Adolf i Ewa: idylla
Deutsches Bundesarchiv

Adolf i Ewa: idylla

Joanna Tokarska-Bakir

Z biografii Ewy Braun dowiemy się, jak dalece zafałszowany był wizerunek Hitlera jako Wielkiego Ofiarnika. Niestety książka wpisuje się w światowy pochód produktów fascynacji tą półboską parą kreacyjną

Jeszcze 2 minuty czytania


„Im bardziej znaczący mężczyzna, tym mniej znacząca kobieta” – w tej dewizie, której sformułowanie przypisywano Hitlerowi, odbija się zasada męskiej dominacji, spisku, który zmienia społeczeństwo w teatr marionetek. Tylko pozornie wymierzony jest przeciw kobietom. W znacznie większym stopniu deformuje on mężczyzn, których wpędza w rolę „potwornych, wrzaskliwych, skorych do bitki samców, którzy zabawiają się jak dziecko wyznaczaniem na ziemi kredowych linii, tworzących między ludźmi sztuczne, nieprzekraczalne, mityczne przegrody, wśród których on, pomazany złotem i karminem, przybrany piórami i na podobieństwo dzikusa, odprawia swoje rytualne obrzędy i ze swej władzy i potęgi czerpie wątpliwe przyjemności, podczas gdy my, «jego» kobiety, tkwimy w klatce prywatnego domu, nie mając wstępu do żadnych z funkcjonujących w naszym społeczeństwie stowarzyszeń i organizacji” (Virginia Woolf „Trzy gwinee”, przeł. E. Krasińska). Książka Heike B. Görtemaker, poświęcona postaci długoletniej partnerki Hitlera Ewy Braun, w równym stopniu opisuje, jak i sankcjonuje ten spisek.

Opisuje, gdy z zawziętością śledziennika bada okruchy, jakie pozostały z życia Braun. Sankcjonuje, gdy prywatne myli z publicznym, demonizując i polityzując zmiany, które prostą, zahamowaną dziewczynę z Monachium zmieniły w „rozkapryszoną, bezkompromisową zwolenniczkę dochowania bezwarunkowej wierności dyktatorowi”. Osobiste uczucie, poświęcenie, nawet miłość, nie wystarczają historykowi jako wyjaśnienie decyzji o wspólnej śmierci z mężem, którą Ewa Braun podjęła w końcu kwietnia 1945 r. Musi się tu pojawić jeszcze wątek politycznego fanatyzmu. Bez niego bohaterka byłaby zbyt ludzka, zbyt do nas podobna.

Heike B. Görtemaker „Ewa Braun. Na
dworze Führera”
.
Przeł. Ryszard Wojnakowski, Wydawnictwo
Literackie, Kraków, 456 stron, w księgarniach od listopada 2011
Historyczce przyświecała idea zdjęcia z niemieckich kobiet aureoli niewinności, w jaką wyposażali je poprzednicy, w tym ludzie tak wybitni jak psychoanalityczka Margarete Mitscherlich. Niemiecki antysemityzm był jej zdaniem chorobą typowo męską, ściśle związaną z męskim rozwojem społecznym. Ponieważ kobiety „ze strachu przed utratą miłości” skłonne są dopasować się do „męskich uprzedzeń”, w narodowosocjalistycznym państwie „jak wszyscy słabi i uciśnieni w społeczeństwie” identyfikowały się z agresorem. Görtemaker nie zgadza się z Mitscherlich, ale wcale nie dlatego, że z agresorem identyfikowały się nie tylko kobiety, ani dlatego, że słabi, uciśnieni i lękający się utraty miłości bywają też mężczyźni. Decydując się na pozbawienie kobiet niewinności, historyczka wpada w dogmatyzm: „Czy nie wystarczy bezkrytyczne podzielanie światopoglądu i politycznych poglądów Hitlera, żeby nie być już ofiarą i stać się kolaborantką? Czy niebezpieczeństwo dyktatury nie polega także na owym ślepym posłuszeństwie?” – pyta. Pokusa jednoznaczności: jeśli ktoś jest ofiarą, nie jest już katem. I odwrotnie. Słuszny postulat odpowiedzialności moralnej niemiecka historyczka „przestrzela”, likwidując przykrą ambiwalencję, związaną z pozycją podporządkowania.

Ewa Braun i Adolf Hitler z psami, 1942
/ Deutsches Bundesarchiv

Czy piszę to, bo szkoda mi Ewy Braun? Nie, zżymam się na błędy, wynikające z zaniechania lektur, które pozwoliłyby autorce tych błędów uniknąć. Co prawda trzeba by czytać Marksa i feministki, gdyby jednak zaryzykować, można by się dowiedzieć, że status kobiety w społeczeństwie patriarchalnym odpowiada marksowskiej definicji towaru: jest utowarowionym stosunkiem społecznym. Kobieta to konstrukt historyczny mający zaspokajać czyjeś potrzeby: estetyczne, duchowe i seksualne. Nie zdejmuje to z niej odpowiedzialności, pokazuje jednak produkcję kobiet.

Cała ta książka jest właśnie taka – przełamujemy jeden stereotyp, by zastąpić go innym. W pewnej mierze stanowi ona typowy wytwór pracy historyka, któremu wydaje się, że wystarczy odkryć nowe fakty, by obraz prawdy odbił się na kartach historii jak twarz Chrystusa na chuście świętej Weroniki. W związku z tym nigdy nie poddaje refleksji właściwego organu produkcji prawdy: skoncentrowanego w oczach i sercu historyka percepcyjnego sita, które jedno przepuszcza, drugie zatrzymuje, choć czytelnikowi nie wyjaśnia się nigdy, dlaczego. Każdy, kto kiedykolwiek coś uczciwie opisywał, wie, że podstawowym zabiegiem umożliwiającym opis jest selekcja. Wybiera się to, co najważniejsze. O tym, co najważniejsze, decyduje klasyfikacja społeczna. W trakcie selekcji następuje reprodukcja całej społecznej ramy, bez której rozumienie nie jest możliwe. Tyle że dziś ta rama nie jest już, jak dawniej, niewidoczna. A tym bardziej niekwestionowalna.

Ewa Braun przebrana za Ala Jolsona,
1927
Książka wpisuje się w niekończący się pochód produktów, zaspokajających światową fascynację ową półboską parą kreacyjną w nowoczesnej historii niemieckiej. Wbrew rozpaczliwym próbom demitologizacji (zob. staranne uzwyczajnienie śladów po bunkrze Hitlera, wkomponowanych w podwórko bloku mieszkalnego w Berlinie), fascynacja ta nie tylko nie gaśnie, ale raczej się wzmaga. Sama jej uległam, wybierając się do Berlina na wystawę pt. „Hitler und die Deutschen. Volksgemainschaft und Verbrechen”, zorganizowaną wielkim nakładem sił i środków w Niemieckim Muzeum Historycznym na przełomie 2010 i 2011 r. Nastroju tej wystawy nie sposób do niczego porównać, i nie chodzi tylko o skupienie, w jakim widzowie oglądali niektóre eksponaty, rozpoznając za szybą zabawki pamiętane z dzieciństwa.

Była to pierwsza wystawa pokazująca Hitlera jako emanację Niemców. Sam jej tytuł świadczy o uchyleniu zakazu nazywania rzeczy po imieniu – mowa o „Niemcach”, nie o „nazistach”. Kolory: czerwień, złoto i czerń, czyli niemal dokładnie jak chciała Woolf („karmin i złoto”). Oświetlenie imitujące płomienie, dużo mroku. Na wyobraźnię najsilniej oddziałują rekwizyty mitologiczne – ozdobiony swastyką kielich imitujący św. Graala, mglista scena z filmu Fritza Langa „Nibelungowie – gniew Krymhildy”, Wagner i arrasy przedstawiające Zygfryda. Orzechowe meble z Kancelarii Rzeszy, monumentalne jak berlińska architektura zaprojektowana przez Speera. Nagrobki esesmanów pokryte runami. Marsze z pochodniami, które ostatnio zagościły też w Polsce. Wyobraźnia nakręca się symbolami, choć prawdziwą rewelacją wystawy były prywatne artefakty i dokumenty osobiste: zabawki i gry planszowe oznaczone swastykami, zakotwiczające dziecięcą wyobraźnię w militaryzmie i zbrodni, fotografie nieprzebranych rozentuzjazmowanych tłumów, listy do Hitlera, pisane na urodziny przez wąsatych żołnierzy i drobne dziatki, wyznania miłosne nadsyłane przez zakochane kobiety.

Właśnie ze względu na ostatnie Hitler tak długo wstrzymywał się ze ślubem z Ewą Braun, a propaganda upowszechniała jego wizerunek jako nieprzejednanego kawalera, którego jedyną miłością są wielkie Niemcy. „Nic, ale to nic – nawet kobieta którą kochał – nie miało na niego wpływu, oprócz obowiązku” – napisał Robert Ley, jeden z jego fanatycznych paladynów. Ze względu na inny element „politycznego targetu” Führer nie rezygnował też z kabotyńskiego kultu matki („Każde dziecko wydane przez nią na świat jest bitwą, która toczy się o być albo nie być swego narodu”). Z książki dowiadujemy się, jak dalece zafałszowany był wizerunek Hitlera jako Wielkiego Ofiarnika. Od czasu, gdy fotograf Heinrich Hoffmann (wykonana przez niego fotografia Hitlera z psem i fortepianem otwiera katalog berlińskiej wystawy) podsunął Hitlerowi swą fotogeniczną pracownicę, Hitler pozostawał z nią w intensywnym zmysłowym związku. W Obersalzbergu, refugium, w którym spędzał przed wojną każdą wolną chwilę, była najważniejszą osobą na jego osobistym dworze. Prowadziła dom z talentem. Była czarującą gospodynią i tzw. idealną, taktowną, usuwającą się w cień żoną.

Z przyjemnością żeglujemy przez stworzony przez autorkę opis spokojnego, luksusowego życia w górskiej samotni, fantazjując przy tym, ile dusza zapragnie. Ze wspomnień współpracowników o Hitlerze wyłania się niedemoniczny, przyjazny człowiek, może trochę ekscentryczny (ma takie dziwne poglądy na temat Żydów!), ale w gruncie rzeczy inteligentny, niezwykle lojalny wobec kochanki, wielkoduszny i obdarzony świetnym gustem. Nie jestem pewna, czy o to właśnie chodziło Görtemaker, ale w trakcie lektury jej książki raz po raz łapiemy się na myśli, że w zasadzie nie mielibyśmy nic przeciwko posiadaniu tak wpływowych znajomych jak Adolf Hitler i jego sympatyczna przyjaciółka Ewa Helena Braun.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.