Bądź zdrowa, Europo
Konstrakta (Serbia), fot. EBU/Sarah Louise Bennett

14 minut czytania

/ Muzyka

Bądź zdrowa, Europo

Marcin Bogucki

Po tegorocznej edycji rozgorzały spory na temat reformy konkursu. Okaże się dopiero, czy to jedynie przejściowy kryzys, czy rzeczywiście dotychczasowy model Eurowizji się wyczerpał i trzeba poszukać alternatywy

Jeszcze 4 minuty czytania

Co zrobić z Eurowizją, gdy tuż obok toczy się wojna? Z rozwiązaniem przyszła Doda – w myśl maksymy „podczas wojny milczą muzy” zasugerowała odwołanie tegorocznej edycji, twierdząc, że wspólne świętowanie byłoby nie na miejscu. Uznała też, że zorganizowanie konkursu prowadziłoby do nieobiektywnej oceny utworów, dając przewagę jednemu krajowi. Problem w tym, że elementu politycznego nie da się wykluczyć z Eurowizji. Apolityczny ideał, choć postulowany, nie jest możliwy do osiągnięcia, a muzyka – choć ważna – zawsze istnieje w dialektycznym napięciu z ideą reprezentacji narodowej.

Powiedzmy szczerze: telewizja Rai nie umie w Eurowizję. Włosi zorganizowali konkurs w Pala Alpitour w Turynie pod hasłem „The Sound of Beauty” na wzór szwedzki wypracowany w zeszłej dekadzie – miało być lekko, zabawnie i autoironicznie. To niestety nie wyszło. Drażniła toporność metafor łączenia tradycji z nowoczesnością: w pierwszym półfinaleNessun dorma” „grana” na wiązkach laserowych, w finale występ zespołu Il Volo łączącego estetykę operową z popem, pocztówki przed występami z dronem o imieniu Leo wyświetlającym portrety uczestników na tle włoskich zabytków. W „interval actach” wyciągnięto artystów nie wiadomo skąd, w pierwszym półfinale jedynym znanym wykonawcą był Benny Benassi, jeśli już pojawiały się prawdzie gwiazdy, to z dalekiej przeszłości, jak Gigliola Cinquetti podczas finału – zwyciężczyni z 1964 roku.

Woda, słońce, natura – to miały być inspiracje tegorocznej scenografii. Ostały się z tego smutne strużki spływające po krawędzi trójkątnie zakończonej sceny i ogród włoski w green roomie z przystrzyżonymi krzakami ustawionymi na wykładzinie. Najwięcej kontrowersji wzbudziło jednak wschodzące słońce będące centralną częścią projektu. Jego pierścienie miały się poruszać w dynamiczny sposób, ze względów technicznych nie było to jednak możliwe, pozostał więc ciemny półokrąg będący tłem dla występów (przychodzi mi do głowy metafora wysysającego energię czarnego słońca z książki Julii Kristevej o melancholii).

Trójka prowadzących wydawała się spięta, szczególnie Laura Pausini i Mika – osoby z doświadczeniem scenicznym, ale nie w konferansjerce – do których dokooptowano Alessandra Cattelana. Nie można nie wspomnieć o chaotycznej realizacji telewizyjnej. Podczas konkursu zawsze zdarzają się jakieś wpadki, ale w tym roku zdecydowanie było ich za dużo. Gdy dorzucimy do tego fakt, że sprzedaż biletów rozpoczęto na miesiąc przed wydarzeniem, Eurowizja 2022 jawi się jako nie najlepiej zorganizowana.

Alessandro Cattelan, Laura Pausini, Mika, fot. Sarah Louise Bennett / EBUAlessandro Cattelan, Laura Pausini, Mika, fot. Sarah Louise Bennett / EBU

Tegoroczny konkurs był taki jak otaczająca nas rzeczywistość – niewesoły. Wśród piosenek z 40 krajów (Rosja została wykluczona z konkursu) dominowały ballady. Taneczne hity były wycinane w półfinałach (ostały się EDM-owe Czechy z zespołem We Are Domi), częściowo ze względu na problemy wokalne, których w tym roku nie brakowało (najbardziej spektakularne przypadki to AustriaIzrael). Rock także poszedł w odstawkę. W finale reprezentowany był przez Finlandię i odkurzony zespół The Rasmus. Odtrutką na ballady był folk, w różnych wydaniach: ukraińskim, gdzie połączono go z hip-hopem, francuskim – choć tak naprawdę bretońskim – który pomieszano z techno, i mołdawskim, gdzie skrzyżowano Gogol Bordello z Redneksem. Honoru joke entries broniła w tym roku Norwegia (piosenka tak śmieszna jak nazwa zespołu – Subwoolfer), Rumunia za to zgotowała nam powrót do przeszłości – w 2002 roku Łotwa wygrała latynoskimi rytmami, teraz na śpiewanie po hiszpańsku zdecydował się wykonawca o pseudonimie WRS. W pojedynku „śmieszne kolorowe występy” vs „smutne mroczne ballady” wygrały, przynajmniej ilościowo, te drugie.

Pozwiedzajmy doły tabeli. Tam znalazły się Niemcy, nasi dobrzy znajomi z ostatnich miejsc. Gdyby nie sześć głosów od widzów, Malik Harris skończyłby z zerem. Nie była to kwestia samego wokalisty – to swój chłopak w podkoszulku i jeansach: młody, sympatyczny i potrafiący śpiewać. Problemem była sama piosenka próbująca łączyć Eda Sheerana z Eminemem: trochę tu śpiewania, trochę fejkowego grania na gitarze, perkusji i klawiszach, trochę rapowania. Zdecydowanie jednak zbyt przesłodzona jak na utwór o radzeniu sobie z dorosłym życiem.

Oczko wyżej znalazła się Francja. Piosenka „Fulenn” Alvana z zespołem Ahez odwoływała się do formuły ukraińskiej z zeszłego roku: połączenia folku z techno. Wykorzystała przy tym egzotyczne brzmienie języka bretońskiego, które trudno początkowo przyporządkować do konkretnej grupy językowej. Pod względem wizualnym Francja postawiła na celtycki rave: dominowały ogień, geometryczne wzory i kolor zielony. Dodano do tego sznyt emo – czarne kostiumy i ciemny makijaż. Połączenie dwóch światów wyszło dość groteskowo, ale to jedno z moich guilty pleasures w tym roku.

Trzecie miejsce od końca zajęła Islandia. Piosenka „Með hækkandi sól” to rozmarzone country na gitary i perkusję wykonywane przez trzy siostry. Zespół, choć śpiewa po islandzku, gra muzykę ze Stanów Zjednoczonych i ubiera się po amerykańsku – znajdziemy tu i kowbojski kapelusz, i stylizację w stylu mods z białymi kozaczkami. Miało być uspokajająco, wyszło raczej usypiająco. Z kobiecych ballad najbardziej urzekła mnie piosenka „Saudade, saudade” MARO (Portugalia) z bujającym metrum, dziwnie przesterowanym motywem gitarowym w intro i niskim, aksamitnym głosem wokalistki śpiewającej unisono z chórkami.

Zdob şi Zdub & Advahov Brothers (Mołdawia), fot. Corinne Cumming / EBU Malik Harris (Niemcy), fot. Corinne Cumming / EBUMARO (Portugalia), fot Sarah Louise Bennett / EBU

Pora przeskoczyć do TOP 3. Odsłonięte pośladki, półnadzy tancerze, erotyczne układy synchroniczne i pirotechnika – Hiszpania zaprezentowała w tym roku prawdziwą petardę. „SloMo” opiera się na reggaetonowym podkładzie, od którego biodro samo zaczyna się ruszać. Jest to utwór wyjątkowy na tle innych piosenek, ale korzystający z recepty cypryjskich bangerów, szczególnie Eleni Foureiry znanej ze swojej hairography. Wokalistka Chanel poszła jednak w trochę inną stronę – Jennifer Lopez. O niej przynajmniej myślał jeden z twórców piosenki, Arjen Thonen. Mnie przychodzą na myśl także triumfy Rosalíi przenoszącej reaggeton do mainstreamu. Zasłużone trzecie miejsce – za diva attitutde, mimo lekkiej zadyszki.

Wielka Brytania była długo nieobecna w tej części tabeli. Sam Ryder wygrał głosowanie jury, zajmując też wysokie miejsce w televotingu, choć zdecydowanie nie był moim faworytem. Ryder to długowłosy osobnik w inkrustowanym błyskotkami jednoczęściowym kostiumie. Prezentuje świetne warunki wokalne, jak większość występujących solo wokalistów, różni się jednak od smutnych chłopców z tegorocznej stawki promiennym uśmiechem. Jego piosenka „Space Man” jest brytyjska do szpiku kości, z odwołaniami do Eltona Johna („Rocket Man”), Beatlesów („Across the Universe”), chórkami przypominającymi Queen. Taki brit rock, ale na sterydach – dla mnie to dwa grzyby w barszcz i za dużo toksycznej pozytywności, sam występ wydawał mi się też przeszarżowany, z rozpadającym się świetlistym kryształem i ostrym gitarowym solo na koniec.

Sam Ryder w czasie próby fot. Corinne Cumming / EBUSam Ryder w czasie próby fot. Corinne Cumming / EBU

Pierwsze miejsce zajęła – bez zaskoczenia – Ukraina. Nie zdarzyło się jeszcze, by bukmacherzy z sześćdziesięcioprocentową pewnością przewidywali zwycięstwo jakiegoś kraju. Jednak po podliczeniu głosów jury Kalush Orchestra zajęła czwarte miejsce. Rekordowe wsparcie otrzymała dopiero od widowni, co pozwoliło zdeklasować inne występy. Zespół pojechał na Eurowizję zamiast Aliny Pasz, która w lutym zrezygnowała z uczestnictwa po oskarżeniach o złamanie regulaminu krajowych eliminacji. Podobnie jak z zeszłym roku, prym wiódł folk z tradycyjnymi fletami, sopiłką i telenką, tym razem jednak w połączeniu z ukraińskim rapem i breakdance’em (muzyka folkowa często była ważnym elementem ukraińskich występów na Eurowizji, szczególnie w kontekście rosyjskiej propagandy odbierającej jej prawa do istnienia).


Kalush Orchestra skorzystała ze znanego schematu – połączenia nieprzystających elementów: białego śpiewu z rapem, ludowych wzorów z różową czapką rybaczką. „Stefania” jest hołdem złożonym matce wokalisty, napisanym jeszcze przed wojną, który z czasem nabrał nowych znaczeń („Zawsze do ciebie wrócę, nawet zniszczonymi drogami”). Piosenkę można odczytywać obecnie jako hymn na cześć wszystkich matek oraz samej Ukrainy, co zostało podkreślone w wypuszczonym już po konkursie teledysku. W utworze rozczarowuje nieco jego monotonia, szczególnie gdy wspomni się świetnie pomyślany zeszłoroczny „Shum” wybuchający w finale ekstatycznym rytmem. „Stefania” to piosenka bez fajerwerków, ale za to z wpadającym w ucho refrenem i chwytliwym motywem fletowym. Czy tylko polityka sprawiła, że utwór został wywindowany na pierwsze miejsce? Oczywiście nie. Dla obrony trzeba wspomnieć, że w zakładach bukmacherskich znajdował się on w pierwszej piątce także przed wybuchem wojny.

Kalush Orchestra, fot. Sarah Louise Bennett / EBUKalush Orchestra, fot. Sarah Louise Bennett / EBU

Najwyżej z pocztu smutnych chłopców został oceniony Krystian Ochman. Polska piosenka należała do grona moich ulubionych w tym roku (nie spodziewałem się, że napiszę kiedykolwiek takie zdanie). To, że zakwalifikowaliśmy się do finału po pięciu latach starań, to już sukces, choć dwunaste miejsce, które zajęliśmy, było nieco poniżej oczekiwań – nadmuchana bańka bukmacherska obiecywała uplasować Polskę o pięć oczek wyżej. Nie warto chyba szukać przyczyn porażki, choć częściowo problemem była realizacja występu z tancerkami-dementorami i groteskowymi efektami telewizyjnymi z błyskawicami i deszczem. Może to jednak klątwa Jacka Sasina, który pogratulował naszemu reprezentantowi dostania się do finałuW piosence „River” wrażenie robi przede wszystkim barwa głosu przypominająca Ochman (Polska), fot. Andres Putting / EBU Ochman (Polska), fot. Andres Putting / EBU nieco Jamesa Blake’a czy Duncana Laurence’a oraz mocny dzięki kształceniu operowemu falset (w ogóle wysokie męskie rejestry można było usłyszeć w wielu tegorocznych piosenkach). Ochman jest niewątpliwie utalentowany, przystojny i pocieszny, szczególnie w mediach społecznościowych („Po prostu mam taką urodę. Ludzie myślą, że jestem śpiący lub spizgany”), jego piosenka zniknęła jednak wśród innych ballad.

Trzeba tu wspomnieć o cichych zwycięzcach konkursu: Mołdawii i Serbii, które głosami widowni poszybowały w górę: Mołdawia do pierwszej dziesiątki, Serbia do pierwszej piątki. Mołdawska piosenka Zdob și Zdub (eurowizyjni weterani) i Frații Advahov pt. „Trenulețul” opowiada o wesołym pociągu z Kiszyniowa do Bukaresztu według formuły zawartej w słowach piosenki: „folklore and rock’n’roll”. Żywiołowe umpa-umpa, gitara, skrzypce i akordeon, tak można by podsumować występ zespołu, który aż chciałoby się zatrudnić na wesele. Klimat poczuli polscy dziennikarze, którzy podczas występu w centrum prasowym zainicjowali weselnego węża. 

Na drugim biegunie znalazła się Serbia – tu liczyła się nie sama piosenka, lecz cały performans. Marina Abramović na Eurowizji? Niemożliwe, a jednak. Nawiązania do pracy „Art Must Be Beautiful… Artist Must Be Beautiful…” można znaleźć w tekście utworu Konstrakty „In corpore sano” – „Artystka musi być zdrowa”. Przechodziłem różne fazy odbioru tej piosenki: od przysłowiowego WTF, poprzez obsesyjne powtarzanie refrenu „Biti zdrava”, do uwielbienia. Jest napisana po serbsku, więc jej zasięg wydaje się ograniczony, ale podnosi ona ważny problem życia prekarnego, zdrowia psychicznego i presji społecznej. Wszystko zaś w formie tajemniczego misterium z myciem rąk jako centralną czynnością.


Po zwycięstwie Ukrainy szambo w polskim internecie wybiło. Nie da się tego inaczej nazwać, patrząc na ksenofobiczne komentarze dotyczące niewdzięczności ze strony ukraińskiego jury, które nie przyznało Ochmanowi żadnych punktów. Oliwy do ognia dolała informacja, że anulowano głosy jurorskie w sześciu krajach, w tym w Polsce, pojawiły się więc znane zarzuty o upolitycznieniu konkursu. Polskie memiarstwo miało jednak używanie. Do tej pory musiało się posiłkować zeszłorocznym arsenałem z Rafałem Brzozowskim, dopiero internetowa gównoburza dała asumpt do tworzenia nowego kontentu: robienia sobie beki z prawicowych polityków, którzy do tej pory traktowali Eurowizję jako siedlisko dewiacji, obecnie zaś uznających ją jako prestiżowy konkurs, w którym Polska została pokrzywdzona, albo z wyciągania niełatwej przeszłości polsko-ukraińskiej („Wołyń 1943, Eurowizja 2022 – pamiętamy”). Nic to, że na konferencji prasowej po zwycięstwie Kalush Orchestra dziękowała Polsce za udzielone wsparcie, zaś telewidzowie z Ukrainy nagrodzili Ochmana dwunastoma punktami.

Kalush Orchestra na konferencji prasowej, fot. EBU / Andres PuttingKalush Orchestra na konferencji prasowej, fot. EBU / Andres Putting

Po tegorocznej edycji rozgorzały spory na temat reformy konkursu. Okaże się dopiero, czy to jedynie przejściowy kryzys, czy rzeczywiście dotychczasowy model Eurowizji się wyczerpał i trzeba poszukać alternatywy. Mimo wyboistej drogi do zwycięstwa cieszy wygrana Ukrainy. Wołodymyr Zełenski gratulował po konkursie Kalushom i przekonywał, że kraj jest w stanie wziąć na siebie organizację przyszłorocznej edycji. Wyraził także nadzieję, by konkurs pewnego dnia odbył się w Mariupolu – mieście, do którego ratowania wzywali ze sceny muzycy Kalush Orchestra. W tegorocznym zwycięstwie Ukrainy objawiają się paradoksy Eurowizji - wydarzenia powszechnie lekceważonego, ale będącego jednocześnie dobrym sejsmografem społecznym.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych)