepiej niż samą jej zawartość. CSW mierzy się ze sztuką krytyczną w „Schizmie”, zaznaczając, że to już etap zakończony, a na wystawie „Świat nie przedstawiony” przywołuje fotograficzne obrazy polskiej transformacji. Transformację przechodzi i sama fotografia, wypraszana stopniowo z prasy, bo przełom dekad to czas wyjątkowo trudny dla fotoreporterów i fotoedytorów. Odnajduje się w obiegu artystycznym, wystawowym i w blogosferze, jak Kuba Dąbrowski czy Bart Pogoda. Tanie loty sprzyjają odkrywaniu w sobie blogera podróżnika.

15 lat w kulturze

W „Dwutygodniku” już od 15 lat przyglądamy się kulturze. Przez ten czas wiele się zmieniło. Media społecznościowe rosły w siłę, a te papierowe przechodziły kryzys za kryzysem. Po polityce ciepłej wody przyszedł czas na zimny prysznic. Przynajmniej w świecie sportu zrobiło się podobno trochę milej. W numerze urodzinowym przyglądamy się kulturze ostatniego piętnastolecia.

W polskim terenie też jest zresztą co fotografować. Polska 2009 roku jest nadal ziemią ostańców i dinozaurzych szkieletów, które wydają się przygotowane, by trwać wiecznie. Stoi nadal katowicki dworzec, teraz już broniony przez architektów i mieszkańców: wystarczyło go umyć, by niegdysiejsze epicentrum grozy ujawniło swoją urodę. Ale są i te tereny, gdzie po aparat co chwilę sięgać mogą Wojciech Wilczyk i Andrzej Tobis; boczne drogi, zamrożone w czasie mniejsze miasta. Widać na nich czasem osad biedy, czasem doraźną pomysłowość, ale przede wszystkim tę dziwną poetykę resztek, wśród których wszyscy, niezależnie od swoich późniejszych losów, się wychowali. Wszystko pokrywa oswojona rdza, której możemy nie lubić, ale nie znamy innej. Doskonałym refleksem wykazał się prof. Marek Krajewski, zachęcając studentów wszystkich uczelni do dokumentowania takich miejsc w projekcie „Niewidzialne miasto”, jakby przeczuwał koniec przestrzeni tworzonej samorzutnie przez i dla ludzi.

Album „Tu było kino” Ewy Cieniak i Bartka Nowakowskiego (2008) przypomina neony na ogół niedziałających już kin w każdej mniejszej miejscowości. Miejsca wydają się po prostu trwać, pozostawione samym sobie, nikomu nie przeszkadzając. Na stare warstwy nachodzą kolejne. Gdy jednak pojawią się pieniądze – a już za kilka lat pojawi się ich sporo – okaże się, że łatwiej jest zniszczyć niż naprawić, i urokliwe nieraz budynki wraz z ich neonami znikną całkowicie albo ulegną zdumiewającym deformacjom (por. zjawisko „birutyzacji”, opisane w „Obiektach, które stały się biedronkami”, wyd. Instytut Dizajnu i NIAIU). Wraz z kanalizacją, chodnikami i oświetleniem pojawia się też widmo demolki, zupełnie jakby był to konieczny okup za poprawę jakości życia. To demolka kalkulowana, która każe poświęcać w ofierze wszystko, co trochę starsze, płacić za podstawowe wygody tożsamością i specyfiką. Powoli wszędzie wkrada się bezwzględnie pragmatyczna, utylitarna, ale zarazem krótkowzroczna logika rentowności. Dotyka ona architekturę, lecz także transport. Kolej, argumentując „nierentownością połączeń”, zaczyna je bezwzględnie ciąć. Jeśli masz pecha mieszkać na przykład w Braniewie – w roku 2009 pociągiem już z niego nie wyjedziesz. Trasa Warszawa–Kraków dla niektórych składów trwa za to pięć godzin. Może więc samochód? Jeśli lubisz dziury i wertepy, to oczywiście. Pod koniec 2009 roku GDDKiA szacowało stan 40% nawierzchni jako „wymagający naprawy”.

Pod względem bytowego szycia i łatania rok 2009 przeciętnym obywatelom dawał mocno w kość, choć zarazem ludziom zaradnym pozwalał wykazać się pomysłowością. Bezrobocie, ta odegnana na pewien czas zmora, znów rosło. „Kryzys, panie, kryzys” – to powiedzenie rodem ze starej miejskiej legendy mogłoby posłużyć za motto niejednego właściciela firmy w okolicach 2009 roku. Recesyjna fala uderzeniowa zapoczątkowana w Stanach Zjednoczonych sprawiła, że w Polsce cięto koszty i stanowiska prewencyjnie. Takie słowa usłyszał na przykład mój kolega, utraciwszy z trudem zdobytą posadę w dziale obsługi klienta, i minęło sporo czasu, nim znalazł cokolwiek innego. Kraków – bo tam wówczas mieszkałam – dopiero stawał bowiem do konkurencji o tytuł krainy outsourcingu. Kilka lat później o zwyczajach pozyskanych z zabierzowskich biur absolwentów powstawać będą liczne memy. Na razie na wyproszonych z rynku pracy dwudziestokilkulatków czekały głównie chytruski, które po okresie próbnym dziękowały za współpracę i milkły jak głaz, pospiesznie angażując kolejnego pechowca. U stóp Wawelu te cwaniackie inicjatywy rozkwitały tysiącem kwiatów, choć zapewne nie tylko tam. Zatrudnieni w przedsiębiorstwach często co miesiąc mieli przedłużane umowy o dzieło, co zapewne dziś stanowi jedną z przyczyn niewiary w przetrwanie systemu emerytalnego. Dla mnie był to pierwszy rok z umową o pracę, co – sądząc po reakcjach znajomych – uchodziło za zjawisko bliskie niemożliwemu.

Hasło „zielona wyspa”, jak chętnie wówczas mawiano w optymistycznych raportach, powołując się na statystyki głoszące, że kryzys ekonomiczny Polskę ominął, w licznych uszach musiało pobrzmiewać gorzką ironią: skoro jest tak dobrze, to dlaczego jednak wcale nie? Podobnie jak średnia płaca (ponad 3000 zł, realnie rzadko widywane). Polak jednak, gdy musi, ucieka się do sposobu. Kto mógł, zakładał małą działalność i starał się o fundusze z unijnego programu Innowacyjna Gospodarka. Wielu i wiele wzięło te zachęty całkiem serio i może nawet działają z powodzeniem do dzisiaj. Na swój osobny film czy łotrzykowską powieść czeka jednak sprytna dotacyjna drobnica, pamiętam bowiem akty dwuletniego pozorowania innowacyjności, by sprawić sobie dobry sprzęt komputerowy. To zjawisko przy okazji uruchomiło całą sieć drobnych podzleceń dla mrówczo pracowitego ludu internetowego: tu proszę sprawdzić mi poprawność wniosku, a tu przetłumaczyć dokument na angielski. Czasami za kilka złotych, bo takie stawki dawało się znaleźć na najbardziej niesławnych portalach ogłoszeniowych, podobnie jak w innych branżach. Wystarczyło tylko zaczekać na odpowiednio zdesperowanego chętnego. A tych nie brakowało, bo oprócz oczywistej potrzeby zarobienia jakichkolwiek choćby pieniędzy panowała zdumiewająca wiara w siłę własnej determinacji i w opłacalność starań. Piszę to również w swoim imieniu, i nie bez zdziwienia.

No dobrze, gdzie w takim razie zamieszkać przy tak zachęcającej sytuacji na rynku pracy? Zarobki były, owszem, niskie, ale też życie pozostawiało może większy margines na kombinowanie. Jednopokojowe mieszkanie w Krakowie można było wynająć za 1200 zł, a komu nie potrzeba było aż tyle prywatności, mógł zaoszczędzić, wynajmując coś ze znajomymi. Dla dwudziestokilkuletniego ówczesnego milenialsa własne mieszkanie, podobnie jak dzisiaj, pozostawało poza horyzontem marzeń – kredytów banki udzielały niechętnie, zwłaszcza młokosom o permanentnie niepewnym zatrudnieniu (umowie o dzieło przedłużanej co miesiąc). To przedłużyło mojemu pokoleniu niezaplanowane trwanie w młodzieńczości, rozumianej jako tymczasowość i życie z dnia na dzień. Z pomocą przychodziły nadal wyjazdy zarobkowe. Wielu zdecydowało się z nich nie powracać.

Nie używano wówczas słowa „hipster”. Obowiązywało inne przykre słowo o odpowiednim ładunku jadu: „lans”. Jego symbolem stał się papierowy kubek na kawę z nieistniejącej już dziś sieci Coffee Heaven lub torba papierowa z droższej sieciówki odzieżowej. Osoby korzystające z nich wielokrotnie – na przykład używające kubka z kawiarni jako oprawy na zwykły, anonimowy kubek – bywały obiektami drwin. Internet użytkowników – wciąż używano sformułowania „Web 2.0” – bywał podatny na krótkotrwałe mody, lecz przede wszystkim wynagradzał pomysłowość. Tak prezentowała się na początku społeczność szafiarek, demonstrujących autorskie stylizacje złożone z własnej odzieży: Harel, Szafa Sztywniary, Alicepoint. Inspirował je zwykle Londyn, wszak to nadal epoka indie rocka, Kate Moss i mody zwanej boho, która pozwalała wystroić się za grosze. Jabłka z gałęzi sławy wisiały dość nisko, wystarczyło wykazać się refleksem. Papierowe media, niestety, z uporem godnym lepszej sprawy ogrywały ten sam od lat kalamburek, polegający na zestawieniu słów „blog” i „blaga”, i ujawniały własne nienadążanie za cyfrową rzeczywistością.

W 2009 roku rozmawiano też wiele o prawie do prywatności w internecie, nastąpiło ujawnienie tożsamości blogerki i komentatorki politycznej Kataryny na łamach mediów, co kazało zrewidować dotychczasowe standardy mówienia i myślenia o sieci. Z jednej strony, choć nie obowiązywało RODO i danym osobowym zdarzało się krążyć dość swobodnie, uznano dość powszechnie, że blogerka miała prawo do anonimowości. Z drugiej zaś – internet na mocy powszechnego porozumienia uchodził za przestrzeń niejawności, pseudonimu, aliasu, za którym każdy ma prawo się chować – ale tylko do czasu. Hegemonia gmaila jako klienta poczty e-mail przyczyniała się stopniowo do rozpowszechnienia formatu „imię.nazwisko@gmail.com”. Własne dane wypadało też zamieścić na świeżym jeszcze Facebooku, obfitującym póki co w zapomniane funkcje typu wysyłanie wirtualnych prezentów, tworzenie quizów o znajomych i symboliczne zaczepki. Vlogi na YouTubie zachęcały do firmowania własnych słów nie tylko nazwiskiem, ale i twarzą. Następował podział na internet „jawny” i „niejawny”. Anonimowość kojarzono z nękaniem i spamowaniem, nie przyjęło się jeszcze bowiem powszechnie mówienie o trollingu. Ewentualnie ze specyficznym folklorem: sekcje anonimowych komentarzy prowadziły wszystkie większe portale, dorabiając się z czasem stałych bywalców, jak jasiu_smietana (słynący z frazy „bes sęsu”) czy sławni_wegetarianie (publikujący caps lockiem listę sławnych wegetarian). Internet, do którego regularny dostęp miała połowa Polaków, nadal nie był traktowany do końca serio, może jako przestrzeń, w której wszystko dzieje się na niby. „Śmietnik czy sezam kultury” – takie pytanie powracało w arkuszach maturalnych i najprawdopodobniej sformatowało też na dłuższy czas myślenie o sieci.

Tymczasem wobec cyberstalkingu, nękania, agresji online prawo pozostawało na razie bezradne. Do takich aktów dochodziło już nawet na poczciwym portalu Nasza Klasa, wciąż najpopularniejszym w Polsce. Choć już niedługo – sami wymierzyli sobie śmiertelny cios, uruchamiając powszechnie znienawidzoną funkcję „śledzik”. Sprowokowała ona niespodziewany renesans myślenia magicznego: po profilach krążyły łańcuszki szczęścia, których wklejenie miało pomóc w pozbyciu się śledzia.

W muzyce – mowa o takiej, z którą można było się zetknąć w powszechnie uczęszczanych miejscach, o muzyce z radia i TV – do głębokiej defensywy przeszły hip-hop i disco polo. W radiu to epoka umiarkowanego pop rocka: Feel, Anny Wyszkoni, a dla pragnących większej literackiej rafinady – Czesław Śpiewa, Heya i solowej Nosowskiej z piosenkami Osieckiej. Wyważeni ludzie chcą słuchać przebojów o letniej temperaturze, takich jak „Od dziś” Paulli, i oglądać pogodne seriale komediowe („BrzydUla”, „Ranczo”, „39 i pół”). Polska rozrywka przybiera oblicze niegroźne i pozbawione szczególnych kontrowersji, nawet gdy wziąć pod uwagę image Dody czy stylistyczną woltę Agnieszki Chylińskiej. Od czucia się źle jest seans „Domu złego” i kryminały Marka Krajewskiego. Ta tendencja chyba nigdy nie zakończyła się tak na dobre; w letnich temperaturach, jeśli wierzyć radiu, wciąż czujemy się najbardziej komfortowo.

Patronite

Wizyty światowych gwiazd nie budzą już sensacji, a i sami artyści przestali omijać Polskę. Trwa nieustająca moda na angielski festiwalowy rock i pop typu Arctic Monkeys, sympatyczny i pozbawiony elementów wywrotowości, podobnie jak znacząca część ówczesnej kultury popularnej – niby alternatywnej, a jednak tworzonej tak, by wszystkim się względnie podobała, jak murale w stylu fantastycznym. Być może dlatego każdy na wyścigi stara się wyrobić sobie zdanie o Lady Gadze: nareszcie ktoś, o kim nie do końca wiadomo, co sądzić, kto wprawia w lekkie zakłopotanie i nie jest tylko twarzą dla fachowej produkcji. Off Festival po raz ostatni odbywa się w Mysłowicach, Aphex Twin gra w hali huty ArcelorMittal w Krakowie, na Unsound – Sunn O))) z Attilą Csiharem. Sporo znaczących wydarzeń – dla mnie jednak 2009 rok muzycznie na zawsze będzie pobrzmiewał irytującą, lalczyną manierą australijskiej piosenkarki Lenki w piosence „The Show”, wykorzystanej w reklamie ramówki TVN. To kilka minut, które skupia w sobie wszystkie defekty „milenialskiej” kultury popularnej.

Krajobraz końcówki pierwszej dekady wspominam jako przyjemny przyrodniczo. Mylnie zakładałam, że w Polsce godzimy się z tym, że coś sobie po prostu rośnie, i chętnie wyprawiałam się na miejskie i zamiejskie nieużytki, obfite łąki, gdzie widywałam czarne pszczoły i zielone dzięcioły. Uważałam nas za nację sympatycznych bałaganiarzy pod względem stosunku do zieleni. Cóż, byłam w błędzie – wystarczyło wręczyć nam piły, by ujawnił się złowrogi Mr Hyde, wróg liści, gałęzi, ptaków i traw. Swoje pogłowie zwiększała za to dominująca fauna Polski, fauna innego typu. Sklep z czerwonym owadem w nazwie reklamuje się serią filmików z animowanymi warzywami. Uczestnicy Przystanku Woodstock, nudząc się w długaśnej kolejce w markecie (wówczas nadal raczej dyskontowym), wymyślają doraźne rozrywki, irytując pozostałych klientów. Sklepy z płazem w nazwie używają hasła „blisko, szybko, wygodnie” i pomimo kary za wprowadzanie klientów w błąd (myląca kampania reklamowa) kontynuują ekspansję. Ale 2009 to przede wszystkim rok małpki – za sprawą ówczesnego posła Janusza Palikota, który w typowy dla siebie sensacyjny sposób nagłośnił sprawę zamówienia miniaturowych butelek alkoholu przez Kancelarię Prezydenta. Nazwa przy okazji ekspresowo przykleiła się do względnie nowego na rynku produktu, nadając symbolicznie ramę rozpoczynającej się właśnie epoce innego typu picia. Ze społeczeństwa upijającego się gwałtownie i bez kontroli zaczynaliśmy przeobrażać się w społeczeństwo na niewielkim, za to permanentnym, skrytym i samotnym rauszu.

O tym, jak daleko odpłynęliśmy – z ciepłej zatoczki na realnie niebezpieczne wody – od 2009 roku, niech świadczy pewien niefortunny rekwizyt. Symboliczny guzik z napisem „reset”, wręczany uradowanemu Siergiejowi Ławrowowi przez Hillary Clinton, jawi się dzisiaj jako ponury żart – tym bardziej że już wtedy na łamach „Europy”, ambitnego dodatku do „Newsweeka” (wcześniej do „Faktu”, tak!), kawę na ławę wykładał Aleksander Dugin, oznajmiając, że Rosja zamierza wchłonąć Białoruś i wschód Ukrainy. Sprytna to strategia: zatrudnić posłańca, który choć mówi prawdę, to tak, jakby bredził. To dlatego, że w 2009 roku świat musiał wydawać się Europejczykowi niedorzecznie wręcz bezpieczny. Wszelkie niebezpieczeństwa i groźby istniały sobie w umownym Gdzie Indziej. Co za głupi pomysł, by tak uważać, czyż nie?

Nudnopolska musiała zniknąć. Musiała, bo kuszący stan funkcjonowania „jako tako”, który oferowała, nie mógł trwać wiecznie. Sami jego praktycy uznali, że mają go dość. Nie ma już Nudnopolski i nie wiem, czy warto za nią tęsknić. Za to „Dwutygodnik” na szczęście dalej jest.