Jeszcze inny cień
Biuro Literackie

11 minut czytania

/ Literatura

Jeszcze inny cień

Maciej Woźniak

Piotr Matywiecki w swoim poemacie stawia tezę, że cień Palamedesa, niestrudzonego innowatora, pada na wszystkie nasze sprawy, społeczne relacje, telewizory oraz iPhone'y, na masową pamięć i niepamięć

Jeszcze 3 minuty czytania

Kiedy Childe Harold obwoził po Europie swoje poczucie istnieniowego dyskomfortu, czytelnik dowiadywał się przy okazji sporo o historii, obyczajach i przyrodniczych osobliwościach odwiedzanych przezeń krajów. Mimo dygresyjności poemat Byrona zachowywał jeszcze zależność osnowy i wątku, natomiast pół wieku później, w „Statku pijanym” Rimbauda, opuściliśmy te bezpieczne wymiary, by również podążyć w kierunku dziejów i krajobrazów, ale już nie tyle świata, ile języka.

Piszę te słowa, zerkając na telewizor, w którym leci serial „Świat z góry”, emitowany codzienne po południu przez niezrównany kanał „Planete”. Twórcy serialu przemierzają kolejne kontynenty, nie tknąwszy stopą ziemi – filmują wszystko z lecącego śmigłowca. Pozwalają sobie wszakże na dwa odstępstwa od opisowej, nakierowanej na zewnątrz narracji: kiedy lektor co jakiś czas wspomina o konieczności tankowania na znajdującym się akurat w pobliżu lotnisku i kiedy kamerzysta chwyta w kadr cień helikoptera – niejako cień samego siebie. Wyobrażam sobie rozwój gatunku ukierunkowany tak, że kolejne światoznawcze seriale skupiają się coraz mocniej na cieniu śmigłowca, który przesuwa się, fascynująco wygina, rytmicznie oscyluje – na koronach drzew Amazonii i na wieżowcach Shanghaju, na grzbietach biegnącego stada bizonów i nieruchomego stada kontenerów.

Literatura tym bardziej sprzyja tego typu ewolucji. Na gruncie poezji polskiej wczesne poematy Słowackiego realizowały schemat wzięty od Byrona, ale już narracja „Króla-Ducha” zapowiadała rychłe pojawienie się Rimbauda. W „Kwiatach polskich” dzieje zamążpójścia córki ogrodnika były, w rywalizacji o zmysły czytelnika, bez szans z harmonicznym i melodycznym potencjałem polszczyzny puszczonej w ruch przez Tuwima. Jeszcze mocniejsze odchylenie rimbaudowskie prezentował przedwojenny poemat „Pióro z ognia” Przybosia, gdzie doszło do wykolejenia, zarówno z torów logiki postępujących po sobie wydarzeń, jak i sztywnych relacji myśl-rzecz. Społeczne czy moralne niepokoje dające podstawy „Poematowi dla dorosłych” Ważyka oraz „Poematowi dla zdrajcy” Gałczyńskiego pół wieku później coraz bardziej nikły przysłonięte „cieniem helikoptera”. U Ważyka była nim ujmująco żywa naturalność i kolokwialna bezpośredniość języka, u Gałczyńskiego zaś – całkiem inaczej – wyrafinowany kunszt frazy.

No dobrze, a gdzie zaczyna się współczesność polskiego poematu? Za współczesne można już chyba uznać utwory Witolda Wirpszy „Liturgia” i „Faeton”, które zostały napisane w latach 80. ubiegłego wieku – czyli równolegle choćby z poetyckim cyklem Herberta o Panu Cogito – ale musiały poczekać trzy dekady w piwniczce, zanim ich czytelnicy dojrzeli. Medytacyjna czy też modlitewna intensywność „Liturgii” zbliża ją do późnych poematów Słowackiego. A jednak dystans wciąż jest trudny do pokonania. Angażująca intelekt i dyscyplinująca uwagę formuła „Faetona” nie powinna zbijać z pantałyku czytelników wychowanych na wyrafinowanym poetyckim dramacie „Dziady”. A jednak zbija.

Z drugiej strony mamy zadziwiającą – jak na trudności przez nie stawiane – popularność poematów Andrzeja Sosnowskiego. Poematów współczesnych zarówno w warstwie powierzchniowej, użytkowej (czyli czerpiących z tego, co najbliżej: z języka mediów, reklam, menu urządzeń elektronicznych), jak i tej głębszej, ideowej (czyli podejmujących ożywioną konwersację z formułowanymi na bieżąco tezami filozofii czy socjologii). Można powiedzieć, że są to poematy, których bohaterem, czy też narratorem, jest właśnie współczesność. Śledzimy perypetie jej medialnego światoobrazu i językoobrazu, jej napowietrzną podróż nad wyspami ludzkich serc. Sosnowski zresztą cały czas czujnie się uwspółcześnia, apdejtuje, co podkreślali krytycy, piszący o jego dwóch ostatnich tomach „Dom ran” i „Trawers”.

„Nikogo rozsądnego nie interesuje dziś, co wiersz znaczy” – pisał niedawno Dawid Kujawa przy okazji (też poematowo zakrojonego) tomu „Dar meneli” Roberta Rybickiego. Wiadomo, że czytaniem książek – podobnie jak życiem społecznym, politycznym, rodzinnym – zajmują się głównie ludzie nierozsądni (dzięki czemu ten świat jeszcze się kręci, a nie zatrzymuje w zadumie). Trzeba jednak przyznać, że garstka rozsądnych trzyma się mocno. Cień helikoptera przesuwa się po krajobrazach uparcie, nie bacząc na wyniki oglądalności.

Biorąc do ręki wydany tej wiosny (ale pisany od kilku dekad) poemat „Palamedes” Piotra Matywieckiego, każdy stanie w końcu przed pytaniem, na ile rozsądnym (a na ile nie) czytelnikiem pragnie pozostać. Na ile ulec nieco staromodnej, uwodzącej ucho leniwym rytmem polszczyźnie i niesionemu przez nią autorskiemu przesłaniu, a od którego momentu im się oprzeć.

„Palamedes” wydaje się przykładem powrotu do tradycyjnej poematowej narracji: częściowo do formuły poematu prozą (którego wzorce tworzyli Baudelaire i Rimbaud), częściowo zaś do poematu dygresyjnego (snutego konsekwentnie wokół głównego wątku, jak było u Byrona). Matywiecki wydobywa z mroku kulturowego zapomnienia postać jednego z uczestników wojny trojańskiej, a wcześniej wybitnego inżyniera, niestrudzonego innowatora, autora wielu cennych wynalazków, którymi do dziś cieszy się cywilizacja. Autor sięga przy tym po ciekawe metody literackiej archeologii, antropologii, etnologii, stosując je naprzemiennie i bazując na imponującej erudycji, rozciągającej się na cały obszar kultury antycznej. Żywot mitycznego Palamedesa skończył się smutno – stał się on ofiarą intrygi Odyseusza, który dokonał na nim osobistej zemsty, fabrykując fałszywe oskarżenie o zdradę, co skończyło się ukamienowaniem niewinnego. Matywiecki tworzy z tej śmierci założycielską metaforę dalszych losów całej kultury tzw. Zachodu, włącznie z jej ostatnią odsłoną, zdominowaną przez masowe media. Znana skądinąd metafora „kryształowego pałacu” u Matywieckiego, w ostatnich częściach poematu, przybiera postać „świątyni Palamedesa”.

Piotr Matywiecki, „Palamedes”. Biuro Literackie, 192 strony, w księgarniach od maja 2017Piotr Matywiecki, „Palamedes”. Biuro Literackie, 192 strony, w księgarniach od maja 2017Teza warszawskiego poety, że cień Palamedesa pada na wszystkie nasze sprawy, społeczne relacje, telewizory oraz iPhone'y, na masową pamięć i niepamięć (pojawia się, rzecz jasna Zagłada, a już od woli czytelnika zależy, czy poprzestanie na tej dotyczącej Żydów), jest wyprowadzana stopniowo i bez pośpiechu. Kolejne archeologiczne warstwy i konteksty (że Palamedesa kompletnie przemilczał Homer, że Odyseusz miał całkiem konkretne powody do zemsty, że w starożytnej Grecjii śmierć była chwytem montażowym przenoszącym dalszy rozwój akcji w zaświaty, więc czemuż by i tam nie zajrzeć) są odsłaniane raz za pomocą skrajnie sprozaizowanych notatek, innym razem w trzymających podniosły, poważny ton wierszach. Ta podniosłość trochę przypomina wysoki ton Zbigniewa Herberta – tyle że w zasadzie pozbawiony Herbertowskiej ironii. Natomiast powaga i naukowa metodyczność poetyckiego wywodu mogą przywieść na myśl Witolda Wirpszę – tyle że Wirpsza sięgał po bardziej urozmaicony arsenał środków z różnych rejestrów języka.

Ta pojedynczość rejestru, monotonia, jednostajna solenność poetyckiej mowy z jednej strony zmusza czytelnika do wysiłku oderwania od tu i teraz, spojrzenia z wysokości, która pozwala ujrzeć obok siebie wydarzenia na przestrzeni trzech tysięcy lat, jednak z drugiej strony wydaje się wadą książki, ponieważ pobrzmiewa anachronicznie. Wszystko, co składa się na erudycyjną moc poematu – ilość lektur, faktów, legend, historyczno-mitologicznych koincydencji, które autor przyswoił sobie, po czym wsączył w materię książki – wymagało kilkudziesięciu lat bibliotekarsko-poetyckiej pracy. Czyli podsłuchiwania raczej tego, co w archiwum szeleści, niż tego, co w żywej mowie piszczy. Rozciągnięty na prawie 200 stron, pełen lirycznych subtelności wywód Matywieckiego jest zakrojony nader ambitnie, nieszczęsny patron naszej cywilizacji został wskazany całkiem spostrzegawczo, „stojąca fala” tragicznych wydarzeń, docierająca do nas bezustannie i drwiąca sobie z podziału na realne i mityczne, tworzy mocną metaforę. Kłopot w tym, że zamiast unieść się na jej skrzydłach, używamy języka, który jest niczym szczudła – wysokie i sztywne.

Lecz i z takiego stanu rzeczy, czy też stanu słów, czytelnik „Palamedesa” może wyciągnąć niemałe lekturowe korzyści. Sztywnawa, gruba materia tomu pozwala przyjrzeć się dokładniej ideowym wzorom, według których została utkana. Matywiecki czasami uprawia nader wnikliwą poetycką dialektykę (np. mnożąc Homerów, zakłócając linearny wzorzec rozwoju kultury, badając zależność mowy i przemilczenia) czy liryczną psychologię (np. raz patrząc na Palamedesa jak na bohatera solidnej realistycznej powieści, a za chwilę jak na ponadczasowo pojemny symbol), ale czasem bywa nadmiernie arbitralny – choćby widząc w Odyseuszu rewers Palamedesa. Odyseusz – przypomnijmy – mścił się wyjątkowo paskudnie, ale i fortel Palamedesa, dzięki któremu Odyseusz ruszył pod Troję (ot, wystarczy położyć przed pługiem pchanym przez udającego obłęd ojca jego własne maleńkie dziecko), też wygląda dość wrednie. Odautorska argumentacja (że Odyseusz wcześniej „należał do zalotników Heleny”, więc miał do wypełnienia konkretne zobowiązania) mimowolnie otwiera w głowie czytelnika kilka zupełnie aktualnych linków.

Jeśli spojrzymy na powód konfliktu Palamedesa i Odyseusza z perspektywy na tyle współczesnej, że zmieści się w niej pojęcie odmowy służby wojskowej (np. przez ojca rodziny) czy kwestia kosztów społecznych wojen (znów intensywnie obecna: po inwazjach na Irak i Afganistan), okaże się, że cień Odyseusza też może padać na nas z niespodziewanej strony. Natomiast jeśli odrzucimy nazbyt współczesne wartościowanie – pamiętając choćby z mitologii greckiej, że bywaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo także innych bogów, nie tylko tego judaistyczno-arystotelesowskiego – „Palamedes” okaże się fascynująco niekonsekwentny i etycznie chybotliwy. Wbrew solennemu, wysokiemu tonowi narratora, cień śmigłowca, z którego obserwujemy wydarzenia w poemacie, nieustannie drży na krajobrazach i twarzach.

Cykl tekstów o poezji powstaje we współpracy z Festiwalem Literackim im. Czesława Miłosza w Krakowie.
Festiwal Miłosza