Rozklekotajcie mnie

Maciej Woźniak

W czasach triumfu światopoglądu nad żywą myślą poezja Roberta Rybickiego wydaje się wskazaniem drogi w przeciwną stronę. Nie skrystalizowane poglądy, ale wolnomyślicielski duch, zwykle skazany na (i za) włóczęgostwo

Rozklekotajcie mnie

Jeszcze 3 minuty czytania

Rozklekotajcie mnie

Dla poetyckiego mitu narastającego od dobrych dziesięciu lat wokół Roberta Rybickiego może lepiej byłoby, gdyby jego nowa książka nigdy się nie ukazała, a tym bardziej nakładem uznanego wydawnictwa. Tytuł tomu w sam raz pasuje do legendarnego samizdatu powielanego na brudzących kserokopiarkach bądź przesyłanego w zawirusowanych plikach. Powstawanie książki (czyli czas, który autor spędził na włóczędze między Poznaniem a Krakowem, między Wrocławiem a Pragą, często wiodąc żywot bezdomnego lumpa, zaniedbanego skłotersa) z napięciem śledziła spora część środowiska literackiego, więc idealnym zwieńczeniem procesu byłoby spłonięcie rękopisu albo śmierć laptopa. Rybicki stawia jednak czytelnika w sytuacji trudniejszej: „Dar Meneli” wyszedł drukiem.

Na szczęście dla książki mit „Ryby”, poety z Rybnika, jest podwójny (tak jak wiele innych mitów „życiopisania”). Pierwszy poziom tworzył się – od debiutanckiego tomu „Epifanie i katatonie” wydanego w 2005 roku przez Instytut Mikołowski – wokół kontestacyjnego i anarchizującego potencjału jego poezji, wymierzonej w zastane struktury społeczne czy komunikacyjne. Krzysztof Siwczyk pisał w literackim magazynie „Litera” o „rozmaitych ekscesach lirycznych”, o poezji, która „jest niczym ruch jurodiwych” czy wręcz o „zniechęceniu czytelnika do lekturowej empatii”. Piotr Sobolczyk w rozmowie z Tomaszem Cieślakiem-Sokołowskim (drukowanej w „Tyglu Kultury”) włączył do dyskusji o Rybickim wątek narkotycznych (konkretnie: marihuanowych) inspiracji jego wierszy, sugerując, że efektem bywa tyleż językowa wybujałość, co bezwstydność („nie boi się siły konwencji, nie lęka się mówić w taki sposób, w jaki inni by się bali, dlatego, że może zaczęliby się wahać, czy to nie jest antypoetyckie, albo za mało zrozumiałe”).

Robert Rybicki, „Dar Meneli”.
Biuro Literackie, 96 stron,
w księgarniach od kwietnia 2017

Adam Wiedemann w „Przekroju” nazwał Rybickiego wprost „strasznym dzieckiem” (w odróżnieniu od „dzikich dzieci”, czyli innych poetów z Górnego Śląska), które uwalnia się – jakby nie miało o nich pojęcia – od pisarskich zależności i konwencji, zaczynając każdy wiersz „w punkcie zero poezji” i kontynuując go „bez poszanowania uświęconych reguł literackości i zwłaszcza «kulturalności»”. Jednak Wiedemann zwraca także uwagę na „całą erudycję” Rybickiego („uwalnianie się” od wiedzy bywa zadaniem trudniejszym niż jej „zdobywanie”; ta dychotomia jest zresztą jednym z przewodnich motywów w twórczości rybnickiego poety), a wywód puentuje aforystyczną frazą: „można by powiedzieć, iż autor nie przebiera w słowach, gdyby nie fakt, że właśnie bardzo uważnie w nich przebiera”.

W ten sposób docieramy do drugiego poziomu mitycznej obecności Rybickiego we współczesnej poezji polskiej: do pozytywnie rewolucyjnego aspektu jego wierszy. Kreują one, według Romana Honeta, „rodzaj rzeczywistości nadającej się do uwspólnienia, co nie musi automatycznie oznaczać zapraszającego gestu”. Wejście w taką, domniemaną czy też aprioryczną, wspólnotę bez zaproszenia stawia przed czytelnikiem wyższe wymagania. „Dodatni” biegun poezji Rybickiego tym się różni od „ujemnego”, że nie przygotowuje gruntu pod nową rzeczywistość przez wyburzenie starej, lecz od razu próbuje budować. Z tego, co jest pod ręką.

Ale „pod ręką” nie znaczy „w obowiązującym kanonie” czy „na lekcjach polskiego”. Przy okazji tomu debiutanckiego Karol Maliszewski zwracał uwagę na schedę, jaką Rybicki przejął po surrealistach czy nawet – jako „straszne dziecko” – po dadaistach („bohaterem tych wierszy jest język – uciekający od człowieka i powracający nagle w błyskach i olśnieniach. Niektóre z tych olśnień są najwyższej próby, wytrzymując porównania z olśnieniami Maxa Jacoba czy Rene Chara”). Wiele późniejszych rozpoznań krytycznych szło właśnie tym tropem, a sam autor potwierdził jego słuszność, nadając drugiej części nowego tomu tytuł „Nowy Tristan Tzara potrzebny od zaraz”. Potem coraz oczywistsze okazywały się związki „Ryby” z anarchizującą poezją z Czech (ciekawa rzecz: „Dar Meneli” po czesku ukazał się trzy lata temu w Ostrawie), tym bardziej dla tych, którzy mieli okazję zobaczyć na żywo poetyckie performensy poety z Rybnika, urągające „kulturze literackiej” i wystawiające poczucie dobrego smaku na poważną próbę.

Kiedy trafiamy na sugestie pokrewieństw w obrębie języka polskiego, pierwsi nasuwają się awangardowi poeci z dwudziestolecia międzywojennego, od Peipera po Wata. Potem pojawiają się nazwiska Mirona Białoszewskiego, Witolda Wirpszy i Tymoteusza Karpowicza, aczkolwiek recenzenci na portalu „CycGada” wskazywali na istotną różnicę, świadczącą o prymacie ideowego zaangażowania u Rybickiego („problemy relacji języka ze światem, logiki z objawieniem, Mózgu z Galaktyką (...) grunt pod takie architektury nie jest w polszczyźnie zbyt dobrze wykarczowany, bo przychodzący na myśl poprzednicy – Białoszewski, Karpowicz czy Wirpsza – atakowali temat raczej nie frontalnie, a tworząc układy mimo wszystko «chowające» dyskurs”). Właśnie owo zaangażowanie, jawność dyskursu, społeczny, moralny i artystyczny za jednym zamachem niepokój pozwalają dodać do listy poetyckich patronów Rybickiego jeszcze jedno nazwisko – Kazimierza Biculewicza.

Cień rzucany przez Biculewicza rozpoznajemy u „Ryby” nie tylko w mroku społecznego wyobcowania czy szyderczej postawy wobec wzorców kulturowych (z narodowymi i religijnymi na czele), ale także w specyficznie „sokratejskiej” dykcji, zarozumiałej i skromnej jednocześnie, która pozwala, z pozorowaną naiwnością poety prymitywisty, sięgać po najfikuśniejsze konstrukcje gramatyczne czy składniowe. Fraza Biculewicza: „Osioł zbiorowej katastrofy – jest bardziej skomplikowany niż myślisz” – pasowałaby na motto twórczości Rybickiego w ogóle, a do jego ostatniej książki w szczególności.

„Dar Meneli” pozwala przyjrzeć się zasadniczej sprzeczności napędzającej twórczość Rybickiego: skrajny indywidualizm zderza się w niej ze społeczną empatią, radykalny sceptycyzm i etyka sytuacyjna – z duchem wspólnotowym i wrażliwością lewicową. Gorgiasz spotyka Chrystusa, Sokrates – Jacka Kuronia. Wiersze, których areną jest poetyckie „ja” (raczej augustiańsko-kartezjańskie, lejkowate, choć Anna Kałuża, pisząc o Rybickim w „Nowych Książkach”, sugerowała także echa wschodnie, wskazując na „mantryczne” cechy jego poematów), stają się jednocześnie próbami wzniesienia językowych fundamentów pod nową rzeczywistość międzyludzką. Wyrafinowane poetyckie paradoksy (za chwilę zacytuję fragmenty wiersza pod tytułem „Wachlarz z żaru”) nie są schodami w górę, na literacki Olimp, lecz w przeciwną stronę. Bo też kierunek ku jasności i czystości okazuje się kierunkiem w dół.

Ślina na chodniku
                                toaleta rektoratu.

Jeszcze nie skończyła papierosa,
a juz skończyła mówić.

drży kwit
plamki potu


Myśl zaciska organizm
jak obręcz beczkę.

Z huku wyłania się jasny,
czysty głos żula.

Do moich tępych uszu
docierał stukot łbów o stoły,
gdy próbowałem
się skoncentrować
na jednym słowie,
które docierało
jakby z daleka, zza
morza, krystaliczne,
odcedzone
z obowiązków,
bezwarunkowe

Mamy tu przede wszystkim swobodny tok skojarzeń, nie na tyle jednak hermetyczny, by za nim tak zupełnie nie nadążyć i nie zauważyć wiodącej antynomii. Z jednej strony „rektorat” i „stukot łbów o stoły”, z drugiej strony „czysty głos żula”. Z jednej strony myśl jak obręcz beczki, z drugiej strony „słowo odcedzone z obowiązków, bezwarunkowe”. Ten podział daje się zauważyć w wielu miejscach książki, niekiedy dwa przeciwstawne elementy się ukonkretniają (kulturalny język akademii – naturalny język ulicy, kierat wyuczonego światopoglądu – wolna myśl poszukująca), innym razem metaforyzują, ale napięcie między nimi nie znika. Z jawnością dyskursu też bywa różnie. Raz autor rozwija radykalne improwizacje o fascynująco gąbczastej słownej fakturze, jak we fragmentach wiersza „Wielkie zasieki”:

Obłęk. Noco. Gumiś gryzie kameę.
Wiara czyni deuter. Lampy
sodowe jaźni. Nie pierdol mi tutaj,
owczarzu, wsypa dźwięku. Kał
na wadze, złoto oraz prawda.
Rozklekotajcie mnie, rozhuśtajcie cząstki.
Kliknijcie w grunt, gnatem w kant
rynny, gołąb spada z oniemienia.
Termin kaszlu się odpina, jak brelok
wieżowca ryku dziecka. Płacz
ma talent. Posoka grzmi i świeci,
to się odbija na zdezelowanej
kliszy pamięci, porysowanej błonie
fotograficznej, śluzówce horroru,
zostają telefony numerów, trzy
godziny dziennie, osiem godzin
dziennie, tydzień płonie, dajcie
magnezu, dajcie światła, nie
lampka, nie słońce, nie księżyc,
choć w pełni, nie oko, czy ktoś
widział niewidzialne światło,
zasłonięte przez poznanie

Natomiast innym razem dostajemy wiersz niemalże á la Czesław Miłosz:

Przypis do Karaska

na zachwaszczonym stadionie
graliśmy w butelkę

umysł zaschnięty w starej epoce
poszukuje źródła w nowej

czasami człowiek jest tak mądry
że mu się język plącze

nie machaj do mnie z topieli
duchu minionego czasu

nie ma przestrzeni między słowami
tylko mrówki maszerują przez mózg

szukaj poezji pod spódnicami
w barze pamięci zwiedzaj podziemia

strażniku własnego popiołu
dym cygara wypełnia wiersz

niebiosa nie milczą
jeśli masz je w sobie

Wcześniej myśl zaciskająca beczkę, potem prośba o rozklekotanie, a dalej jeszcze odmowa współpracy skierowana do ducha minionego czasu. W czasach niejakiego triumfu światopoglądu, tu politycznego, ówdzie religijnego, nad żywą myślą, reagującą na bieżąco i trzeźwo wglądającą w rzeczywistość, poezja Roberta Rybickiego, przy całej swojej złożoności, wydaje się dość prostym wskazaniem drogi w przeciwną stronę. Nie skrystalizowane poglądy, ufortyfikowane jak religijne dogmaty, nie kontrola, by bilans ocen i opinii był szczelny jak dach nad głową, ale wolnomyślicielski duch, zwykle skazany na (i za) włóczęgostwo.

„Dar Meneli” działa na obu poziomach mitu „Ryby”, poety z Rybnika. Dostarcza powodów, by kontestować zastane porządki, międzyludzkie i wewnątrzjęzykowe. Ale także – by tworzyć nowe więzi społeczne i komunikacyjne. Może pora, żebyśmy się trochę – każdy sam albo nawzajem – rozklekotali, bo w zaciśniętych obręczach naprawdę zaczyna brakować tchu.

Cykl tekstów o poezji powstaje we współpracy z Festiwalem Literackim im. Czesława Miłosza w Krakowie.
Festiwal Miłosza