Zamiast muzyki przyszłości
fot. Rankin

6 minut czytania

/ Muzyka

Zamiast muzyki przyszłości

Olga Drenda

Grimes w swojej twórczości kieruje się szlachetną zasadą słuchania bez uprzedzeń. Wydaje się, że wymarzony efekt to brzmienie, w którym przytulą się do siebie Skrillex, Mariah Carey i koreański K-pop. Rezultat takiego połączenia niestety rozczarowuje

Jeszcze 2 minuty czytania

Początki kariery Grimes, czyli Claire Boucher, przypadły na lata 2010–2011. Był to moment szczytowego rozwoju autorskiej mroźnej pop-elektroniki w gotyckim czy postpunkowyn sztafażu (Bat For Lashes, Zola Jesus). Kanadyjska artystka wpasowała się w ten nurt, na początku tworząc nagrania w stylu kojarzącym się z dream popem czy dark wave lat 90. Od siebie dodała klimat informacyjnego przeładowania. Był to gotyk czasów sieci społecznościowych, scrollowania i zaburzeń uwagi, kapryśny, szkicowy i niedokładny. Nagrywali go ludzie wychowani nie na The Sisters of Mercy i The Cure, a na hip-hopie i nowoczesnym r'n'b.

Po wydaniu swojego poprzedniego albumu, nagranego dla 4AD „Visions” (2012), Grimes mówiła o swojej muzyce „ADD pop”. Nagrany w ekstremalnych warunkach (ciemność, deprywacja snu i jedzenia, środki zmieniające świadomość) przy pomocy aplikacji Garageband – album brzmiał chwilami jak moment psychodelicznego olśnienia. Nierówny i chaotyczny, bałaganiarski, przypominał muzyczną wersję konta na Tumblrze, ale przy tym dostarczał czegoś ekstatycznego, czego przez długi czas w muzyce bardzo brakowało. Przywodziło to na myśl stare przeboje rave'owe sprzed dwudziestu lat: „Little Fluffy Clouds” The Orb, „Halcyon+On+On” Orbital czy „It's a Fine Day” Opus III (z którego zresztą Orbital zsamplowali linię wokalną). Grimes przywoływała świat znany z „Cyberii”, książki Douglasa Rushkoffa z lat 90.: subkulturę hakerów, transhumanistów, miłośników modyfikacji ciała i poszerzania umysłu. Z prezencją kosmitki z różową grzywką, w lateksach i glanach, udało jej się trafić w sam środek zeitgeistu, nasyconego nostalgią za czasami internetu lat 90.

„Visions” przyniosły Grimes faktyczną sławę, ale też sporo problemów: zza nagrań wychyliła się bardzo wrażliwa osobowość, trochę ekshibicjonistyczna, podatna na ekscytacje i traumy. Kiedy oczekiwano na jej kolejne wydawnictwo, zdążyła nagrać nowy materiał, wyrzucić go do kosza jako zbyt młodzieńczy i depresyjny oraz napisać potencjalny przebój dla Rihanny. Gwiazda ostatecznie zrezygnowała z kompozytorskich usług Kanadyjki, a singiel zatytułowany „Go” ukazał się pod szyldem Grimes, poniekąd zapowiadając nowy, bardziej popowy kierunek. Claire Boucher cały czas pracowała na swoje nazwisko i na to, żeby postrzegano ją jako niezależną autorkę. Wzniecała dyskusje, stwierdzając m.in., że nie chce być, jako kobieta-producentka muzyki, infantylizowana i sprowadzana do roli obiektu seksualnego. Odmówiła współpracy z zewnętrznymi producentami. W czasie pracy nad nową płytą zapowiedziała, że jej dyscyplina pracy będzie „równie ścisła jak u Nine Inch Nails” i przypomniała swoje niegdysiejsze fascynacje ciężkim crossoverem spod znaku Mindless Self Indulgence

.


Efektem jestArt Angels”, album osadzony gdzieś w strefie pomiędzy popem a internetową alternatywą. Od czasu wydania „Visions” granice między popem i alternatywą jeszcze bardziej się rozmyły. Muzyka kilka lat temu niszowa, związana z artystami takimi jak Purity Ring czy FKA Twigs, trafiła na listy przebojów. Z kolei czysty pop opuścił kategorię „grzesznej przyjemności” i stał się dla ambitnych recenzentów gatunkiem muzyki, o którym można pisać i oceniać na tych samych prawach co rock czy elektronikę.

Grimes nadal każe nam myśleć o technoutopii, o której marzono w latach 90. Ówczesne próby przedstawienia tego wyśnionego świata pozostawały w popkulturze nieco toporne (film „Hakerzy”). Na Tumblrze profil, który prowadzi, artystka przedstawia się jako „surrealistyczna yuppie, miejska czarodziejka, poetka-wojowniczka, roślinożerczyni, anioł sztuki”. Rezultaty wdrażania utopijnej wizji w życie wychodzą niestety kakofonicznie i rozczarowująco. „Art Angels” jest żarówiasty, agresywny, eklektyczny i bardzo irytujący.

Grimes w swojej twórczości kieruje się szlachetną zasadą słuchania bez uprzedzeń. Nawet najbardziej komercyjny, jaskrawy, fastfoodowy pop jest dla niej absolutnie do przyjęcia. Może nawet im bardziej żarówiasty i frenetyczny, tym lepszy. Wydaje się, że wymarzony efekt to brzmienie, w którym przytulą się do siebie Skrillex, Mariah Carey i koreański K-pop. Boucher wielokrotnie stawała w obronie muzyki z list przebojów. Wykorzystanie tych fascynacji daje jednak, zamiast muzyki przyszłości, niejadalne piętrowe ciastko. Boucher czasami wpada w pułapkę bezbarwnego popu z przełomu lat 90. i dwutysięcznych, z czasów globalnych fascynacji kanapowym soulem („Easily” brzmi jak odrzut z sesji All Saints) czy pop-rockiem z elementami nieszkodliwej elektroniki (te wszystkie bezbarwne piosenki Bryana Adamsa, Sheryl Crow albo Madonny, które nadal grają polskie stacje radiowe – Grimes Grimes, Art Angels, 4AD 2015Grimes, Art Angels”,
4AD 2015
podąża ich śladem w „Californii”). Duet z Janelle Monae przywodzi na myśl ostatnie single Madonny i udowadnia, że same silne i twórcze osobowości nie są gwarancją dobrej piosenki.

Charakterystyczny, wysoki, trochę dziecięcy głos Claire Boucher, który na wcześniejszych nagraniach często rozmywał się w tle nakładany warstwami, tu bywa irytująco wyeksponowany w „wiewiórczej” manierze. Szkicowość kompozycji dawniej udawało się skutecznie schować, a nawet zamienić w atut – gotycki pop opiera się bowiem na nastroju, nie na melodiach. Na płycie z potencjalnymi hitami owa szkicowość zaczyna uwierać i drażnić. Jedynie singlowy „Flesh Without Blood” ma w sobie marzycielsko-futurystyczny klimat charakterystyczny dla wcześniejszych nagrań Grimes. Przy okazji jest najlepszą i najbardziej spójną piosenką na płycie.

„Art Angels” to rozczarowanie, ale także pożyteczna lekcja. Okazuje się, że „dziwny pop” może być ślepym zaułkiem, niezależnie od tego, czy to artyści popowi zamierzają poprowadzić swoją twórczość w bardziej ambitnym kierunku (co widzimy na przykładzie niedawnej, nieudanej współpracy Miley Cyrus z Flaming Lips), czy ikony undergroundu patrzą tęsknie w stronę największych gwiazd pop.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.