Więcej czułości, narratorze!
duncan c / flickr CC BY-NC 2.0

15 minut czytania

/ Literatura

Więcej czułości, narratorze!

Dariusz Sośnicki

„Schron przeciwczasowy” Gospodinowa, utwór pod wieloma względami znakomity, przegrywa w tej dziedzinie, w której najbardziej chce wygrać – na polu wizji przyszłości

Jeszcze 4 minuty czytania

Do „Schronu” i z powrotem

Zaczęło się od rozmontowania linearnej struktury powieściowej i gier z tożsamością protagonisty. Wkrótce pojawił się Gaustyn, najpierw jako tajemniczy kompan narratora, potem – jego metaliteracki agent i coraz bardziej samodzielne, podróżujące w czasie alter ego. Równocześnie pisarz odkrywa dla siebie mit o Minotaurze, mozaikowa i hybrydyczna opowieść rozrasta się w prawdziwy labirynt, a namysł nad losem uwięzionego w podziemiach stworzenia eksponuje etyczną wymowę dzieła. „Powieść naturalna”, „I inne historie”, „Fizyka smutku” – trzeba powiedzieć, że do pisania „Schronu przeciwczasowego” Georgi Gospodinow przygotował się znakomicie.

„Schron” to dystopia. Akcja powieści zaczyna się w naszym świecie i w naszych czasach, kończy niedługo później, ale świat wygląda już całkiem inaczej. To w głównym wątku, bo boczne korytarze opowieści prowadzą do najróżniejszych miejsc i momentów historycznych, Gaustyn naprawdę nie próżnuje. Zwykle są to momenty naznaczone krwawymi wydarzeniami, mamy tu wojny, rewolucje, zbrodnie reżimów i zamachy. Kiedy na pierwszych stronach książki narrator-protagonista czyta notkę prasową o powstałej w Wiedniu klinice przeszłości, domyśla się, że za pomysłem stoi Gaustyn. Wkrótce dostaje od niego widokówkę, z której wynika, że ten przebywa w Zurychu. Wyjeżdża do stolicy Szwajcarii i choć nie od razu, to jednak udaje mu się spotkać Gaustyna. Faktycznie zajmuje się tworzeniem kliniki przeszłości i zleca bohaterowi pracę: pisarz ma mu dostarczać opowieści o konkretnych ludziach, by pacjenci placówki mogli dostać nie tylko rekwizyty z dawnych czasów, lecz także historie tych, którzy w nich żyli.

Georgi Gospodinow, „Schron przeciwczasowy”. Przeł. Magdalena Pytlak, Wydawnictwo Literackie, 352 strony, w księgarniach od lutego 2022Georgi Gospodinow, „Schron przeciwczasowy”. Przeł. Magdalena Pytlak, Wydawnictwo Literackie, 352 strony, w księgarniach od lutego 2022Pensjonariuszy przybywa. Europa się starzeje, coraz więcej ludzi ma problemy z pamięcią. Biznes Gaustyna jest skazany na sukces i szybko przekracza granice Szwajcarii. Dociera także do Bułgarii, gdzie wkrótce wraca narrator. To na jej przykładzie będzie śledzić postępy niepamięci, które doprowadzą do tego, że przeszłość wyleje się z klinik i wypełni całe miasta. Nikt nie będzie chciał żyć w teraźniejszości, nikomu nie przyjdzie do głowy spoglądać w przyszłość, co do tego, że czas przeszły jest najlepszym z czasów, zapanuje powszechna zgoda, a jedynym punktem spornym będzie konkretny kształt minionego. Jedni zechcą żyć w latach 60., inni w 80.; znajdą się i tacy, którzy wybiorą wcześniejsze dekady. By nie doszło do konfliktu, państwa Europy zorganizują referenda. Sceny z poprzedzających je kampanii należą do kluczowych w książce. Przechadzając się po Sofii, bohater śledzi potyczki dwóch najważniejszych kandydatów do zwycięstwa – Ruchu na rzecz Komunizmu i Bułgarów Junaków. Przybierają one postać rekonstrukcji historycznych, bardzo sugestywnych, bo bohater jest przekonany, że widzi, jak wyjęty z mauzoleum Georgii Dymitrow, ojciec założyciel bułgarskiego komunizmu, ożył i macha do swoich zwolenników.

André Malraux miał powiedzieć, że „aktywny pesymista albo jest faszystą, albo nim będzie”. Zapał do czynu, połączony z odrzuceniem wiary w postęp historyczny, po wielekroć w minionym wieku okazywał się niebezpieczny. Mniejsza o konkretną barwę tego niebezpieczeństwa. Przesłanie „Schronu przeciwczasowego” jest zatem oczywiste, może nawet zbyt oczywiste. Gospodinow trafił z książką w czas – i znów można by powiedzieć, że zrobił to za bardzo. Trudno nie czytać „Schronu” jako komentarza do rzeczywistości. Praca nad powieścią trwała do lutego 2020 roku, oparte na nostalgii do przeszłości populizmy od kilku lat święciły tryumfy w Europie i za oceanem. Autor zdiagnozował je bez zarzutu. Choć wkrótce rzeczywistość miała prześcignąć jego najśmielsze wizje. Minął ledwie rok i odziani w zwierzęce skóry rycerze przeszłości przypuścili szturm na Kapitol. Minął kolejny i upiorna reinkarnacja Armii Czerwonej ruszyła na Zachód, by walczyć z urojonymi nazistami.

Jeśli dodać, że w „Schronie” mamy wątek groźnego wirusa, który prowadzi do epidemii niepamięci, to doprawdy łatwo obsadzić Gospodinowa w roli proroka. Tyle że jest to proroctwo cokolwiek felietonowe i tak naprawdę „Schron przeciwczasowy”, utwór pod wieloma względami znakomity, przegrywa w tej dziedzinie, w której najbardziej chce wygrać – na polu wizji przyszłości. I to zupełnie niespodziewanie, bo jako autor „Fizyki smutku” Gospodinow przystępował do tej potyczki w roli faworyta.

Prawie czuły narrator

W swojej mowie noblowskiej Olga Tokarczuk – zaprzyjaźniona z Gospodinowem, któremu także przepowiada się sztokholmski laur – formułuje głośną już koncepcję czułego narratora. Na okładce zbioru esejów pisarki czytamy, że „kategoria «czułości» i koncepcja «czułego narratora» to rewolucyjne idee, które mają wszelkie dane, by sporo namieszać nam w głowach, odwracając – ku dobremu – tradycyjne wektory naszych postaw i dyspozycji działaniowych: czyż czułość nie jest sprzyjaniem temu, co dobre dla bycia (w skali jednostkowej, ale i planetarnej)”. To prawda, program Tokarczuk jest wychylony w przyszłość i obiecujący, ciekawie diagnozuje słabości punktu widzenia pojedynczego człowieka, której w prozie odpowiada narrator personalny, i sensownie wiąże je z perspektywą europocentryczną i antropocentryczną.

Jesteśmy wszyscy – my, rośliny, zwierzęta, przedmioty – zanurzeni w jednej przestrzeni, którą rządzą prawa fizyczne. Ta wspólna przestrzeń ma swój kształt, a prawa fizyczne rzeźbią w niej niepoliczalną ilość form nieustannie do siebie nawiązujących.
(…)
Zastanawiam się tu cały czas, czy możliwe jest znalezienie dzisiaj podwalin pod nową opowieść uniwersalną, całościową, niewykluczającą, zakorzenioną w naturze, pełną kontekstów i jednocześnie zrozumiałą.
(…)
Marzy mi się język, który potrafi wyrazić najbardziej niejasną intuicję – marzy mi się metafora, która przekracza różnice kulturowe, i w końcu gatunek, który stanie się pojemny i transgresyjny, a jednocześnie ukochają go czytelnicy.

Zaryzykuję tezę, że obszerne fragmenty „Czułego narratora” brzmią tak, jakby były charakterystyką prozy Gospodinowa. Jeśli przypomnimy sobie „chorobliwą” empatyczność młodego bohatera „Fizyki smutku”, która pozwala mu przekraczać granice oddzielające byty i czasy, i dołożymy do tego zainteresowanie autora mitem, tak cenionym przez Tokarczuk, to powieść ta może się wydać próbą wcielenia koncepcji noblistki w życie (w literaturę), i to miejscami udaną. Potencje i pomysły Gospodinowa podprowadziły go w tym utworze pod próg ideału „nowego gatunku”, o którym pisze Tokarczuk, i to z wielka korzyścią dla jego pisarstwa.

Jest jednak pewien szkopuł. W tekście „Rewriting the Myth” Nicole Siri zwraca uwagę na znaczącą niekonsekwencję ideową w „Fizyce smutku”, czy może raczej na straconą szansę. Pochylony nad okrutnym losem syna Pazyfae, autor inscenizuje w powieści scenę procesu sądowego, w którym Minotaur dowodzi, że jest prawowitym synem i dziedzicem Minosa. Jego apologia, wyrażona w języku prawa pozytywnego, a zatem tworzonego przez człowieka i dla człowieka, rozwiewa wszelkie wątpliwości, z kim mamy do czynienia. W ten sposób zasięg empatii czułego narratora Gospodinowa zostaje zawężony – wbrew duchowi manifestu Tokarczuk. W imię ludzkiej sprawiedliwości mamy zapomnieć o zwierzęcej naturze Minotaura. Choć w dalszej części książki autor usilnie zaciera granicę między tym, co ludzkie, i tym, co zwierzęce, proponując nawet nową etykę, opierającą się na imperatywie nieczynienia niczego, czego nie uczyniłoby jakiekolwiek zwierzę, to scena procesu te wysiłki unieważnia. Minotaur zasługuje na współczucie przede wszystkim jako porzucone dziecko, o porzuceniu przez gatunek ludzki braci mniejszych mówi się w tej książce tak, jakby to nie miało z Minotaurem wiele wspólnego.

Georgi Gospodinow / fot. Phelia BaruhGeorgi Gospodinow / fot. Phelia Baruh

Gospodinow miał przynajmniej jedną, spektakularną szansę na sprostowanie tej „pomyłki”. W rozdziale „Madonna z Minotaurem” dokonuje ekfrazy jedynego wizerunku małego Minotaura w objęciach matki, jaki zna zachodnia ikonografia – odkryto go w okolicach dawnego miasta etruskiego Volci. Wieki przed chrześcijaństwem stworzono obraz ludzko-zwierzęcej hybrydy tulącej się do rodzicielki, który do złudzenia przypomina motyw Madonny z dzieciątkiem. Autor docenia ten fenomen, ale znów jego empatia i wyobraźnia nie chcą przekroczyć granicy ludzkiego świata. Traktuje wizerunek jako kolejny dowód na to, że Minotaur był człowiekiem. Szansa na ludzko-zwierzęce pojednanie zostaje zaprzepaszczona. I z pewnością nie chodzi o obawę przed profanacją symboliki wkrótce zawłaszczonej przez chrześcijaństwo. Pisarzowi nie zadrżała przecież ręka, gdy w swoim debiucie prozatorskim przepisywał Księgę Rodzaju z perspektywy muchy.

Polski ślad

Gospodinow jest rozdarty i niezdecydowany. Biegłość w sprawach historii (także historii literatury) zarazem daje mu wolność i go zniewala. Podążając polskim śladem, w jego prozie natrafimy na kolejne koincydencje. „W nieodczytanym jeszcze piśmie linearnym A opowiedziano prawdziwą historię księcia Minotaura. Był on – wbrew późniejszym plotkom – autentycznym synem króla Minosa i Pasifae. Chłopak urodził się zdrowy, lecz z nienormalnie dużą głową – co wróżbiarze poczytywali jako znak przyszłej mądrości (…)”. Pamiętają państwo? To „Historia Minotaura” Zbigniewa Herberta z tomu „Pan Cogito”. Nie potrafię powiedzieć, czy w rozlicznych dziełach sztuki światowej nawiązującej do tego mitu dokonywano już wcześniej tak jednoznacznej humanizacji człowieka-byka, ale patronat Herberta jest tu wielce prawdopodobny. Gospodinow musi znać jego poezję, skoro w 2015 roku cytował początek „Potęgi smaku” w ogłoszonym w „Die Welt” eseju „Europa z empatii”. Tekst dotyczył związku literatury z protestem obywatelskim.

Kiedy przeczytać uważnie „Schron przeciwczasowy”, wrażenie swoistego patronatu Zbigniewa Herberta nad prozą Gospodinowa nawet się nasili. Rozumiana po herbertowsku etyczność, polityczność i obywatelskość odciska na powieści wyraźne piętno. Oczywiście w poczuciu odpowiedzialności pisarza za wspólnotę nie ma nic złego, wręcz przeciwnie, tyle że pewnym problemem jest wąski zasięg tej wspólnoty oraz strategia jej obrony. Zwłaszcza w obliczu najśmielszych konceptów z „Fizyki smutku”, które tak bardzo przypominały nam postulaty z „Czułego narratora”. Trudno się oprzeć wrażeniu, że pisarstwo Gospodinowa płynie dwoma nurtami: w jednym pobłyskują śmiałe idee i wizje, w drugim suną majestatycznie stare paradygmaty wschodnioeuropejskiej literatury spod znaku barbarzyńcy w ogrodzie. Po najśmielszych ambicjach poprzedniej powieści w „Schronie” nie pozostało zgoła nic. Dostajemy rzecz słuszną w granicach znanego porządku: ludzkiego, zachodniego, demokratycznego, liberalnego i kapitalistycznego. Patronami Gaustyna, od których pochodzi jego imię, są Garibaldi i święty Augustyn. Rewolucyjna linia w rodowodzie Gaustyna wyraźnie traci tu na znaczeniu, a autor wydaje się zatroskany wyłącznie o zachowanie status quo.

Znamienna pod tym względem jest nieufność narratora wobec postępowej myśli społecznej, jako żywo przypominająca postawę tych pisarzy Europy Wschodniej poprzednich pokoleń, których doświadczenie komunizmu raz na zawsze wyleczyło z „utopijnych” tęsknot. Ponowne odkrywanie marksizmu przez młodszych rodaków Gospodinow potrafi odczytać tylko w kategoriach zagrożenia. Na dodatek towarzyszy temu wyrzut z powodu zaniedbań edukacyjnych starszej generacji. „Nie objaśniliśmy młodym socjalizmu z jego wszystkimi okropnościami i obozami, dlatego młode pokolenie ma go za lajfstail (…)”, mówi spotkany po latach przyjaciel protagonisty. Ten niby się zżyma, ale jedynie w imię uniwersalnego prawa młodych do buntu – młodzi buntują się przeciw starym „od zawsze”.

Gwarantem zachowania tego, co jest, i tarczą przeciwko nawrotom „złej przeszłości” ma być w „Schronie przeciwczasowym” – znów trochę w herbertowskim duchu – oczywiście pamięć. Albo inaczej: imperatyw pamiętania. Wyrażony, a jakże, w postaci „prostej alegorii”:

Dopóki pamiętasz, trzymasz przeszłość z boku. To jakbyś nocą rozpalił ognisko pośrodku lasu. Wokół przyczaiły się demony i wilki, bestie przeszłości zacieśniają krąg, ale jeszcze nie mają śmiałości się zbliżyć. Alegoria jest prosta. Dopóki płonie ogień pamięci, masz władzę. Gdy tylko zacznie dogasać, wycie stanie się głośniejsze i bestie podejdą bliżej. Wataha przeszłości.
Im mniej pamięci, tym więcej przeszłości.

Jakby tego było mało, mimo postmodernistycznych strategii narracyjnych estetyka prozy Gospodinowa także często przywodzi na myśl pisarstwo Herberta i jego kontynuatorów. Styl eseistyczno-poetyckich miniatur, których podobnie jak w „Fizyce smutku” w „Schronie” jest mnóstwo, bliski jest na przykład eseistyce i wierszom Adama Zagajewskiego. Kiedy mowa o malarstwie, narrator rzadko wykracza poza krąg starych mistrzów, o których obaj polscy poeci pisali tak chętnie:

Pewnego popołudnia lata później, po kolejnym zamachu gdzieś w Europie, spędziłem wiele godzin w muzeum w Hadze. Niczym w schronie z innych czasów. Było tam pełno ludzi, którzy uciekli przed wiadomościami tego dnia. Dziewczyna w swetrze i dżinsach stała przed Dziewczyną z perłą. Stałem krok od nich bez ruchu. Ich twarze – dokładnie takie same. A zatem czas jest tylko odzieniem, perłą… Mężczyzna pilnujący sali wyglądał jak Vermeer.

A nade wszystko – króluje tu melancholia.
W „Fizyce smutku” Gospodinow nazywa Bułgarię „najsmutniejszym miejscem na ziemi”. Zgoda, niech tak będzie. Ale – jak podpowiada Nicole Siri – nieskrywany brak wiary narratora w to, że świat można zmienić, a przynajmniej inaczej o nim myśleć, jest bodaj równie istotnym źródłem smutku rozlewającego się po kartach książek Gospodinowa.

„Schron przeciwczasowy” ma ostrzegać i przywoływać do porządku. Czy jednak przy jawnej rezerwie autora wobec nowego kształtu świata ta przestroga i połajanka nie grzeszą hipokryzją? Czy powrotowi demonów przeszłości da się zapobiec, mając za oręż jedynie pamięć i teraźniejszość? Przypominanie o przeszłości daje efekt niewiele lepszy od jej zapominania. W jednym i drugim przypadku historia może się tylko powtórzyć. W jednym prędzej, w drugim później. A jak się powtarza historia, to wiemy od pewnego klasyka filozofii, którego Gospodinow tak bardzo nie lubi.
Spójrz w przyszłość, chciałoby się powiedzieć pisarzowi. Śmielej, świat jednak się zmienia.