Stary król i nowe media

Stary król i nowe media

Bartosz Żurawiecki

Nie ma może „Król w Nowym Jorku” maestrii i baletowej precyzji niemych dzieł Chaplina, ale zdumiewająco trafnie opisuje świat, w którym aktualnie żyjemy. Różne są tylko szczegóły techniczne

Jeszcze 2 minuty czytania

Pamiętam, jest połowa lat 80. Święta Bożego Narodzenia czy też Wielkiejnocy. Zgromadzona przy stole rodzina pochyla się nad mięsem częściowo wystanym w długaśnej kolejce do rzeźnika, a częściowo załatwionym dzięki znajomościom na wsi. W telewizorze zaczyna się projekcja „Króla w Nowym Jorku”. Rodzina jest oburzona. „Znowu ta komusza agitka!” – krzyczy dziadek. „Chcą nam obrzydzić Amerykę, ale im się to nie uda!” – deklaruje wujek.

To prawda – w tym czasie z Telewizji Polskiej nieustannie sączy się antyamerykański jad. Że niby przez Reagana i jego sankcje nie ma w polskich sklepach kurczaków, a Ziemi grozi trzecia wojna światowa. Że ponoć w Ameryce pełno jest na ulicach żebraków i zboczeńców, zaś nieprawomyślnych prześladuje FBI do spółki z CIA. Rodzina ogląda tę na szpiegowski dreszczowiec stylizowaną propagandę, którą nadają zwykle po dzienniku telewizyjnym, niczym programy satyryczne. A niech się komuchy skręcają ze złości, my i tak wiemy, że Ameryka to cud, to ziszczone marzenie, a Reagan jest największym przyjacielem Polaków i naszego papieża! Co prawda, nikt z nas w Ameryce nie był, ale właśnie wrócił stamtąd kolega wujka (tylko dlaczego w ogóle stamtąd wracał?) i przywiózł płytę Bee Geesów.

Nie łagodzi rodzinnego oburzenia fakt, że „Król…” jest filmem Chaplina. Bo to nie ten Chaplin, którego rodzina lubi – pocieszny, w meloniku i z laseczką. To jakiś stary dziad, który w ogóle się rodzinie z tamtym Chaplinem nie kojarzy. Ja zaś – od dzieciństwa zakochany w komediach Charliego – mam teraz straszny moralny dylemat. Boże, czyżby ten Chaplin był… komunistą? Nie chodził do kościoła i śpiewał „Międzynarodówkę”? Nie mieści mi się to w mym małoletnim rozumku.

Dopiero po wielu latach odkryję, że „Król w Nowym Jorku” – mimo słuszności ideologicznej – nie został przez państwowego dystrybutora zakupiony do polskich kin. Dlaczego? Bo przedstawiał jednak nazbyt kuszący obraz Ameryki materialnego dobrobytu, telewizyjnych atrakcji i uprzejmych kelnerów? A może obecny w filmie wątek przesłuchań, w czasie których tropi się wrogów ustroju, łamie się charaktery i zmusza dzieci, by donosiły na własnych rodziców, nasuwał zbyt oczywiste analogie z metodami działania rodzimych służb śledczych? Albo też dzieło było nazbyt drogie i nie starczyło dewiz? Ot, zagadka dla dociekliwych historyków.

Przedostatni film Chaplina był zarazem pierwszym, który nakręcił po wyjeździe z USA, gdzie oskarżono go o sympatie komunistyczne i uznano za persona non grata. Jest więc „Król…” sarkastycznym rewanżem artysty na byłej ojczyźnie. Tytułowy monarcha europejskiego państewka ucieka do Nowego Jorku przed ludową rewolucją. Szachdow nie wygląda jednak na despotę – jest raczej poczciwy, staromodny i naiwny. Nie ma bladego pojęcia o amerykańskich realiach, toteż szybko i łatwo staje się łupem telewizyjnego szołbiznesu, który postanawia wykorzystać rozgłos, jaki przyniosła bohaterowi rejterada z macierzy. Potem nasz arystokrata wplątuje się, równie niechcący, w aferę polityczną – padają na niego podejrzenia o komunizm (król-komunista ha! ha! ha! dobre!), gdyż z dobroci serca pomógł wyszczekanemu chłopcu, którego lewicowi rodzice siedzą w więzieniu oskarżeni o „działalność antyamerykańską” (Ruperta Macabee zagrał brawurowo syn reżysera, Michael Chaplin). Komediowy ton zostaje w epilogu wyraźnie złamany przez gorzki akcent, w którym nie pobrzmiewa nuta „nadziei mimo wszystko”, znana z zakończeń innych filmów Chaplina (późny Chaplin generalnie jest dużo bardziej cierpki i mniej sentymentalny niż  Chaplin wczesny).

„Król w Nowym Jorku”, reż. Charles Chaplin.
Wielka Brytania 1957, w kinach od 25 lipca 2014 
Nie ma może „Król…” maestrii i baletowej precyzji niemych dzieł Charliego, ale zdumiewa tym, że opisuje świat, w którym aktualnie żyjemy. Różne są tylko szczegóły techniczne. To świat, gdzie dawne hierarchie społeczne zostały zastąpione przez hierarchię nową – na jej czele stoi celebryta, na samym dole są, jak dawniej, biedacy i outsiderzy. Świat, w którym realną władzę sprawują media, a największy obciach, wstyd i sromota staje się źródłem największego sukcesu. Świat do cna skomercjalizowany (już wówczas rytm programów telewizyjnych wyznaczają reklamy), oferujący rozkosze tępego podglądactwa (Szachdow nieświadomie bierze udział w reality show), zafiksowany na punkcie własnego wizerunku (motyw operacji plastycznych). Świat pozbawiony jakiejkolwiek idei, refleksji czy choćby zwykłego współczucia. Jednym słowem – jest to świat kapitalistycznej kultury masowej, która – gdy porównamy to, co Chaplin pokazał pod koniec lat 50. XX wieku, z tym, z czym obcujemy dzisiaj – rozwija jedynie swoje technologie. Forma i przekaz są od dziesięcioleci takie same, czyli żadne.

Gorzka wymowa „Króla w Nowym Jorku” ma także osobisty wymiar i to nie tylko dlatego, że po wojnie popularność Chaplina wyraźnie spadła. W swym złotym okresie artysta mógł wykorzystywać sławę i talent, by upominać się o tych, który zostali przez kapitalizm zepchnięci na dno. Współczesnego szołbiznesu już to nie interesuje. Mediów nie obchodzi ludzka solidarność, liczą się jedynie zysk i oglądalność. Nawet jeśli te obserwacje wydają się teraz banalne (iluż już nasłuchaliśmy się utyskiwań na media), to zarazem zupełnie nie straciły na aktualności. A nawet na niej zyskały. Bo też dzisiaj medialna bezwzględność jest dla nas czymś powszednim, zwyczajnym, wręcz naturalnym. Niestety, przyzwyczailiśmy się do niej. W 1957 roku jeszcze wydawała się kuriozum, przynajmniej w obiektywie chaplinowskiej kamery.

W zakończeniu filmu król opuszcza Nowy Jork i ucieka z powrotem do Europy, która ponoć nie uległa dyktatowi kultury masowej. Swoją drogą ciekawe, gdzie by dzisiaj osiedlił się Chaplin ze swoim bohaterem, mając do wyboru Amerykę Obamy oraz coraz wyraźniej zmierzający na prawo Stary Kontynent.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons CC-BY-NC-ND.