„Madame Curie”  w Paryżu

„Madame Curie”
w Paryżu

Stanisław Suchora

Muzyka w „Madame Curie” od początku do końca, niemal bez przerwy buduje i podtrzymuje napięcie dramaturgiczne. Jest to jak najbardziej uzasadnione poprzez jej związek z treścią libretta

Jeszcze 1 minuta czytania

Kiedyś już zdarzyło mi się napisać na tych stronach, że trudno jest stworzyć dobre libretto opowiadające o nieodległej nam czasowo postaci. Po urodzonej w 1889 roku Achmatowej „napisanej” w zeszłym roku przez Christophe Ghristiego (muzykę do opery skomponował Bruno Mantovani), przyszedł czas na dwadzieścia dwa lata straszą Marię Skłodowską-Curie pióra Agaty Miklaszewskej. W przypadku obu librett autorom nie udało się uniknąć natrętnej linearności, a w przypadku „Madame Curie” miejscami niepotrzebnego patosu.

„Madame Curie”

Elżbieta Sikora „Madame Curie”. Wojciech Michniewski (dyr.), Marek Weiss (reż.), Orkiestra i Chór Opery Bałtyckiej, Maison de l'UNESCO w Paryżu, premiera światowa 15 listopada 2011.

Na szczęście dla nowego dzieła – powstałego na zamówienie Opery Bałtyckiej w ramach cyklu „Opera Gedanensis” – porównania z „Akhmatovą” na libretcie się kończą. Znając Elżbietę Sikorę jedynie jako kompozytorkę muzyki elektroakustycznej (na taśmę lub z instrumentem solo), spodziewałem się ważnej roli elektroniki w jej nowej partyturze. A tu zaskoczenie – oto bowiem wysokiej próby kunszt orkiestracji, „podszyty” jedynie dźwiękami elektronicznymi, które doskonale wplatają się w muzyczną tkaninę.

Sikora połączyła oba media z taką maestrią, że momentami trudno było ocenić, czy słyszymy „żywe” instrumenty, czy też ich „przedłużenia” płynące z głośników. Tradycyjny skład orkiestrowy kompozytorka wzbogaca między innymi o gitarę elektryczną, wykonującą często glissanda bądź punktującą muzyczny dyskurs, co zwraca na siebie uwagę ze względu na niecodzienność jej brzmienia w kontekście opery.

Muzycy orkiestry Opery Bałtyckiej pod batutą Wojciecha Michniewskiego wykonali nowe dzieło bardzo dobrze, nie tylko ukazując w pełnym świetle siłę muzyki Sikory, ale także stanowiąc doskonałe oparcie dla akcji scenicznej. Zastanawiam się, jak „Madame Curie” zabrzmi w innych salach, bowiem w audytorium Maison de l'UNSECO w Paryżu dźwięk dobiegał do mnie z niesamowitą wprost klarownością i siłą (nie wiem zatem, czy to dlatego, że inżynierowie tak dobrze wypełnili braki nieprzystosowanej do wykonywania dzieł muzycznych sali, czy wręcz przeciwnie – ze względu na jej wspaniałe walory akustyczne).
Wykonująca tytułową rolę Anna Mikołajczyk musiała zmierzyć się z bardzo trudną – intensywnością przypominającą momentami Elektrę Richarda Straussa – partią. Powierzone jej zadanie wykonała znakomicie, tworząc jednocześnie postać o bardzo silnym, acz skomplikowanym charakterze.

Opera Bałtycka

Muzyka w „Madame Curie” od początku do końca, niemal bez przerwy buduje i podtrzymuje napięcie dramaturgiczne. Jest to jak najbardziej uzasadnione poprzez jej związek z treścią libretta, choć w przypadku około półtoragodzinnego dzieła taka intensywność okazuje się czasem męcząca. W owej sytuacji trudno jest jednak wypracować jakikolwiek kompromis, ponieważ przerwanie akcji antraktem byłoby z teatralnego punktu widzenia katastrofalne.

Utwór, jakkolwiek wyraźnie podzielony na sceny, wyreżyserowany został w jednolitej scenerii przedstawiającej laboratorium polskiej noblistki. Przewijające się przez nią osoby to pierwszo- i drugoplanowi bohaterowie życia-dramatu Marii Skłodowskiej, oraz postaci ze świata snów (Albert Einstein czy milcząca Matka Boska). Mimo że mamy do czynienia z dość linearnym opisem życia głównej bohaterki, Marek Weiss nadał dziełu nieco więcej reliefu. Dobrym pomysłem było otoczenie (osaczenie?) Skłodowskiej chórem siedzącym jakby w amfiteatrze po dwóch stronach sceny i biorącym udział w akcji (chwyt podobny do zastosowanego przez Willego Deckera w „Lulu” Albana Berga). Duże wrażenie robiła także śmierć w wyniku napromieniowania tancerki Loïe Fuller. Tylko postać amerykańskiej dziennikarki, Missy Maloney, nie wypadła bardzo przekonująco – i to przypuszczam nie ze względu na brak talentu aktorskiego Moniki Fedyk-Klimaszewskiej, a z powodu... jej kostiumu, który krępował i utrudniających normalne poruszanie się butów. Może było to zamierzone, by pokazać ją jako ofiarę ówczesnej mody, ale w kontekście rozgrywającej się akcji nie wyglądało to zbyt dobrze.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.